ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu At Vance ─ Chained w serwisie ArtRock.pl

At Vance — Chained

 
wydawnictwo: AFM Records 2005
dystrybucja: Mystic
 
1. Rise from the fall [04:06]
2. Heaven [04:44]
3. Tell Me [03:37]
4. Chained [05:18]
5. Now or Never [03:24]
6. Two Hearts [04:06]
7. Invention #13 [01:17]
8. Run/Leave [04:20]
9. Lies for the Sacred [05:06]
10. Vivaldi Winter [03:44]
11. Run For Your Life [03:13]
 
Całkowity czas: 49:54
skład:
Mats Levén - voc, guit; Olaf Lenk - gui, bass, drums, keyb; John A.B.C. Smith - bass;
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 2
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 5, ocena: Album jakich wiele, poprawny.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 6 Niezła płyta, można posłuchać.
07.11.2005
(Gość)

At Vance — Chained

Zespół At Vance nie należy do najszerzej znanych grup metalowych w Polsce. Młodsi fani ciężkiej muzyki poznają ją ostatnio od zupełnie innej strony, popularnośc zdobywa hardcore i metalcore, a także niektórzy wykonawcy gothic rocka. W tym świetle słabo wygląda znajość zespołów grających muzykę z głębszymi korzeniami: power metal. W tym nurcie właśnie realizuje się Olaf Lenk, wirtuoz gitary, pod szyldem At Vance. Grupa nie jest nowicjuszem na rynku muzycznym: Olaf grał w kilku zespołach, jak np Velvet Viper. Powołany do życia w 1998 roku At Vance grał już na trasach koncertowych włoskiej megagwiazdy poweru Rhapsody oraz mniej znanego Angel Dust. Otarli się zatem już o wielki świat, i nie można uznawać ich za nowicjuszy w tej dziedzine. Znani są ze swojego wkładu w album "Metal Tribute to Abba", gdzie coverowali "Money, Money, Money", i był to jeden z lepszych utworów na tym albumie.

 "Chained" nie jest ich pierwszym albumem - poprzedni "The Evil in You" (2003) zaowocował tournee z innymi bohaterami nowego niemieckiego power metalu - zespołem Kamelot. Po tej trasie nastąpiły pewne zmiany personalne w zespole, Materiał na tę płytę nagrany został pod koniec 2004 roku. Zespół ma przed sobą jeszcze sporo szans na karierę - przyjrzyjmy się, a raczej posłuchajmy tej płyty.

 Promo zawiera dodatkowe wersje "Rise from the Fall" oraz "Chained", przeznaczone do airplayu i grania w klubach. Wersja limitowana zaś zawiera dodatkowo utwory "Flight of the bumblebee", czyli cover Manowa... ekhm, klasycznego kompozytora Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, znany po polsku jako "Lot Trzmiela"; oraz "Who's Fooling Who".

 Zatem, wciskamy play, i oto wchodzi "Rise from the Fall". Od razu słychać, że chłopaki doskonale wiedzą co chcą grać. Od pierwszej nuty słychać, że interesuje ich nowoczesny power metal, jak zawsze bogaty w aranżacje i wyrafinowany technicznie. Piosenka leci szybko, Słychać typową dla powermetalu linię basu, i ciekawą linię gitary. Wokalem na tym albumie jest Mats Leven, który swego czasu zdobywał famę grając z legendarnym wirtuozem gitary - Yngwie Malmsteenem. Słychać, że mistrz nie pomylił się w wyborze członka zespołu - Mats potrafi wiele, i nie boi się tego pokazać. Utwór nie odpuszcza, stawiając duże wymagania na headbangerach, którzy chcieli by przy nim poszaleć.

 W tym albumie można znaleźć to "coś", którego brakuje wielu innym zespołom. Grają poprawny politycznie i technicznie power metal, lecz często trudno znaleźć tam ten porywający pierwiastek, który rodzi się gdzieś na pograniczu wirtuozerii i energii. Czasem jest tylko na singlach, zaś brak go w albumie. Sugeruje to, że gatunek się przetarł, że kolejni jego odtwórcy są jakoby artystami drugiej kategorii, wyrobnikami metalu. Tu go nie brak. Jest to duży plus dla albumu, który dzięki temu zdecydowanie wyróżnia się spośród innych pozycji z tej samej półki.

 Piosenka wycisza się, i wchodzi "Heaven". Reprezentuje sobą to wszystko co nazywamy "power ballad", czyli zwolnione tempo, zawodzące gitary i spokojny, lekki tekst. Refren przypomina nieco niektóre piosenki kolegów z zespołu Kamelot, łącząc wykorzystanie chórku i nawiązanie do głównego motywu piosenki. To samo robi finalna solówka, która jest również powtórzeniem zasadniczego tematu, zagrana zgrabnie, palcami wirtuoza. Utwór pomimo prawie 5 minut trwania przemyka szybko. Nie zdąży jednak jeszcze wybrzmieć, a już wchodzi "Tell Me". Wchodzi agresywnie, wdzierając się i kontrastując z lekkimi klimatami poprzedniego utworu. Podobny nieco do "Rise from the Fall", jednak tylko od strony rytmicznej, gdyż rozpędza się i leci z iście szatańskim tempem, niosąc intensywnie, drapieżnie zaśpiewane słowa. Doskonale pasuje to zresztą do tekstu, który również opisuje intensywne uczucia: "It's over and we both know it". Tempo zdaje się cały czas wzrastać, choć naprawdę pozostaje cały czas na jednym poziomie. Z utworu wyziera podobna energia jak ze sławnego "Painkillera", i struktura jest trochę podobna. Świetne solo na całą długość gryfu, zakończone znowu nawiązaniem do głównego motywu kończy utwór.

 Cisza, potem narastający mroczny dźwięk. Najazd brzmiący jak przesterowany bas powoli zgłaśniany... wreszcie eksplozja rzeczowego brzmienia, zagrana pod typowy Manowarowy (znowu?) marszowy rytm. Tak zaczyna się "Chained", tytułowy track albumu. Sam riff zaś mocno przypomina utwór "Bright Eyes" niemieckiej legendy powermetalu, zespołu "Blind Guardian". Różni się jednak tempem i przeznaczeniem, jako że tworzy inny, powolniejszy, mroczny świat, podbudowywany również przez brzmiące nieco jak organy kościelne klawisze. Marszowy krok idzie przez cały utwór, w niewielu miejscach na chwilę łamany. Gitara nie popisuje się zbytnio, grając cały czas jeden chwyt, a i tak w celach rytmicznych. Dopiero w refrenie lewa ręka Olafa zmienia pozycję. Środek utworu ponownie przypomina twórczośc najgłośniejszego zespołu świata, jest jakby wyrwany z "Warriors of the World", włącznie z solo. Muzyka urywa się, główny motyw kontynuowany jest przez klawisze, a szeptany wokal, przewidywalnie, zapowiada głośny powrót utworu. Trwa to jednak zaskakująco krótko, gdyż natychmiast wchodzi "Now or Never".

 Tu zespół najwyraźniej znowu kłania się w stronę swoich kolegów, lecz tym razem chodzi o zespół "Iron Savior". Pożyczają od nich formułę wysokoenergytecznej acz nieskomplikowanej piosenki o przeznaczeniu. Ten kawałek tak bardzo ich przypomina, że aż można potraktować go jako niezamierzoną reklamę. Co nic mu nie ujmuje, a przeciwnie, sprawdzona formuła Żelaznego Zbawcy, będąca fuzją technicznego poweru i thrashu doskonale się tu sprawdza.

 Czas zwolnić tempo, zdjąć nogę z pedału gazu i przejść do refleksji. "Two Hearts" doskonale spełnia te zadanie. Odchodzi jednak nieco od zasadniczego klimatu, reprezentuje bowiem bardziej hardrockową balladę. Za to w doskonałym wykonaniu, przywodząc na myśl Whitesnake. Widać tu korzenie power metalu, który wyrósł właśnie z wysokoenergetycznego, koncertowego hardrocka. Tu nieziemska precyzja w graniu, rozbudowanie kompozycji i harmonizacja liczyła się najbardziej. Nie ma mowy o zdejmowaniu palców ze strun. Piosenka kończy się, pomimo swoich 4 minut, za szybko.

 Olaf jest najwyraźniej mocno zainspirowany muzyką klasyczną. Świadczy o tym wspomniany bonus Korsakowa, ale i również kolejna ścieżka, "Invention #17". Brzmi jak któryś z krótszych utworów Antonio Vivaldiego, zagrany nie na skrzypce, ale na gitarę elektryczną. Służy tu jako interludium, przerywnik umieszczony w środku albumu. Jest tak odmienny od reszty, że można zapomnieć, jaka płyta siedzi w odtwarzaczu.

 Po tym interludium przychodzi czas na "Run/Leave". Zaczyna się jak niektóre utwory Stratovariusa, szczególnie te wcześniejsze. Potem nadal brzmi jak Stratovarius. Cóż, istnieje tylko aż tyle ogólnych szablonów piosenki, widać zespół wybrał właśnie ten. Utwór nie wyróżnia się szczególnie, zagrany jest poprawnie choć słychać że Olaf już nie szaleje, jak poprzednio. Muzyka przycisza się, po czym słyszymy dziwne pseudo-indyjskie klimaty. Nasuwa się dziwne skojarzenie: podobnie jak ten wstęp brzmi utwór Kazikowego zespołu El Dupa pt. "Hindu Religion". Powoli wtrąca się gitara, aby w końcu po kilku najazdach przejąć inicjatywę, i oto mamy "Live for the Sacred". Utwór przeradza się w dość lekki, znowu hardrockowy, znowu inspirowany Coverdale'm, jednakże niespecjalnie porywający kawałek. Tekst zaś odróżnia się od muzyki, bo opowiada o tematach wojowniczo-religijnych, czyli typowo dla fantasy power metalu, a nie hardrocka.

 I oto kolejna gratka dla miłośników muzyki klasycznej! Świetnie wykonane allegro Vivaldiego z koncertu f-moll, znanego również jako "Cztery Pory Roku - Zima". Utwór "Vivaldi Winter", o ile służy znowu jako zapychacz albumu, robi to w przyzwoitym stylu. Trafia zarówno w gusta tych którzy uwielbiają klasykę, jak i do tych którzy preferują nowoczesne kompozycje, gdyż wykonany jest z pełną maestrią i precyzją dobrego poweru.

 Na sam koniec dostajemy utwór będący prawie klonem pierwszego. "Run from your life" od poczatku kojarzy się z "Rise from the Fall", zbudowany jest na podobnym gruncie. Słychać w nim natomiast wpływy Rhapsody, szczególnie we wiodącej gitarze, która brzmi zbliżenie do tej w "Emerald Sword". Brakuje tylko Turilli'ego. Piosenka zresztą sprawdziłaby się nieźle w repertuarze włoskiego zespołu. Przeszkadzać mogłoby tylko że jest odrobinę cięższa niż to co prezentują. Krótkie solo, grane równocześnie na dwie gitary, diablo precyzyjnie, brzmi interesująco.

 Kilka słów na koniec: At Vance ma duży potencjał, który powinni zrealizować, dadzą nam jeszcze niejeden dobry album. Nie jest to natomiast muzyka dla przeciętnego zjadacza chleba, ani dla przeciętnego 16letniego słuchacza metalu. Wymaga umiejętności doceniania perfekcyjnej szkoły gry na gitarze, rozbudowanych polifonicznych aranżacji. Ponieważ w obecnych czasach popularność zdobywają zespoły grające łatwiejszą do zrozumienia, prostszą muzykę, wysłuchanie tego albumu wymaga pewnej wprawy, pewnej tolerancji. Niemniej jednak, w ramach gatunku, album należy do dobrych. Warto posłuchać.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.