ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 17.09 - Wrocław
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
- 16.09 - Warszawa
- 17.09 - Warszawa
- 18.09 - Warszawa
 

koncerty

05.10.2015

THE THEATER EQUATION - Arjen Anthony's Lucassen The Human Equation Live, Rotterdam, Nieuwe Luxor Theater, 20.09.2015

THE THEATER EQUATION - Arjen Anthony's Lucassen The Human Equation Live, Rotterdam, Nieuwe Luxor Theater, 20.09.2015

Kiedy gruchnęła wiadomość o tym wydarzeniu fani geniuszu Arjena Lucassena, w tej liczbie również ja, zaczęli podejrzewać, że nieświadomie dla siebie, brali chyba udział w jakiejś katastrofie lądowej lub lotniczej i przedwcześnie znaleźli się za niebiańską bramą.

Dla niewtajemniczonych, choć powątpiewam, by wśród czytelników ArtRocka takowi byli, Holender, to multiinstrumentalista, były gitarzysta Bodine i Vengeance, który od równo dwudziestu lat zadziwia świat swoimi rock-metal-space operami. Ich teksty najczęściej dotykają jego ulubionej tematyki science-fiction z naciskiem na fiction. Nie tylko serwuje świetne fabuły, których nie powstydziłaby się dobra beletrystyka, ale ponadto ubiera je w niebanalną mieszankę symfonicznego i progresywnego metalu, gustownie inkrustowanego prog rockiem i folkiem. I na takim smakowitym torcie zawsze jest wisienka: obsada, zarówno wokalna jak i instrumentalna. Arjen zaprasza największe sławy, tak z europejskiego jak i zaoceanicznego podwórka i niemal NIKT mu nigdy nie odmawia! Naturalnym jest, że dla każdego fana jego twórczości największym, ale i niestety zarazem nieosiągalnym marzeniem jest zobaczyć jak choćby jedno z jego dzieł ożywa za sprawą scenicznej produkcji, bo o zwykłej trasie koncertowej trudno tu mówić. Nieosiągalnym, bo niestety Ayreon to jednak wciąż projekt, pomimo swej kultowości w pewnych kręgach słuchaczy, niszowy. Mówiąc szczerze i bezlitośnie, nieprzynoszący ogromnych zysków, a w celu wystawienia na żywo, choćby w jednym miejscu, wymagający olbrzymich nakładów. Jak na jednej scenie zgromadzić takich artystów jak James LaBrie z Dream Theater, Fish, jego niedoszła małżonka Heather Findlay (ex- Mostly Autumn), czy Mikael Akerfeldt z Opeth? Koszty i stopień skomplikowania logistycznego, choćby czas potrzebny na próby, który trzeba by wykroić z napiętych harmonogramów w/w wydają się równe koncertowi mainstreamowej gwiazdy, a więc zaporowe.

A raczej wydawały się zaporowe, bo oto tytanicznym wysiłkiem wieloletniej osobistej menadżerki Lucassena - Yvette Boertje, 20-lecie zaprzeczania przez Ayreon paskudnej prawdzie, że reguły ekonomii rządzą również ukochanym przez nas rynkiem muzycznym, zostało uświetnione w najgodniejszy z możliwych sposobów. Album na tę szczególną okazję także wybrano nie byle jaki. Dwupłytowe „Human Equation” to jedno z zaledwie dwóch dzieł Arjena dotykających życia wewnętrznego człowieka, jego emocji, traum i lęków w oderwaniu od kosmicznej scenerii. Jest to zarazem, obok "Into the Electric Castle" najpopularniejszy, zarówno wśród fanów, jak i krytyków, album Holendra. Akcja toczy się równolegle w umyśle głównego bohatera, gdzie spotyka on swoje spersonifikowane emocje, oraz w szpitalu, w którym leży w śpiączce, po tajemniczym wypadku samochodowym, otoczony troską żony i najlepszego przyjaciela. Postacie zamieszkujące obie te równoległe rzeczywistości starają się na przestrzeni dwudziestu dni/utworów rozwikłać kluczową zagadkę: jak doszło do wypadku i czy aby na pewno był to wypadek. Nie zamierzam rozwodzić się w tym miejscu nad fabułą. Myślę, że większość czytelników ją zna, a nowicjusze być może sięgną dzięki temu po płytę i uzupełnią braki w muzycznym kanonie.

Jak już wspomniałem na wstępie wiadomość o wystawieniu Ludzkiego Równania w niemal oryginalnej obsadzie wokalnej zelektryzowała mnie, ale i głęboce zasmuciła zarazem. Niekorzystny powakacyjny termin, olbrzymia odległość do Rotterdamu oraz cena biletu, choć jak na skalę przedsięwzięcia bardzo rozsądna, na polską kieszeń jednak niebagatelna, sprawiły, że potrzebowałem chwili do namysłu. Jak się szybko okazało, chwila to było… o chwilę za długo, albowiem bilety rozeszły się w ciągu kilku dni! I to pomimo faktu, że wydarzenie obejmowało nie jeden, a aż cztery występy! Jeden w piątek, 18. września, dwa w sobotę 19 - tego i pożegnalny występ w niedzielę 20 - tego o piętnastej, na który zostały pojedyncze, najgorsze bilety. Może jednak przesadziłem z tą niszowością Ayreonu, skoro anonimową dla przeciętnego zjadacza chleba, co sprawdziłem w praktyce, rock operę na żywo zdecydowało się zobaczyć bagatela niemal 6 tysięcy osób! Tak, tak, Nieuwe Luxor Theater mieści 1500 miejsc siedzących, nie jest to więc jakiś maluteńki teatr, ale całkiem spora sala. Jak więc znalazłem się w tym międzynarodowym towarzystwie, jakże trafnie określonym przez holenderskiego recenzenta Roberta Popovica, "nielicznym gronem prawdziwych szczęśliwców", zapytacie? Cała zasługa w osobie mojego nieocenionego kolegi Jakuba, któremu zostały najlepsze bilety na pożegnalne, niedzielne show, nabyte dla znajomych, którzy nie mogli dotrzeć, a któremu w tym miejscu chciałbym, kolejny raz niezmiernie serdecznie podziękować!

Cały ten weekend i wyprawa do Holandii przybrały kształt niemalże pielgrzymki w poszukiwaniu doznań artystycznych bliskich Olimpu. Zaczęliśmy od warszawskiego Warsaw Prog Days w sobotę, zacnie już zresztą zrecenzowanego na niniejszych serwisowych łamach, w jakże godnej międzynarodowej obsadzie. Niestety spóźnienie "brodatego headlinera" spowodowało, że niczym kopciuszek z balu, musieliśmy umknąć punktualnie o północy, dokładnie w połowie występu Amerykanów. Pod warszawską Progresją czekała na nas wiernie nasza dynia zamieniona w karocę, czyli zaprzyjaźniony Bus Weekendowy Volkswagen. Czternaście i pół godziny i niemal tysiąc trzysta kilometrów później zameldowaliśmy się - idealnie na styk - pod wspominanym już wcześniej rotterdamskim Nieuwe Luxor Theater. Piękny, futurystyczny gmach jest malowniczo wkomponowany w zapierający dech w piersiach zatokowy krajobraz ultranowoczesnej metropolii.  Zbliżony wyglądem zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie do swojskiego, krakowskiego ICE Kongres Center, przywitał nas gościnnym gwarem fanów Ayreonu z najdalszych zakątków świata. Oprócz silnej reprezentacji naszej ojczyzny i słowiańskich państw ościennych, można było bez trudu odnaleźć przybyszów, chociażby z obu Ameryk z naciskiem na tę Południową. Błyskawiczna wizyta na stoisku z pamiątkami, zakupy w naprawdę przystępnych, nie tylko jak na unię, cenach i już zaopatrzeni w pełnoprawne programy (przy wejściu niezwykle sympatyczne wolontariuszki rozdawały ich wersje skrócone, za niewygórowaną opłatą jednego uśmiechu ) mogliśmy rozsiąść się wygodnie w przestronnych fotelach teatralnej sali. Kurtyna, na której wyświetlano elektrokardiogram i płynące z głośników dźwięki aparatury szpitalnej zwiastowały, co zaraz nastąpi. Wszelkie zmęczenie natychmiast ustąpiło, światła zgasły, kurtyna poszła w górę...

I tutaj mam spory problem. Mój umysł, ciało, całe jestestwo, podobnie jak w Arjenowej historii zostało podzielone na dwie równoległe płaszczyzny: emocjonalną, która przeżywała niewypowiedzianą ekstazę, porównywalną z zaledwie kilkoma innymi wydarzeniami artystycznymi, w jakich dane mi było uczestniczyć w moim trzydziestokilkuletnim życiu i analityczną, starającą się, w obezwładniającym przypływie wzruszenia, zachować trzeźwość myślenia i obiektywizm spojrzenia, by zapamiętać i oddać Wam, Drodzy Czytelnicy, jak najwięcej szczegółów. Myślę, że najrozsądniej będzie, jeśli daruję sobie ekstatyczny bełkot i łzawe egzaltacje i skupię się raczej na części analitycznej. Powiem tylko, że mimo iż ten album zawsze trafiał w najgłębsze zakamarki mojej wrażliwości i zadziwiał fenomenem faktu, iż ktoś kto nigdy mnie nie poznał, potrafi dźwiękiem, słowami, harmoniami, duetami i pojedynkami wokalnymi oddać z idealną wiernością moje własne, często głęboko skrywane emocje, to efekt prezentacji na żywo przerósł moje najśmielsze oczekiwania. BRAKUJE SŁÓW, by to opisać! Gardło szczelnie ściśnięte, włosy na całym ciele podniesione na baczność, naprzemiennie lodowate i gorące fale emocji, zalewające całe ciało, z trudem powstrzymywane łzy. Spojrzenie dookoła i błoga konstatacja, że niemal cała sala przeżywa dokładnie to samo, co ja. Tak moi drodzy, dorośli, twardzi metale odziani w skórę i żelazo płakali, jak dzieci!

Przejdźmy jednak do konkretów. Całość podzielono na dwie części, odpowiadające obu płytom, rozdzielone 15 - minutową przerwą. Scena zaaranżowana została z prawdziwym przepychem i rozmachem, bliższym raczej "Caamory", niż "Alchemy" innego wielbiciela form parateatralnych, Cliva Nolana. Podzielona na dwie płaszczyzny, odzwierciedlające wspomniane już dwie rzeczywistości fabuły. W górnej części na tle niewielkiego telebimu mieściło się szpitalne łóżko głównego bohatera oraz poczekalnia. Powyżej, po prawej na podeście zgromadzili się muzycy, z których warto wspomnieć stałych współpracowników Lucassena, Eda Warby’ego (perkusja), oraz Johana van Stratuma (bas), prywatnie szczęśliwego małżonka Marceli Bovio. Ponadto dwie gitary, dwa zestawy klawiszy, skrzypce i wiolonczela w sprawnych dłoniach przesympatycznej Maaike Peterse. Z lewej flankował ich Epicki Chór Rockowy, wyłoniony w drodze castingu, po dwóch wokalistów dublujących/wspierających partie poszczególnych Emocji, wykonujący, stanowiące nowość, interludia między utworami, złożone z linii wokalnych poprzednich kompozycji. Z ciekawostek wypada dodać, że każdy z głównych wokalistów osobiście trenował swoje dwa "cienie" oraz, że w wieńczącym pierwszą część koncertu „Love" członkowie chóru odegrali role gości przyjęcia, na którym główny bohater poznaje swoją żonę. Również członkowie chóru wykonywali partie growlu oraz większość ostrych/krzyczanych wokali, z czego jedną z tych osób była… kobieta. Do dolnej części sceny prowadziły dwupoziomowe schody, w połowie których także mieściły się plenery, między innymi pokój dziecięcy. W centralnej części scenicznych "katakumb" stał rozbity mercedes biorący udział w wypadku - winowajcy śpiączki bohatera. Po jego prawej stronie korporacyjny gabinet naszego "ja". Aktorzy/wokaliści mogli pojawiać się i znikać ze sceny za sprawą pięciu świetnie zamaskowanych wejść. Do tego stopnia świetnie, że początkowo, biorąc pod uwagę pracę świateł i mnogość wydarzeń, trudno było wyłapać moment, w którym poszczególne postacie przychodziły i odchodziły. Obsada była, jak już wspomniałem niemal oryginalna. James LaBrie jako Ja, Marcela Bowio jako Żona, Irene Janse jako Namiętność, Devon Graves jako Agonia, Magnuss Ekwall jako Duma, Heather Findlay jako Miłość, Eric Clayton jako Rozsądek. Nowe twarze stanowili, znani z ostatnich płyt Ayreonu, Jermain "Wudstik" van der Bogt, który brawurowo zastąpił twórcę całego dzieła w roli Najlepszego Przyjaciela, oraz  Mike Mills wcielający się w role Gniewu/Ojca, w miejsce odpowiednio Devina Townsenda i ś.p. Mike'a Baker'a. Nieobecnego Mikael'a Akerfeldta - w oryginale Strach - zaskakująco dobrze i bezproblemowo zagrała, dysponująca diametralnie innymi warunkami głosowymi... Anneke van Giersbergen.

Postaciami premierowymi, które nie miały partii wokalnych na płycie, byli Anita van der Hoeven jako Matka, Peter Moltmaker jako Lekarz, oraz Nienke Verboom i Katinka van der Harst w rolach pielęgniarek. Wszyscy odziani w gustowne kostiumy autorstwa Marco Boertje, brata "Alma Mater" całego przedsięwzięcia, który zaprojektował również scenografię. Szczególne wrażenie robił Devon Graves z elegancką angielską laską i budzącymi grozę pasem i naszyjnikami z kości, z których robił nader częsty użytek, a jego opętańcza choreografia potrafiła przyprawić o prawdziwie lodowate ciarki na plecach. Jeśli już jesteśmy przy choreografii, ta powinna była szczególnie usatysfakcjonować... anty-fanów Jamesa LaBrie. Biedak był permanentnie szczuty, popychany, rzucany na ziemię, poniewierany, ba, nawet kopany przez targające jego postacią Emocje (szacunek dla Magnusa Ekwalla za ruchy godne Chucka Norrisa i notoryczne chybianie celu).  Sam LaBrie był bohaterem przezabawnej scenki, kiedy - zgodnie ze scenariuszem - musiał gonić Anneke van Giersbergen po schodach. Ta niestety miała problem z szybkim poruszaniem się na niezwykle wysokich obcasach, co zmuszało Jamesa do dawania Jej sporego handicapu :). Prawdziwy popis dał Mike Mills w "Father", kiedy zmieniając się na ten jeden utwór w powracającego z piekła Ojca głównego bohatera, brutalnego alkoholika, który najpierw znęcał się nad żoną i synem, by potem ich porzucić, prawdziwie wlał życie w tę posępną i odrażającą postać.

Muzycznie, tak wykonawczo, jak i brzmieniowo, całość nie pozostawiała pola do najmniejszego zarzutu. Wokalnie zdarzały się, nieuniknione przy wykorzystaniu tylu głosów i ograniczonej ilości wykonań, niedoróbki. Przy uważniejszym wsłuchaniu się Devon Graves i Magnus Ekwall, zdradzali oznaki dłuższego rozbratu z wykonaniami na żywo. Szweda wyjątkowo obnażył popisowy i tytułowy dla jego roli utwór "Pride" w którym nie dublował swoich fraz w końcówkach zwrotek, tak jak to było w oryginale. Nie wybawił go też niestety z tego kłopotu żaden z Cieni w Epickim Chórze. Były wokalista The Quill unikał także bezpiecznie dociągania fraz, co nieco odbierało jego partiom - zapamiętanej z płyty - hard rockowej rasowości. Również Marceli Bovio i Heather Findlay momentami brakowało odpowiedniego wsparcia Chóru, zaś Anneke van Giersbergen dwukrotnie zapomniała, że na to popołudnie nie jest sobą, tylko pewnym ponurym Szwedem i weszła w zdecydowanie zbyt wysokim rejestrze, momentalnie się jednak mitygując. Nie miało to wszakże wielkiego znaczenia, bo całość zwalała z nóg, a duety i pojedynki wokalne - sól tej muzyki - wypadały rewelacyjnie i naprawdę zachwycały. Z panów na szczególne wyróżnienie w moim odczuciu zasługiwali LaBrie (jego forma wokalna to zawsze niewiadoma) i Clayton. Wśród płci pięknej Heather Findlay i Irene Jansen.

Blisko dwie godziny minęły w okamgnieniu. Kurtyna opadła, widzowie poderwali się z krzeseł i huraganem braw wywołali ostatnią, ale jakże przepiękną niespodziankę. Bo oto Ojciec Ludzkiego Równania, Arjien Anthony Lucassen, mimo iż z powodu niechęci do występów na żywo i stresu z nimi związanego, wycofał się w tym roku z czynnej aktywności scenicznej i nie brał udziału w całym przedsięwzięciu, ani w charakterze wokalisty, ani instrumentalisty, pojawił się na scenie. Z wnętrza kosmicznego wehikułu, dobrze znanego fanom Ayreon, sparafrazował kończącą album kwestię legendy sci-fi Petera Daltrey'a, po czym wyłonił się z niego, by zebrać zasłużoną burzę oklasków i owacji na stojąco. Te nie milkły jeszcze przez dobre 10 minut, gdy poszczególne grupy wykonawców odbierały zwyczajowe po przedstawieniach teatralnych kwiaty, którymi następnie obdarowały rozradowaną publiczność. Emocje, tym razem już nasze własne, nie te płytowe, nie zdążyły na dobre opaść, a już do foyer weszli chórzyści, muzycy, oraz... sam Arjen. Był czas na sympatyczną wymianę zdań, gratulacje, autografy i pamiątkowe zdjęcia.

Na koniec kolejna dobra wiadomość. W całym obiekcie rozwieszono spore ostrzeżenia, aby nie filmować i nie fotografować wydarzenia, których to zakazów publika dzielnie przestrzegała, aż do ostatnich dźwięków. Cała ta konspiracja miała jednak ważne uzasadnienie. Występ był bowiem rejestrowany na potrzeby DVD, dzięki czemu już niedługo każdy z Was będzie mógł zobaczyć i usłyszeć, dlaczego ci, którzy byli w tamten weekend w Rotterdamie, mogą się nazwać nielicznym gronem prawdziwych szczęśliwców i przeżyć Ayreonową magię, pierwszy lub kolejny raz.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.