ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu David Judson Clemmons  ─ Life in the Kingdom of Agreement w serwisie ArtRock.pl

David Judson Clemmons — Life in the Kingdom of Agreement

 
wydawnictwo: Village Slut Records 2004
 
1. Scars [3:20] 2. Beautiful You [4:37] /3. The Shores [4:10]/ 4.Caucasia [4:59]/ 5.The Perfect Life Is Here [4:29]/ 6. Lover, My Love [5:14]/ 7. Scars II [6:46] /8. Behind The Face [4:15]/9. Kingdom Of Agreement [6:52]/10. To Leave This Room [5:46] /11. Undimmed [21:52]
 
Całkowity czas: 72:24
skład:
James Schmidt - drums/ Bjoern Werra - bass/ Michael Schlueker - cello/ Anne de Wolff -violin & vocals/ Tina Kruse - vocals/David Judson Clemmons - guitars & vocals.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 5
Arcydzieło.
› 12

Łącznie 17, ocena: Arcydzieło.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8++ Arcydzieło.
28.06.2007
(Gość)

David Judson Clemmons — Life in the Kingdom of Agreement

Z dedykacją

Kap, kap – krople odżywczego płynu spływają cieniutką rurką do żył. Powoli acz skutecznie dostarczają życiodajnych substancji wycieńczonemu organizmowi. Biała szpitalna pościel aż gryzie w oczy. Wszechobecna, nocna cisza wwierca się w mózg jak natrętna mucha. Kątem oka widzisz snujący się po korytarzu personel medyczny. Smuga światła przecina mrok izolatki. Ktoś wchodzi do pokoju. To nie pielęgniarka. No to doczekałeś się. Tego momentu, kiedy kaganek zgaśnie, a zardzewiałe nożyce tej staruchy Atropos, powoli acz nieubłaganie przetną cieniutką nić twego trzydziestoletniego życia. Ciach? Nie, jeszcze nie. Boisz się, że to JUŻ. Wszystkie twoje obawy wychodzą w tym momencie na wierzch, blizny się otwierają. Doskonale znasz to uczucie.. Kropelki potu, przyspieszony puls i bezradność. Przełykasz ślinę i po raz kolejny staje ci przed oczyma twoje życie. Strach. Phobos.

Berlin to takie miasto, które od dawna sprzyjało artystom. Miasto, które ma w sobie to „COŚ”. David Judson Clemmons, pochodzący z Wirginii muzyk i tekściarz znalazł w Berlinie przystań i inspirację do działania. Podobnie jak swego czasu David Bowie, Lou Reed i wielu innych. Clemmons to artysta w naszym kraju zupełnie nieznany. Chyba nawet nie można kupić w Polsce jego płyt. A przecież mieszka właściwie po sąsiedzku. Po pierwszym przesłuchaniu jego solowego dzieła wiedziałam, że od dawna
czekałam na taki album. Czekałam na taki album od czasów Grace Jeffa Buckleya. Emocje i dźwięki. Dźwięki i emocje. Upakowane na srebrnej blaszce zatytułowanej Life in the Kingdom of Agreement.

Bezzębna, stara i złośliwa Atropos patrzy na ciebie jednym okiem. Nożyce lśnią w mroku. Piękny ty! Dam ci jeszcze jedną szansę. Bo masz jeszcze te „- ścia” lat do przeżycia. Twoja pozorna oschłość, poczucie wyższości (przecież nie zniżę się do poziomu ludowej mądrości i zwykłej ludzkiej życzliwości), niechęć, którą wzbudzasz (a przecież nigdy nie dałeś się nikomu bliżej poznać), samotność, na którą się skazałeś (bo przecież wymagania się ma, karierę się robi, z byle kim zadawać się nie będzie, a grupę docelową „pozytywnych” kontaktów dawno już sprecyzowałeś). Boli, prawda? Czasami chce się wyć, a przecież chłopaki nie płaczą.

Przyznam się od razu, że z kolejnymi przesłuchaniami w tę muzykę, w ten przekaz „wsiąkłam” bez dwóch zdań. Każdy z utworów to arcydzieło, mały klejnot, majstersztyk naszpikowanymi emocjami. Ale nie tanimi, sprzedawanymi przez „jednosezonowych bardów z list przebojów”. Nie – nie są to emocje rodem z Blackfield. Blackfieldowe „strachy i przeżycia” to przy Clemmonsie „mały pikuś”. David Judson podaje nam na tacy pozbawione złudzeń marzenia, zadaje niewygodne pytania, krzyczy, wyje z bólu, jest odarty ze skóry (jak św. Bartłomiej), zostaje tylko pulsująca tkanka życia i emocji (The Perfect Life Is Here). Dreszcze człowieka przechodzą, kiedy słucha tej MUZYKI. Piękno, smutek przeplatają się w ciągu tych ponad siedemdziesięciu minut w sposób idealny. W każdym dźwięku, frazie, uderzeniu w struny gitary, dotknięciu smyczkiem skrzypiec. I w cudownym, dobiegającym gdzieś z oddali eterycznym głosie Tiny Kruse. Oraz ciszy, która w tej muzyce została wykorzystana w mistrzowski sposób.

Bezzębna przypomina o tym, jakie prowadzisz chłopcze IDEALNE, PERFEKCYJNE życie od pierwszego do pierwszego. Kasa wpływająca na konto w regularnych odstępach. Plus czynniki pozafinansowe (tak często wykorzystywane w motywowaniu pracowników). Co dziś zakupimy: kolejny gadżet? A może najlepsze sushi w mieście. A może...lepiej nie. Z decyzjami (pozabiznesowymi) u ciebie jest krucho. Pozorne szczęście, a jednocześnie codziennie wypijana kolejna filiżanka smutku i rozczarowania. A tak – jeden z tych niedoinwestowanych i wiecznie narzekających konowałów powiedział, że to depresja (w końcu dotyka jakieś 10% społeczeństwa), zapisał prochy (pokolenie prozacu), a ty odbębniasz cotygodniowe (zapisane w outlooku) wizyty. Kalendarz, palmtop rządzą twoim planem dnia. Bo tak łatwiej. Maska profesjonalisty wdziewana codziennie. Przylepiony sztuczny uśmiech. Dziękuję, proszę. Formalizmy, wykresy, słupki sprzedaży. Parking wielopoziomowy, wizyta w kinie (kto z moich kolegów chodzi na filmy Herzoga?), knajpiane rozmowy o niczym (bo o Nietzschem z kumplami z roboty nie pogadasz). Winda na 14 piętro wieżowca w centrum. Tam i z powrotem. Dzień w dzień. Dobrze, że okna nie otwierają się na oścież.

Clemmons operuje głosem w niesamowity sposób. Ten najtrudniejszy do opanowania ze wszystkich instrumentów zabrzmiał na albumie w sposób porażający i wręcz niespotykany. David Judson szepcze, śpiewa, wyje, krzyczy, skanduje. Słychać w tym glosie rozpacz, czułość, nienawiść, miłość, złość, dobro, oschłość i serce na dłoni. Jest w tym śpiewie żarliwość, pasja, autentyczność (a nie stylizowanie się na „artystę przeżywającego”). Odniosłam wrażenie, że w przypadku tego albumu te wszystkie uczucia są tak prawdziwe, że aż namacalne. Jakby Clemmons stał tuż obok i dla ciebie śpiewał te nienajłatwiejsze teksty. Słychać, że szkoła Petera Hammilla jest mu znana. Podobna wrażliwość i znakomite wykonania. Może gdzieś w tych dźwiękach i głosach słychać dalekie echo Rogera Watersa (kobiece chórki), czasami mroczny świat Toma Waitsa. Jest jeszcze jedna osoba, jeden artysta, który mógł wywrzeć wrażenie i mocno wstrzasnąć Clemmonsem. Krzyk i emocje Davida przypominają nieco młodego chłopaka z gitarą, który w 1997 roku utonął w Missisipi. A był to Artysta wielki - jego głos to Łaska dana nam przez Boga. I jeszcze odrobina sylvianowej melancholii. Zatem mamy tryptyk: Gone To Earth (1986), Grace (1994) oraz Life in the Kingdom of Agreement (2004). Perfekcyjna trójca. Bez wątpienia.

Muzycznie też jest świetnie. Clemmons znakomicie wykorzystuje dynamikę, dozuje dźwięki. No i same kompozycje są nietypowe. Nie do końca takie przewidywalne pomimo prostoty. W grze całego zespołu słychać swobodę, elastyczność i to coś, czego do końca nie potrafię zdefiniować. Muzyka toczy się niespiesznie, nie jest specjalnie skomplikowana, ale jednocześnie potrafi mocno „uderzyć” słuchacza w czuły punkt. Nie ma miejsce na nachalne popisy i tandetę. Skrzypce i wiolonczela pięknie, harmonijnie w te dźwięki „wchodzą”. Harmonia? Podziały? Schematy? Cóż, niewielką mam wiedzę by pisać o takich aspektach. Z pewnością są niebanalne. Bo czyż nie cudowne jest przełamanie ślicznej melodii dysonansowym akordem? A czy nie pięknie jest, kiedy po kilku minutach ciszy (gdy rytm serca po usłyszeniu tych dźwięków uspokaja się) otrzymać kolejną porcję nut?

Atropos patrzy i mówi. Życie to nauka kompromisu. I negocjacji. A ty jak jeż podchodzisz do tych spraw. Świat musi być skonstruowany według Twego „widzimisię”, bo przecież cierpisz, a swoim cierpieniem powodujesz odruch wymiotny u znajomych (którzy ci jeszcze pozostali). Chłopcze, nie tędy droga. Zacznij wreszcie oddychać, a nie tylko przemykać jak cień pod ścianami budynków ze stali i szkła.

Zdaję sobie sprawę, że trudno jest dotrzeć do tego albumu (brak polskiego dystrybutora) i do samego artysty (co z tego, że mieszka praktycznie za miedzą). Po usłyszeniu Life in the Kingdom of Agreement, złożyłam zamówienie poprzez stronę internetową Clemmonsa. Poczekam na nowe muzyczne dziecko tego nietuzinkowego i wyjątkowego ARTYSTY. Bo naprawdę warto. Siedzę urzeczona tym, co usłyszałam. I nadal nie wierzę. Że tak można grać, w ten sposób czuć muzykę. Mimo, że nie jest to łatwy i przyjemny album. Jest to płyta cholernie trudna, mocna i uderza w głowę z siłą kilkudziesięciu ton. Zmusza do myślenia. Powoduje to czasami nieprzyjemne drapanie w gardle. Czasami wręcz odrzuca i drażni. Dlaczego? Bo wymaga skupienia. Życzę Wam podobnych wrażeń.

Life in the Kingdom of Agreement to zjawiskowy album. Po prostu Arcydzieło.

Berlin jest przecież niedaleko - a Clemmons w Berlinie gra często. Może by tak pojechać na koncert?

Kap, kap - krople odżywczego płynu spływają cieniutką rurką do żył. Powoli acz skutecznie dostarczają życiodajnych substancji wycieńczonemu organizmowi. Czuję ból pod powiekami. Myśli kotłują się pod czaszką. Świta - delikatne promienie słońca przedzierają się przez żaluzje. Sen. Thanatos.

Did you close your door?

PS. Zespół Fullbliss, w którym udziela się DJ to takie rockowe, fajne granie a’la Stiltskin. Przyjemne. Clemmons solo to zupełnie inna para kaloszy.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from Riiva with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.