ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

31.07.2013

Deep Purple + Kruk, Wrocław, Hala Stulecia, 30.07.2013

Deep Purple + Kruk, Wrocław, Hala Stulecia, 30.07.2013

My, fani Deep Purple, czekaliśmy na ten koncert z zapartym tchem. Ukochany zespół, po ośmiu latach milczenia, zaskoczył wydając genialny krążek Now What?!*. Na jedynym, polskim koncercie mieliśmy zobaczyć pełnych artystycznej werwy muzyków, napędzonych komercyjnym i artystycznym sukcesem. Niestety. Nic z tego.

Zanim o muzyce, słów kilka o organizacji. Początkowo wszystko było w porządku. Punktualne otwarcie drzwi, brak kolejek do punktów gastronomicznych, dużo kompetentnej obsługi, bardzo tani merchandise, ale w momencie wejścia na płytę można było rozpocząć falę narzekania. Po pierwsze, w hali było potwornie duszno, co odbiło się na formie słuchaczy (omdlenia) i muzyków (podziwiam Deep Purple, że wytrwali do końca swojego występu). Po drugie, scena ustawiona była zdecydowanie zbyt nisko. Właściwie od połowy płyty trzeba było zadowolić się oglądaniem ludzkich potylic lub ewentualnie przenieść wzrok na telebimy (chwała, że organizatorzy chociaż o nie zadbali). Ostatnim skandalicznym aspektem było umieszczenie części widzów na sektorach bocznych, z których widok można określić nawet nie jako "ograniczony", ale "od backstage’u". Myślę, że spokojnie posypałyby się skargi, ale na szczęście hala nie wyprzedała się całkowicie, więc bez problemu można było się przesiąść lub zejść na płytę. Mimo wszystko lekki niesmak pozostał.

Muzycznie wieczór rozpoczął nasz krajowy zespół ze stajni organizatora koncertu - Kruk. Panowie zaprezentowali porządną mieszankę dźwięków progresywnych i hardrockowych. Fani szczególnie docenili wokalistę, który często "popisywał się" na wzór Jamesa LaBrie z Dream Theater. Odbiór 45-o minutowego występu zakłócił na koniec zupełnie nieudany zlepek coverów Queen. Mimo wszystko warto o Kruku pamiętać i śledzić ich dokonania. Myślę, że się nie zawiedziemy. I jeszcze mała uwaga - zdecydowanie lepiej wychodzi wokaliście śpiewanie w naszym ojczystym języku.

Równo o 21:00 na scenie rozbrzmiało potężne, orkiestrowo-flmowe intro, które po chwili przerodziło się w rozpędzone klasyki "Fireball" oraz "Into The Fire". Tym, co od razu rzuciło się w oczy było zmęczenie muzyków. Gillan zdecydowanie się postarzał i można było odnieść wrażenie, że śpiewanie przychodzi mu z dużym trudem. Właściwie w każdym utworze pojawiały się długie solówki, które pozwalały mu na chwilę udać się na zaplecze i odsapnąć. Do jego poziomu dostosował się cały zespół i patrząc na całokształt potraktował setlistę "sprawiedliwe". Po równo, część utworów położyli ("Hell To Pay", "Contact Lost" i niestety "Perfect Strangers"), część wypadła poprawnie, a część rewelacyjnie ("Strange Kind Of Woman", "Space Truckin'"). Zabrakło też kontaktu z publicznością. Gillan tylko raz zdecydował się na dłuższy monolog, a w większości przypadków ograniczył się do podziękowań i przedstawiania muzyków (przy czym pierwszy raz odezwał się dopiero po sześciu utworach). Zdecydowanie najjaśniejszym punktem wieczoru były solówki. Morse, co chwile włączał tryb "wymiatania" i prezentował niezliczoną ilość efektów i wysokie umiejętności. Jak zawsze, szczególny popis dał na "The Well-Dressed Guitar". Airey sprawiał wrażenie najbardziej zadowolonego z możliwości gry przed wrocławską publicznością. Wyczyniał na organach i klawiszach cuda, a najbardziej entuzjastycznie publiczność przyjęła solówkę opartą na utworach Chopina i polskim hymnie. Jeszcze lepiej brzmiały momenty, w których wdawali się oni w muzyczny dialog ("Hush", "Lazy"). To dla nich warto było wybrać się do Wrocławia. Zupełnie oddzielną historią jest sekcja rytmiczna. Glover i Pace przez większą część wieczoru pozostawali tłem dla popisów swoich dwóch kolegów i męczarni Gillana. Mimo wszystko, wprawne ucho mogło wychwycić to, czym ta dwójka zachwyca od lat - znakomity warsztat muzyczny.  Obydwaj Panowie obudzili się na swoje solówki. Pace zaszalał podczas "The Mule" grając świecącymi pałeczkami, a Glover popisywał się na początek bisu soczystym, lekko funkującym brzmieniem basu. Szkoda, że nie prezentowali swoich umiejętności częściej. W mojej skromnej opinii Morse nie dorasta im do pięt (chociaż z roku na rok gra coraz lepiej).

W kontekście całości zabrakło tego, po co do Wrocławia przyjechałem, a więc utworów z najnowszej płyty Now What?! Cztery kawałki to dość skromna reprezentacja przy około dwudziestu na setliście. Tym bardziej podkreśliło to moje obawy co do kompozytorskich możliwości Deep Purple. Coraz bardziej skłaniam się do myśli, że za płytę odpowiedzialny jest przede wszystkim Bob Ezrin (producent). Zespół nie do końca utożsamia się z albumem. Gillan nie powiedział o nim ani słowa, a w merchandisie nie zauważyłem ani jednego egzemplarza krążka.

Kolejny już koncert Deep Purple w naszym kraju nie był wydarzeniem epokowym, nie był to nawet występ, który można określić jako "bardzo dobry". Jest jednak jedno "ale". Patrząc na formę i zaangażowanie muzyków można podejrzewać, że pewnie był to ich ostatni występ w naszym kraju, a być może i ostatnia trasa koncertowa.  Najwięksi odchodzą.

*Recenzja: Now What?!

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.