ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 20.10 - Bydgoszcz
- 21.10 - Gdańsk
- 20.10 - Warszawa
- 20.10 - Kraków
- 21.10 - Warszawa
- 20.10 - Warszawa
- 21.10 - Łódź
- 22.10 - Wrocław
- 23.10 - Kraków
- 23.10 - Wrocław
- 24.10 - Warszawa
- 25.10 - Kraków
- 26.10 - Łomża
- 27.10 - Ciechanów
- 28.10 - Łódź
- 09.11 - Gomunice
- 10.11 - Dąbrowa Górnicza
- 26.10 - Łódź
- 26.10 - Łódź
- 27.10 - Łódź
- 28.10 - Łódź
- 29.10 - Warszawa
- 01.11 - Warszawa
- 02.11 - Kraków
- 02.11 - Łódź
- 04.11 - Łódź
- 04.11 - Warszawa
- 05.11 - Łódź
- 09.11 - Łódź
- 10.11 - Łódź
 

koncerty

03.06.2018

CAMEL, Warszawa, Progresja, 02.06.2018

CAMEL, Warszawa, Progresja, 02.06.2018

Pewnie przybywam do warszawskiej Progresji na niewłaściwe koncerty, wszak mnóstwo „soldoutów” tu już było, ale prawda jest taka, że takiej kolejki do klubu jeszcze nie widziałem…

Na godzinę przed wydarzeniem okoliczne miejsca parkingowe były już niemalże wykorzystane a kilkusetmetrowa (!) kolejka przypominała zamierzchłe czasy PRL-u. Cóż, Camel to w Polsce zespół wyjątkowy. Grupa przybyła do naszego kraju już po raz czwarty. W poprzednich latach były to wydarzenia, nie inaczej było i tym razem. Koncert miał mały, dziesięciominutowy poślizg, bo gdy o 20 stałem już na „progresyjnym” balkonie w oczekiwaniu na wejście do koncertowej fosy, widziałem jeszcze koniec kolejkowego ogonka.

Gdy tylko pojawili się na scenie wzbudzili ekstatyczne wręcz reakcje. Andrew Latimer, Colin Bass, Denis Clement i ich najnowszy nabytek, klawiszowiec i wokalista, Pete Jones, znany także ze swojego solowego projektu, Tiger Moth Tales. Ten ostatni (jak wielu zapewne wie, niewidomy) pojawił się za zestawem klawiszowym po lewej stronie sceny, po przeciwnej, sam mistrz gitary, Andrew Latimer. Tym razem, niestety – z powodów zdrowotnych - cały koncert zagrał na siedząco. Centralną część sceny zajął siwiuteńki i z takowymi, krzaczastymi brwiami, Colin Bass, a z tyłu, na podwyższeniu, perkusista Denis Clement.

Zgodnie z tytułem trasy artyści zaczęli od odegrania w całości wydanego w 1976 roku Moonmadness. Poleciały zatem kolejno Aristillus (w formie intro, jeszcze przy zgaszonych scenicznych światłach), Song Within a Song, Chord Change, Spirit of the Water, Another Night, Air Born i Lunar Sea. Odgrywanie w całości krążków w albumowej kolejności jest zawsze zabiegiem kontrowersyjnym, ale czy w ich przypadku mogło to mieć znaczenie? Nie, bo niemalże każda z tych kompozycji to prawdziwa perła w ich dorobku, doskonale znana wszystkim fanom i robiąca wrażenie w każdym zestawieniu.

Po 45 minutach, tuż przed 21, muzycy nagrodzeni owacjami zeszli ze sceny na 20 - minutową przerwę. A po niej zagrali przekrojowy set pełen znakomitych kompozycji z bogatej historii. Na początek Unevensong z Rain Dances i śliczne Hymn to Her z I Can See Your House From Here. Z tego albumu, już nieco później było Ice z tradycyjnie już magiczną, kilkuminutową tyradą Latimera na gitarze. Zanim jednak wybrzmiało 10 minut muzycznej magii, zebrani dostali delikatne Rose of Sharon z Dust and Dreams oraz energiczne Coming of Age. W tym momentami bujającym utworze faktycznie było widać jak „ciasno” czuje się Latimer odgrywając porywające solo, będąc „przywiązanym” do krzesła. Jednym z najbardziej ekscytujących momentów koncertu był Rajaz z tak zatytułowanego krążka. To podczas niego publiczność rytmicznie klaskała i wyrzucała z siebie stadionowe „hej” w rytm sunącej karawany a Jones zagrał porywające solo na saksofonie nagrodzone rzęsistymi brawami. Podstawowy set zamknęły rockowy Mother Road, Hopeless Anger i wzruszające Long Goodbyes ze Stationary Traveller. Tym razem już bez scenicznego ekranu i wspominania zmarłych członków grupy.

Po długich owacjach muzycy wyszli oczywiście na bis, w zasadzie przewidywalny. Ale ich koncert bez rozpoczętej słynnym klawiszowym motywem Lady Fantasy jest już chyba niemożliwy. Kwadrans przed 23 było po wszystkim. Po występie, który dla wielu będzie pewnie koncertem roku. I nie ma się czemu dziwić, choć tak zupełnie na chłodno, parę razy samemu Latimerowi zdarzyło się szarpnąć nie za tę strunę, a kilka kompozycji wypadło jakby mniej energetycznie i z małymi potknięciami. Wypominanie im tego i obniżanie przez to wartości koncertu byłoby jednak sporym nietaktem. Bo najważniejsze w ich graniu zawsze były i są emocje. A te były wielkie.

Ogromne zainteresowanie i afrykańskie wręcz temperatury zrobiły na sali swoje. I mimo pootwieranych "na przestrzał" drzwi było tego wieczoru w Progresji naprawdę gorąco. I to nie tylko od wspomnianych wielkich emocji.

Zdjęcia:

Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018 Camel, Warszawa, Progresja, 02.06.2018
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.