ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Lanfear ─ Zero Poems w serwisie ArtRock.pl

Lanfear — Zero Poems

 
wydawnictwo: Famous Kitchen 1999
 
1. Zero Poems - 5:27
2. Turn The Tide - 5:36
3. Eight Silent Chambers - 7:40
4. Epilogue: June, 2054 a.d. - 1:11
5. How Come? - 9:36
6. My Karma Told Me - 4:00
7. To Sear The Flood -2:08
8. Enlil/Genesis - 3:43
9. Naked - 4:02
10. Twilight - 3:54
11. Electric Storm, 20 4:34
 
Całkowity czas: 51:57
skład:
Stefan Zoerner - v,k / Markus Ulrich - g / Jurgen Schrank - dr / Kai Schindelar - b
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 2, ocena: Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
 
 
Ocena: * Bez oceny
23.01.2002
(Recenzent)

Lanfear — Zero Poems

Lanfear pochodzi z Niemiec. Zadebiutował w 1997 r. płytą Towers Of February zawierającą między innymi trwającą ponad kwadrans suitę tytułową. Zero Poems to drugie dokonanie kryjące w sobie muzykę, którą najprościej określić jako bardzo milutki, melodyjny progmetal z małymi naleciałościami blacku w warstwie wokalnej.

Już otwierająca album kompozycja tytułowa na długo zapada w pamięć. Dzieje się tak za sprawą ogólnej zgrabności tego kawałka będącego przykładem niezwykle udanego czadowego hitu utrzymanego w progmetalowej stylistyce. Pamiętam wieczór, kiedy odtwarzałem go 14 razy pod rząd wciąż nie mając dosyć, a doprawdy rzadko mi się zdarzają podobne sytuacje. Ot takie to przeurocze progmetalisco-disco bez negatywnych skojarzeń :-) Zwłaszcza podoba mi się łatwość z jaką Althammer przechodzi od normalnego śpiewania w ową, napędzającą ekspresję całej piosenki, charakterystyczną dla black metalu jadowitość w głosie. Nie gorzej wypada Turn The Tide, wciąż znakomita melodyjność, zróżnicowane, pomysłowe brzmienie klawiszy, szybkie tempa poprzedzielane klimatycznymi zwolnieniami, ładne solówki - czego chcieć więcej ? Słucha się tego z wielką, wielką przyjemnością, pomimo, że żadne tam nowe horyzonty nie są, co do zasady, wyznaczane. I właśnie siła tego albumu tkwi w umiejętnym przemyceniu pod płaszczykiem przebojowości naprawdę niebanalnej treści muzycznej co docenią i zdeklarowani progmetale i Ci penetrujący obszary elektronicznego gotyku (?) - hi Wojtasie ! :-) A te ambitniejsze momenty dopiero przed nami...

Dłuższy Eight Silent Chambers wprowadza frapującą manierę deklamowanych po niemiecku fragmentów wokalnych - ja tam lubię takie smaczki, aczkolwiek ze zasłyszanych opinii (hi Ganczu ! :-) wynoszę, że dla niektórych to istna tortura. Warto się jednak przemóc - potęga, melodyjność i pomysłowość samej muzyki z pewnością na to zasługują. A potem znów deklamacja na tle uroczego podkładu w postaci Epilogue: june, 2054 a.d., po czym wchodzi majestatyczny, bardzo zróżnicowany magnum opus - How Come? - progmetal przez zaiste wielki człon PROG - bardziej rozumiany jako przynależność do określonej stylistyki niż samą, czystą postępowość. Ach, to cudownie odmalowane wrażenie pędu, te nietuzinkowe zagrywki Seibela, ta cięższa urokliwość - nosz uwielbiam takie granie i nic na to nie poradzę, tym bardziej, iż fortepianowe tudzież akustyczne, liryczne, świetnie wpasowane w całość akcenty również występują w obfitości. Czas na My Karma Told Me - zgrabniuteńka to, po części balladowa, po części hymnowa piosneczka z przecudnym, zadumanym końcem - sama radość z odsłuchu. Instrumentalny To Sear The Flood, bardziej rockowy w stylistyce, wciąż utrzymuje całość krążka na wysokim poziomie - chłonę tę płytkę sekunda za sekundą w zachwycie. Enlil / Genesis pachnie mi muzycznie nieco stonowanym Samaelem gdzieś z obszarów Eternal - wspaniałe, jak dla mnie, nawiązanie. No i ta narastająca podniosłość - krótko, a jakże dosadnie zagrany kawałek, mniam. Wiem, że można narzekać na czasami przyciężki niemiecki akcent wokalisty, zwłaszcza podczas takiego Naked, ale kolejny już raz rozkłada mnie tu na łopatki elegancko dawkowany patos, na tym polu to jestem chyba nieuleczalnym przypadkiem, heh.

Po tych peanach znajdzie się wreszcie więcej czasu na krytykę. Progmetalofffcy wzięli się za cover lżejszego utworu i znowu wyszło im to dość słabo. Mowa o przecudownym Twilight Elektryków z albumu Time. Wersja Lanfear jest co najwyżej średnia - kuleją nie tylko partie wokalne, ale i ogólna ekspresyjność kawałka - doprawdy Jeff Lynne i spółka postarali się w 1981 roku o znacznie większy "power", aż się wierzyć nie chce, niemniej to prawda. Czasami nie wystarczą cięższe gitary, kiedy brakuje przysłowiowej ikry, nie mówiąc już kolokwialnie o jajach między nogami :-) Panowie z Lanfear, pozostawiam Wam to pod rozwagę :-) To jedyny kawałek na recenzowanym wydawnictwie napełniający mnie lekkim niesmakiem, jak dobrze, że zawsze można zapuścić ELO. Wybaczcie proszę powyższe sformułowania, niemniej piszę tę reckę stricte po luzacku, tak jak nakazuje mi przedstawiona na płytce muzyka. A ta, co do zasady, jest jednak urzekająca - także ze względu na finałowy track pełen fortepianu i, pewnie dla odmiany, patosu - nosz znaleźli sobie na mnie broń :-)

Rekomenduje wszystkim Lanfear bezbronny wobec takich zagrywek niżej podpisany.

Podziękowania biegną dla Tomka Pawlaka, który przytargał na Prognicho II ówże zacny wynalazek

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.