ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Manfred Mann Chapter Three ─ Volume One w serwisie ArtRock.pl

Manfred Mann Chapter Three — Volume One

 
wydawnictwo: Creature Music 1969
 
1. Travelling Lady (5:48)
2. Snakeskin Garter (5:48)
3. Konekuf (5:47)
4. Sometimes (2:37)
5. Devil Woman (5:24)
6. Time (7:25)
8. One Way Glass (3:33)
9. Mister, You're A Better Man Than I (5:10)
10. Ain't It Sad (1:57)
11. A Study In Inaccuracy (4:05)
12. Where Am I Going (2:36)
 
Całkowity czas: 49:20
skład:
Mike Hugg – piano, voc. / Manfred Mann – org., voc. / Steve York – bg., g., harmonijka / Bernie Living – sax., fl., / Craig Collinge – dr. // Brian Hugg - acc. g. / Harold Beckett - tr.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 10
Arcydzieło.
› 15

Łącznie 30, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
10.03.2007
(Recenzent)

Manfred Mann Chapter Three — Volume One

There she was
Just a-walkin' down the street
Singing doo-wah-diddy diddy-cum-diddy-doo

Nie bez kozery ta recenzja zaczyna się powyższym, głupiutkim cytatem z głupiutkiego przeboju z 1964 roku. Autorem tego (olbrzymiego skąd inąd - pierwsze miejsce na listach po obu stronach Atlantyku!!) hitu był pochodzący z RPA pianista Manfred Mann, liderujący grupie, która od jego imienia i nazwiska wzięła nazwę. Taa, Manfred Mann to była prawdziwa fabryka przebojów (17 hitów pomiędzy 1963 a 1969 rokiem!), ale liderowi co innego w duszy grało. Jak się okazało, nie tylko jemu, bo także współzałożyciel grupy Manfred Mann, perkusista Mike Hugg, był już serdecznie znudzony graniem popu i desperacko chciał czegoś innego. Obaj panowie rozwiązali maszynkę do przebojów i zawiązali nowe kombo. Początkowo pod nazwą Emonon (No Name od tyłu), finalnie, po zmianie składu Manfred Mann Chapter Three (poprzednie dwa rozdziały to dwa wcielenia popowego Manfred Mann). Pod koniec roku 1969 w sklepach ukazała się debiutancka płyta grupy, w gustownej zielonej okładce i z karykaturami członków zespołu. Wszyscy spodziewali się kolejnych przebojów, więc wyobrażam sobie, że przeciętny fan "Doo Wah Diddy" po wysłuchaniu pierwszych taktów "Volume One" zrejterował zygzakiem. Krzycząc z przerażenia.

To jest jazz. Zasadniczo rzecz biorąc do takeij szuflady można włożyć dokonania Manfred Mann Chapter Three. Hugg przesiadł się zza garów na pianinko i zaczął śpiewać. A głos Hugg ma bardzo specyficzny i o wyjątkowo nieprzyjemnej barwie (co świetnie pasowało do klimatu). Mann jak zwykle siedział za organami. Do tego dołożyć trzeba sekcję rytmiczną (bardziej rockową niż jazzową, to fakt) i dęciaki. Dużo dęciaków. Jeszcze dęciaki dodatkowo. I ZERO gitary. Tak, poza nielicznymi akustycznymi akcentami, elektryczna gitara jest na tym albumie nieobecna.

To niełatwa w odbiorze muzyka. Fragmenty bardzo melodyjne łamane są często nieprzyjemnym jazgotem. Mann i spółka jakby celowo uciekają od melodii ku demonicznemu klimatowi, ku specyficznej atmosferze, ku transowi, improwizacjom. Są tu szalone sola saksofonu, potężne partie sekcji dętej, długie, rozjazgotane sola na organach elektrycznych. Jest demoniczna kobieca wokaliza ("Devil Woman"). Jest kościelny chór wpleciony we free-jazzową improwizację ("A Study In Accuracy"). Jest fenomenalna, lodowata wręcz wersja "Mister You're Better Man Than I" który Mann skomponował parę lat wcześniej dla The Yardbirds. Potencjalna przyczyna zawału każdego z członków The Yardbirds. A z kolei w całkiem ślicznych quot;Sometimes" i "Ain't It Sad" klimat jest...canterburyjski. Tak grał zespół Caravan dwa-trzy lata później. Niesamowite, ale prawdziwe. "Time" fajnie wzbogacone jest partią harmonijki ustnej, ale to soczysty, mięsisty jazz z "bondowskimi" dęciakami. Z kolei natomiast dęciaki z "One Way Glass" dużo zawdzięczają beatlesowskiemu "Hey Jude" (swoją drogą to jedyny na płycie numer śpiewany przez Manna).

Taką muzykę Manfred Mann i Mike Hugg chcieli ponoć grać od samego początku. Interesował ich nowoczesny jazz i tylko przypadkowy zbieg okoliczności sprawił, że przez prawie 6 lat współtworzyli kopalnię przebojów pop. I chyba źle się stało, że nie poczekali jeszcze chwili z pokazaniem światu swojego prawdziwego oblicza, bo wyszło na to, że świat nie był gotowy na Manfreda Manna - awangardzistę, jazzmana, muzyka niekomercyjego. "Volume One" to bardzo odważny album. Zdecydowanie najodważniejszy w całej karierze Manna. Totalne odcięcie się od przeszłości, takie "albo mnie zaakceptujecie, albo nie - nie dbam o to, bo jestem szczery". No właśnie - czuć na tej płycie szczerość. Czuć serce w tym graniu, czuc duszę. Od pierwszego słuchania wiadomo, że to nie koniunkturalizm, tylko faktycznie tak panom w duszy grało. A że świat się nie poznał? Pieprzyć to, naprawdę. Liczy się tylko wspaniała muzyka. Tym bardziej, że dokonania Manfred Mann Chapter Three odkrywane po latach brzmią świeżo, inspirująco i wciąż bardzo odważnie. Taka muzyka nie ma szans się zestarzeć po prostu.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.