ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Deep Purple ─ Burn w serwisie ArtRock.pl

Deep Purple — Burn

 
wydawnictwo: EMI Records Ltd 1974
 
"Burn" – 6:05/ "Might Just Take Your Life" – 4:36/ "Lay Down, Stay Down" – 4:15/ "Sail Away" – 5:48/ "You Fool No One" – 4:47/ "What's Goin' on Here" – 4:55/ "Mistreated" – 7:25/ "``A´´ 200" – 3:51
 
Całkowity czas: 41:37
skład:
David Coverdale - vocals/ Ritchie Blackmore - guitar/ Jon Lord - keyboards/ Glenn Hughes - bass guitar,vocals/ Ian Paice – drums
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,1
Album jakich wiele, poprawny.
,1
Niezła płyta, można posłuchać.
,2
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,10
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,26
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,25
Arcydzieło.
,45

Łącznie 112, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
03.06.2007
(Recenzent)

Deep Purple — Burn

W 1973 roku sytuacja Deep Purple wydawała się mocno nieciekawa. I co gorsza taka była. Zespół nagrał marną płytę „Who Do You Think We Are” , a niedługo potem opuścili go basista Roger Glover i wokalista Ian Gillan. Furda bassman, do miarowego dudnienia w tle na czterech strunach, zdolnego człowieka znaleźć stosunkowo łatwo. Poza tym , kto na niego zwraca uwagę na scenie? Chyba , że też i śpiewa. Natomiast wymiana wokalisty, to znacznie poważniejsza sprawa. Jeszcze w tym przypadku – Gillan jest jednym z najlepszych wokalistów rockowych na świecie i znaleźć za niego odpowiednie zastępstwo było arcytrudno. Zaskoczeniem mógł być wybór nowego człowieka za mikrofon w Deep Purple – zupełnie nieznanego osobnika, Davida Coverdale’a. Jak do tej pory nie miał nic wspólnego z show-biznesem . Pracował w sklepie i udzielał się w lokalnych , amatorskich grupach rockowych. Jego transfer do Deep Purple można porównać jedynie do tego, jakby jakiś piłkarz z V-ligowej Sanovii Lesko przeszedł bezpośrednio do Chelsea Londyn, od razu do pierwszego składu, zadebiutował w meczu z MU, albo derbach z Arsenalem i od razu upolował hat-tricka. Bo jak się okazało, jednego z najlepszych rockowych wokalistów świata, zastapił też jeden z najlepszych rockowych wokalistów świata. Aha, Glovera zastąpił doskonały, śpiewający basista – Glen Hughes (No właśnie , o wokaliście cały elaborat, a o basiście tylko wzmianka).

Nowy skład zabrał się ambitnie do roboty. Oj, pracowitości odmówić im nie można – w 1974 roku pojawiło się aż dwie nowe płyty Deep Purple – „Burn” i „Stormbringer”. Można próbować załatwić Hughesa jednozdaniową wzmianką, ale się nie da. Na pewno nie był specjalnie zachwycony tym, ze jego rola w Deep Purple ograniczała się do gry na basie, a do mikrofonu będzie dopuszczany sporadycznie. A wokalistą przecież również jest wybornym . Jako bassman Hughes jest zwolennikiem aktywnej gry w środku pola, z zamiłowaniem do muzyki czarnej – szczególnie soulu i funky. Grający funky basista w zespole hard-rockowymi dość poważnie zmienił jego oblicze. Poprzednie wcielenie DP brzmiało mocno, dostojnie i klasycznie, czasami bluesowo. Obecnie głównie dzięki Hughesowi zespół dostał konkretnego kopa i muzyka zyskała na dynamice. I nie da się ukryć, że zaczęli brzmieć bardziej nowocześnie. Wśród fanów DP panuje powszechne (i błędne) przekonanie, ze „prawdziwe” Deep Purple to musi być skład z Gillanem na wokalu. Dlatego „Burn” i „Stormbringer” mają opinię towaru niepełnowartościowego. Zdecydowanie niesłusznie. Tytułowy „Burn” wymiata jak to na tych klasycznych płytach bywało, a Coverdale śpiewa rewelacyjnie . Muzyka nieco się zmieniła, jest bardziej rockowa, niż hard-rockowa. Do tego bardziej niż dotychczas „skażona” bluesem, rhythm’n’bluesem, także elementami „czarnej” muzyki. A „You Fool no One” słychać wpływy latynoskie – żeby nie powiedzieć, że tak grywała sekcja od Santany. Co jeszcze można zauważyć – organy Lorda w większości utworów przesunięte są nieco do tyłu. Może z wyjątkiem tytułowego i „Mistreated”. Ten drugi to jednak głównie popis Blackmore’a. Tyle, że wersja studyjna to i tak nic, w porównaniu z wersją z koncertowego „Made in Europe”. Kończący płytę „A 200” też wzbudza pewne kontrowersje wśród fanów. Organista Lord „bawi się” syntezatorami z dość ciekawym skutkiem. Nie wzbudzało to entuzjazmu, bo co to - Lord i syntezatory? A co to , Lord przywiązany do hammondów jak chłop pańszczyźniany do ziemi? „Burn” to z pewnością płyta bardzo udana. Może i lżejsza od poprzednich, i bardziej melodyjna, jednak zagrana z nie mniejszym rozmachem.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.