ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Camel ─ Stationary Traveller w serwisie ArtRock.pl

Camel — Stationary Traveller

 
wydawnictwo: Decca-Deram 1984
 
1. Pressure Points [2:10] 2. Refugee [3:47] 3. Vopos [5:32] 4. Cloak and Dagger Man [3:55] 5. Stationary Traveller [5:34] 6. West Berlin [5:10] 7. Fingertips [4:29] 8. Missing [4:22] 9. After Words [2:01] 10. Long Goodbyes [5:14]
 
Całkowity czas: 42:22
skład:
- Ton Scherpenzeel / organ, synthesizer, piano, keyboards, mellophonium, vocals - David Paton / bass, vocals - Andy Latimer / flute, guitar, vocals - Paul Burgess / percussion, drums - Mel Collins / sax - Chris Rainbow / vocals
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,1
Album jakich wiele, poprawny.
,2
Niezła płyta, można posłuchać.
,3
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,10
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,22
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,54
Arcydzieło.
,160

Łącznie 252, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
06.03.2009
(Recenzent)

Camel — Stationary Traveller

 

 

 

Ćwiara stuknęła! Jejku, jejku! Wydawało się wtedy, że już nic więcej nie będzie, bo ogłoszono wszem i wobec koniec działalności zespołu. Ale jednak...

W tamtych czasach niezbyt Camel lubiłem. Ich muzyka wydawała mi się taka… mdła? Ale pracowali nade mną wytrwale Tomasz Beksiński i Piotr Kaczkowski, aż wreszcie pękłem (przy “Śnieżnej Gęsi”) i powiedziałem: - Andy, do what you want.

 Nie jestem do końca pewien, czy “The Snow Goose”, czy może “Stationary Traveller” jest moją ulubioną płytą Camel. Pewnie ta pierwsza, ale i na drugiej są momenty, za które dałbym się poplasterkować. “Stationary Traveller” to koncept album, którego akcja rozgrywa się na początku lat sześćdziesiątych w Berlinie, dokładnie w tym czasie, kiedy Sowieci postanowili podzielić go murem (przy okazji wywołując potężny kryzys międzynarodowy). Krótko można streścić to tak – jest to opowieść o tym jak wielka polityka wykończyła wielką miłość. A w tle budujący się właśnie mur, policjanci z Volks Polizei i tajniacy ze Stasi. Kończy się ta opowieść bez happy endu, bo jedno przechodzi na drugą stronę, a drugie pozostaje . Kiedy spotykają się po latach, okazuje się, że uczucie nie przetrwało.

 Obok “Breathless” jest to najbardziej “piosenkowy” album Camel. Dlatego pewnie nie wszyscy go cenią, tak jak na to zasługuje. Wysuwane są też zastrzeżenia co do brzmienia, że jest zbyt plastikowe. Akurat na to jest jedna odpowiedź – lata osiemdziesiąte. Tak się nagrywało – dużo syntezatorów i podpieranie się elektroniką, gdzie się tylko dało. Zresztą Camel nigdy nie unikało instrumentów klawiszowych, a te na “Stationary Traveller” i tak brzmią lepiej, niż nachalne miejscami klawisze Bardensa na “Moonmadness”. Inna sprawa , że jest to płyta mało prog-rockowa. To praktycznie rockowy mainstream typowy dla lat osiemdziesiątych – od brzmienia, przez produkcję, po zawartość. Na dziesięć utworów cztery to instrumentalne, ale pozostałe sześć to zwykłe piosenki. No, nie takie zwykłe, ale na pewno takie, które można by było wydać na singlu, ze sporymi szansami na niezłe miejsce na listach przebojów. Nie chciałbym być tutaj źle zrozumiany. Przebojowość “Stationary Traveller” nie polega na tym, że są to banalne, łatwiutkie piosenki, jakich tabuny przewalają się przez radia. Banalne piosenki to bywały na “The Single Factor”, albo “I Can See Your House from Here”. To wyższy poziom – umiejętne połączenie atrakcyjności dla “mas” z wartościami artystycznymi. Jak u Parsonsa, The Moody Blues na przykład. Właśnie – dlaczego takiej sierdcoszczypatielnej pościelówy jak “Long Goodbyes” nie pogoniono po hit-pradach? To byłby niewyjęty przebój – romantyczna, lekko lukrowana ballada o nieszczęśliwej miłości, z cudownie wzruszającą gitarową solówką w finale. Było, przeszło – ktoś dał ciała i stracił okazję do dużego zarobku. “Stationary Traveller” miało w ogóle duży potencjał komercyjny i ten kto był w Decce odpowiedzialny za promocję tego albumu zupełnie się nie popisał. Ale co się dziwić – Decca – to oni pokazali drzwi Bitlom. Jednak prawdziwą ozdobą tego albumu jest utwór tytułowy, jeden z czterech instrumentalnych. Zaczyna się niepozornie, od delikatnych dźwięków fletni pana, a drugiej minucie i trzydziestej siódmej sekundzie odzywa się gitara Latimera i zaczyna się najpiękniejsze solo gitarowe jakie możemy znaleźć na płytach Camel. To mój ulubiony utwór z całego repertuaru zespołu, numer jeden w plebiscycie Trójki na najpopularniejszy wielbłądzi utwór. Chociaż wersja na żywo, z “Pressure Points” wyrywa z obuwia i tak zostawia jeszcze skuteczniej. Cała płyta zaczyna się od mocnego akcentu – instrumentalny “Pressure Points” trwa raptem nieco ponad dwie minuty, a dzieje się na nim więcej niż na całych płytach innych wykonawców. Nie do końca potrafię przyzwyczaić się do “Missing”. Może coś mu brakuje, nie wiem. Może w porównaniu z resztą jest emocjonalnie “letni”? A całe “Afterwords” to już czekam na “Long Goodbyes”.

 Aha, dla niewtajemniczonych – “Vopos” to skrót od nazwy wschodnioniemieckiej policji - Volks Polizei, a tytuł “Cloak And Dagger Man” oznacza kapusia albo tajniaka. To tak, żeby była pełna jasność co do treści “Stationary Traveller”. Smutna to opowieść. I też nie mam  związanych z tym albumem zbyt miłych wspomnień – raczej same niemiłe. Nie kojarzy mi się zbyt dobrze. Nie tylko mi. Znam kilka osób, które zapijały się w trupa przy “Long Goodbyes” lub tytułowym, puszczanych na repeacie. To chyba taka płyta, którą szczególnie lubią ci, którzy mają pod górkę z własnym życiem, albo mieli i doskonale o tym pamiętają.

 Kilka lat temu ukazał się remaster, nieco różniący się od wersji oryginalnej. Dołożono walczyk “In The Arms of Dancing Frauleins”, który wtedy wypadł z płyty i był tylko na kasecie VHS “Pressure Points”, poza tym krótką wersję “Pressure Points” zastąpiono długą. Zmieniono też nieco kolejność utworów. Na początek wstawiono “In The Arms…”, a wydłużoną wersję “Pressure Points” zesłano na koniec płyty. “Stationary Traveller” który nie zaczyna się od dudnienia “Pressure Points”? To jakby wyrzucić zegary z “Ciemnej Strony...” I jeszcze przenieść to na koniec? Bez sensu. Przecież “Long goodbyes make me so sad” – all said and done. Takie mieszanie utworami rozbija tylko dramaturgię opowieści. Biorąc pod uwagę, że walczyk być musi, to optymalna kolejność powinna być taka – walczyk, “Pressure Points”, a potem reszta tak jak w wersji z 1984 roku. I tak jest dobrze.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.