ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Iron Maiden ─ The Final Frontier w serwisie ArtRock.pl

Iron Maiden — The Final Frontier

 
wydawnictwo: Metal Mind Productions 2010
 
01. Satellite 15....The Final Frontier [8:40]
02. El Dorado [6:49]
03. Mother Of Mercy [5:20]
04. Coming Home [5:52]
05. The Alchemist [4:29]
06. Isle Of Avalon [9:06]
07. Starblind [7:48]
08. The Talisman [9:03]
09. The Man Who Would Be King [8:28]
10. When The Wild Wind Blows [10:59]
 
Całkowity czas: 76:35
skład:
Bruce Dickinson – wokal / Steve Harris – bass / Janick Gers – gitara / Dave Murray – gitara / Adrian Smith – gitara / Nico McBrain – perkusja
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,7
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,3
Album słaby, nie broni się jako całość.
,9
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,2
Album jakich wiele, poprawny.
,6
Niezła płyta, można posłuchać.
,12
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,15
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,27
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,19
Arcydzieło.
,42

Łącznie 142, ocena: Dobry, zasługujący na uwagę album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8++ Arcydzieło.
05.09.2010
(Gość)

Iron Maiden — The Final Frontier

Tego zespołu chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Jeśli jednak ktoś nie wie o kogo tutaj chodzi, to znaczy, że z szerzej pojmowaną muzyką rockową nie ma kompletnie nic wspólnego. Każdy bowiem powinien przynajmniej kojarzyć nazwę Iron Maiden. I nie chodzi mi w tym przypadku o średniowieczne narzędzie tortur, a o legendarną brytyjską formację wywodzącą się z, jakże popularnego niegdyś nurtu, New Wave Of British Heavy Metal.

Minęły cztery lata odkąd ukazał się ostatni album Żelaznej Dziewicy – „A Matter Of Life And Death”. „Sprawa życia i śmierci” ukazywała bardzo progresywne oblicze zespołu. Oblicze, które być może nie wszystkim fanom takich płyt, jak „Piece Of Mind”, czy „Somewhere In Time” mogło się spodobać. Trzeba jednak zaznaczyć, że Steve Harris ciągotki do komponowania długich, rozbudowanych i epickich utworów miał już od dawna. Kiedyś jednak na płytach Maiden można było znaleźć jeden, góra dwa takie właśnie numery. Obecne Iron Maiden nie jest już na pewno tym samym, czym był w latach osiemdziesiątych i tajemnicą nie jest, że pewnie takiego Iron Maiden, jak wtedy już prawdopodobnie nigdy nie będzie. Czy to źle? To oczywiście kwestia gustu. Ja osobiście uwielbiam Ironów za ostatni album i za progresywne oblicze, w które krok za krokiem wciąż panowie podążają.

Trzydzieści lat temu wydany został pierwszy studyjny album zespołu – „Iron Maiden”. Dużo spekulowało się na temat tego, czy właśnie przy okazji takiej rocznicy Brytyjczycy nagrają swój ostatni w historii album. Przy wydaniu ostatniego albumu mówiono o tym, że miał się on nazywać „The Legacy” (tak, jak kończący album utwór). Nazwę zmieniono z uwagi na fakt, iż Harris i spółka nie chcieli, aby ktoś pomyślał, że to ostatni twór zespołu. Jednak tym razem, bez żadnego zastanowienia, panowie nazywają swój nowy album „Ostatnią granicą”… Czy to faktycznie ostatni etap na długiej drodze Iron Maiden?

Sprawy z „The Final Frontier” były bardzo skomplikowane. Jeszcze przed ujawnieniem tytułu, płyta miała się ukazać w roku 2009. Na początku 2010 natomiast, mówiło się już o początku 2011. Na szczęście, prace nad albumem zostały zakończone wcześniej i prawie równo po czterech latach fani zespołu mogą cieszyć się z następcy „AMOLAD”. Ironi powrócili do swojego starego studia Compass Point w Nassau, gdzie nagrywali w latach 83 – 86. Tym razem, choć studio ponoć wcale się nie zmieniło, muzyka jest bardzo inna, niż w czasach kiedy zespół był tam po raz pierwszy.

„The Final Frontier” jest piętnastym studyjnym dokonaniem brytyjskiej legendy i trwa ponad siedemdziesiąt sześć minut, co czyni ten album najdłuższym w historii zespołu. W tym przypadku długi czas nie jest jednak najmniejszą wadą. Na „TFF” składa się dziesięć wspaniałych kompozycji, a płytę można w zasadzie podzielić na dwie części, które nie będą jednak do końca równe. Ja osobiście dzielę ten album na pierwszą i drugą piątkę, choć druga jest znacznie dłuższa od pierwszej. Właśnie dlatego pierwszą część płyty nazywam częścią „normalną”, czy też „tradycyjną”, druga zaś to część „epicka” – ta bardziej rozbudowana.

Część pierwsza…

Trzeba przyznać, że album zaczyna się bardzo nietypowo. O ile cała płyta ogólnie nie wydaje mi się być czymś wybitnie zaskakującym, wbrew temu, co niektórzy mówią na jej temat, o tyle otwierający „Satellite 15…The Final Frontier” do tradycyjnych otwieraczy się na pewno nie zalicza. Otwieracz można było spokojnie podzielić na dwie części: intro i utwór tytułowy. Znajdą się tacy, którzy będą marudzić, że właśnie tak zespół nie zrobił. Według mnie nie ma to większego znaczenia, a w zasadzie nawet lepiej jest tak, jak jest. Bardzo mroczny jest wstęp w postaci „Satelity 15…” Niepokojąca gra gitar, perkusji McBraina, a w tle klimatyczny bas Harrisa. W trzeciej minucie po raz pierwszy słyszymy wokali Bruce’a, ale dopiero w piątej intro kończy się na dobre i rozpoczyna się kawałek tytułowy. Dobry riff, dość prosty refren w stylu genialnego „No More Lies” i bardzo udane sola tworzą wraz z mrocznym wstępem całość świetnego otwarcia dla „The Final Frontier”.

Po otwarciu czas na pierwszy singiel z nowego albumu – „El Dorado”. Ta kompozycja wzbudziła wiele kontrowersji jeszcze przed wydaniem tego albumu. Nie została bowiem ciepło przyjęta przez fanów, choć na pewno dopiero słuchając całej płyty, „El Dorado” znacznie zyskuje. Porównując z singlami, choćby z „AMOLAD”, wypada na pewno słabiej od rewelacyjnego „The Reincarnation Of Benjamin Breeg”, jest za to lepszy niż „Different World”. „El Dorado” to tak naprawdę bardzo dobry kawałek, a dużym plusem całej płyty jest to, że pierwszy jego singiel jest zwyczajnie najsłabszą jego cząstką. Najbardziej podoba mi się tutaj niepokojący motyw, w którym Bruce śpiewa, że jest „oszustem, śmiejącym się spod maski miłości i śmierci…”

Kiedy po raz pierwszy miałem okazję usłyszeć ten album, właśnie tu pojawiły się dopiero te największe emocje. W końcu singiel znałem już dużo wcześniej, a z otwieracza znałem już część obejmującą sam kawałek tytułowy bez wstępu, do którego powstał teledysk. Od „Mother Of Mercy” tak naprawdę zaczęły się te „obce” rejony „TFF”. Bardzo ładny początek gitarowy, a potem wchodzi powalający we wstępie wokal Dickinsona. Brzmi to po prostu kapitalnie! Dopiero po słowach „I’m a soldier of war” utwór się rozkręca, choć jego tempo jest umiarkowane, nie za szybkie. O ile wstęp jest genialny, o tyle refren jest już prawdziwym mistrzostwem świata. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem słowa:

„Mother of Mercy
Angel of death desire
Mother of mercy
Taking my last breath, of fire
Mother of mercy
Angel of pain
Mother of mercy
Taking my last breath”

…zwyczajnie zdrętwiałem. Potężny i mroczny refren, zaśpiewany przez genialnego Bruce’a dosłownie wgniótł mnie w fotel.

Czas na balladę, bo przecież przynajmniej jedna na płycie znaleźć się musi. Na poprzednim albumie ową rolę pełnił „Out Of The Shadows”, który jednak był jednym ze słabszych punktów na „AMOLAD”. „Coming Home” wypada tu na pewno o wiele lepiej. Przekonał mnie już po pierwszym wysłuchaniu (jak cała pierwsza część albumu). Klimat tego kawałka przypomina bardziej solowego Bruce’a Dickinsona aniżeli Iron Maiden z wcześniejszych lat. Po raz kolejny najlepszym momentem jest cudowny refren, choć i gitarzyści nie próżnują.

Pora na najkrótszy, a zarazem najszybszy kawałek na nowym krążku. „The Alchemist” to rzecz, która zadowolić może wszystkich starych fanów Dziewicy. Wręcz powinna. Typowa Maiden’owa „galopada” ze świetną partią basu Harrisa i mocnym rytmem wybijanym przez McBraina. Trzeba w ogóle przyznać, że perkusista Ironów jest obecnie w wybornej formie, gdyż jego gra na tym albumie jest jedną z najlepszych w historii zespołu. „The Alchemist” kojarzy mi się trochę z „Man On The Edge” z płyty „The X Factor”, nagranej oraz wydanej bez Smitha i Dickinsona w roku 1994. Piąty na płycie kawałek jest rzeczą bardzo melodyjną i szybko zapadającą w pamięć. To właśnie ten numer kończy pierwszą część „The Final Frontier”.

Pierwsza piątka kompozycji na najnowszym albumie Iron Maiden szybko wpada w ucho i jest raczej łatwo przyswajalna. Praktycznie każdy numer z pierwszej piątki spodobał mi się od samego początku, a tylko za sprawą ciągłego powtarzania, robił się jeszcze lepszy. Inaczej jest jednak z drugą częścią albumu. Utwory od szóstego do końca są bowiem dłuższe i bardziej skomplikowane, przez co stają się trudniejsze w odbiorze. Muszę przyznać, że nie od razu przypadły mi do gustu i musiałem dać im troszkę czasu.

Część druga…

Numer sześć na „TFF” to „Isle Of Avalon”. Zaczyna się niezwykle klimatycznym wstępem kojarzącym się z „Seventh Son Of A Seventh Son”. Nastrój już jest wspaniały, a utwór przecież dopiero się zaczął. Kompozycja bardzo powoli się rozkręca. Dickinson śpiewa swoja partie w sposób dosyć spokojny, lecz napięcie powolutku narasta. Najbardziej podoba mi się tutaj w głosie wokalisty Maiden akcentowanie słowa „Avalon”. Kiedy z jego ust pada to słowo czuję, jak przechodzą mnie ciarki… Nagle padają słowa:

„I can hear you, can you hear me?
I can feel you, can't you feel me?”

Teraz utwór wybucha i robi się jeszcze ciekawszy z każdym dźwiękiem. W „Isle Of Avalon” towarzyszy nam fantastyczne i długie solo gitarowe. W drugiej części utwór znów zwalnia i powraca jego początkowy motyw. Potem po raz kolejny wybucha i nadchodzi jego wielki finał z przepięknym motywem gitarowym. Zjawiskowa kompozycja!

Chociaż dopiero skończyło się jedno dzieło, czas zacząć drugie. Panowie z Iron Maiden nie dają nam odpocząć od ich geniuszu. Kolejny powolny i klimatyczny wstęp rozpoczyna nam najkrótszy numer z drugiej części płyty – prawie ośmiominutowy „Starblind”. Rzecz jest ociekająca wręcz smutnymi emocjami, a do tego powala swoją mocą. Chyba najlepszy kawałek w wykonaniu Nicko na „The Final Frontier”. Przejmujący wokal Bruce’a i wspaniała gra całego zespołu sprawiają, że nie można przejść obojętnie obok tego nieprzeciętnego kawałka. Kapitalne zmiany tempa i smutne, paraliżująco dobre motywy gitarowe chodzą po głowie jeszcze długo po wysłuchaniu „Starblind” – mistrzostwo świata… Nigdy Ironi nie wzbudzali we mnie tego typu emocji ale słuchając czegoś takiego aż stają łzy w oczach, coś przepięknego!

Trwający ponad dziewięć minut „The Talisman” intryguje bardzo kolejnym lekkim i powolnym wstępem. To nic nowego na tym albumie, gdyż od „Isle Of Avalon” każdy następny numer zaczyna się powoli. Dziwne jest jednak to, co możemy usłyszeć na początku ósmej cząstki wielkiego dzieła Maiden. „Talizman” zaczyna się… niemalże identycznie jak kończący „AMOLAD” - „The Legacy”. Gdy po raz pierwszy słuchałem tego albumu, to po nieco ponad dwóch minutach tej kompozycji miałem wrażenie, że słucham właśnie „The Legacy”. Wydawało mi się wręcz, że znam już każdy następny dźwięk „The Talisman”, pomimo pierwszego dopiero odsłuchania. Przez chwilę stało się to dla mnie nie tylko dziwne, ale dosłownie przerażające. Nagle… co za pomyłka z mojej strony! „The Talisman” rusza z potężną mocą i praktycznie przez siedem kolejnych minut nie ma zamiaru znacznie zwolnić. Niezwykle patetyczny refren oraz mistyczny motyw gitarowy pod koniec szóstej minuty to tylko część zalet tego dzieła. Numer osiem na „TFF” wypada, co tu dużo mówić (czy też pisać), rewelacyjnie!

Przedostatnim dziełem na „The Final Frontier” jest „The Man Who Would Be King”. Cudowny wstęp – najpierw z wokalem Bruce’a, a potem już bez – gitarowy, piękny. Optymistycznie brzmiący riff, a tuż przed refrenem znakomity motyw ze świetnymi gitarami (również basową, Harrisa), także, po raz kolejny, kapitalną grą Nicko McBraina. Potem mamy świetny refren z bardzo dobrym tekstem, a następnie kolejne popisy Smitha, Murray’a oraz Gersa na gitarach. Mistrzowskie zmiany tempa i bardzo ładne zakończenie, w którym to Dickinson wyśpiewuje nam:

„Far, far away
The man who would be king…”

Niby album jest taki długi, a tu już czas na zakończenie w postaci największego na niej mistrzostwa. Mowa o „When The Wild Wind Blows”. Jedenaście minut, które w muzyce Iron Maiden będzie już na zawsze czymś wyjątkowym. Zwłaszcza jeśli się okaże, że ten utwór kończy nie tylko „The Final Frontier”, ale przy okazji zamyka dyskografię zespołu zaczynającą się od „Prowlera”. „WTWWB” jest trzecim najdłuższym numerem w historii brytyjskiego giganta. Dłuższe są tylko „Rime Of The Ancient Mariner” (13:37 – ostatni na „Powerslave”) oraz „Sign Of The Cross” (11:17 – otwieracz z „The X Factor”). „Kiedy cichy wiatr zawieje” to jedna z najgenialniejszych rzeczy jaką kiedykolwiek skomponował Steve Harris (bycie fanem Jethro Tull zaprocentowało). W tej epickiej kompozycji mamy wszystko, co tylko jest najlepszego w Żelaznej Dziewicy. Znakomite, kroczące gitarowe riffy oraz cudowny tekst. Fantastycznie znów współgra perkusja z basem i trójką Smith, Murray, Gers. Cudowny klimat przesiąknięty do granic możliwości faktem, że coś nieuchronnie się kończy. I kończy się… album. Ale tu zmierzam do czegoś innego. Ten kawałek, nie wiem dlaczego i nie potrafię tego wytłumaczyć… brzmi, jak ostatni w dyskografii… Do tego ten tekst:

„Now the days of our ending have begun…”

Zanim „TFF” się skończy mamy jeszcze wielki jego finał. Kolejne solo, cudowne, i patetyczny motyw finałowy – absolutnie genialny. Trwa dokładnie od 9:04 do 9:30. Potem już tylko melancholijne i wyciszone gitary oraz motyw rozpoczynający całą kompozycję. Bruce wchodzi po raz ostatni i kiedy kończy słyszymy już tylko odgłos wiejącego „dzikiego wiatru”… geniusz i piękno w najczystszej postaci – koniec. Druga część albumu jest o wiele bardziej wymagająca niż pierwsza. Jest za to dużo lepsza. Śmiało mogę powiedzieć, że numery sześć – dziesięć, to najlepsza piątka kawałków ułożonych kolejno jeden po drugim, w historii zespołu.

Czy „The Final Frontier” jest ostatnim albumem Iron Maiden? Nie wiem i mam nadzieję, że nie. Ponoć Harris gdzieś już powiedział, że to nie koniec z „zabawą” nagrywania. Należy tylko w to wierzyć. Jeśli jednak okaże się, iż „Ostatnia granica” jest faktycznie ostatnia, to należy się z tym pogodzić i im to wybaczyć – odejdą wtedy w wielkim stylu, z jedną z najlepszych swoich płyt w całej karierze. Na zakończenie już krótko. „The Final Frontier” to prawdziwe arcydzieło – Up The Irons!
 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from Riiva with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.