ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Dire Straits ─ Love Over Gold w serwisie ArtRock.pl

Dire Straits — Love Over Gold

 
wydawnictwo: Warner Music 1982
 
Telegraph Road [14:15], Private Investigations [6:45], Industrial Disease [5:49], Love Over Gold [6:16], It Never Rains [7:54]
 
Całkowity czas: 40:59
skład:
Mark Knopfler – g, voc/ Alan Clark – k/ John Illsey– bg/ Hal Lindes – g/ Pick Whiters – dr/ Mike Mainieri – marimba, wibrafon/ Ed Walsh – synth
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,1
Niezła płyta, można posłuchać.
,1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,3
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,6
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,40
Arcydzieło.
,98

Łącznie 150, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
05.10.2008
(Gość)

Dire Straits — Love Over Gold

 

Wśród szerokiej publiczności jest chyba trochę tak, że mówimy “Dire Straits” – myślimy “Brothers In Arms”. W pewnym sensie jest to uprawnione. Gigantyczna popularność tego albumu i ciężar ładunku hitów jakie ze sobą przyniósł trochę przytłoczyły poprzednie i późniejsze dokonania Marka Knopflera i jego ludzi (bo tym w istocie zawsze było Dire Straits). Jeśli usłyszymy w radio utwór zespołu z orgromnym prawdopodobieństwem będzie to “Brothers In Arms”, “Walk Of Life” (grany nawet na weselach i podobnych imprezach) albo “Money For Nothing”. Nie czynię tu nikomu żadnych zarzutów, gdyż są to numery niezwykle chwytliwe a takie “Why Worry” czy “Your Latest Trick” z nieśmiertelnym motywem na saksofonie to prawdziwe perełki. Ale nie o tym chciałem tu opowiadać. Zamierzam się natomiast cofnąć do roku 1982, do płyty znacznie mniej przebojowej, ale moim zdaniem bogatszej, ciekawszej i – to już moja zupełnie subiektywna opinia – piękniejszej. Do “Love Over Gold”.

Z całej dyskografii “Strasznych Kłopotów” ta płyta jest chyba najwłaściwszym wyborem do zrecenzowania na portalu nominalnie poświęconym rockowi progresywnemu i największe są szanse, iż może spodobać się ona zwykłemu zjadaczowi progresywnemu chleba. Nie znaczy to, broń Boże, że Mark Knopfler pozazdrościł wówczas ELP albo Yes ich muzycznych wypraw w nieznane (i donikąd, jak dodaliby złośliwi) i że otrzymamy tu ośmiominutowe wariacje na ośmiu klawiaturach naraz. Dosyć żartów. To nie jest oczywiście płyta progrockowa. To jest płyta Dire Straits. Ale jednak różna od poprzednich, bardziej ascetycznych, bluesowych krążków takich jak debiutanckie “Dire Straits” czy następujące po nim “Communique”, rozwijająca raczej idee z przestrzennego i bogatszego “Making Movies”.

Oczywiście, podstawowe patenty się tu nie zmieniły. Jest owo charakterystyczne, nie do pomylenia z żadnym innym, brzmienie gitary. Knoplfer jak zwykle udowadnia, że wyzbywając się całkowicie efekciarstwa można osiągnąć więcej niż wdając się w wirtuozerskie popisy. Niezależnie czy swoją długim, wieloczęściowym solem prowadzi nas przez “Telegraph Road” czy też miękkim brzmieniem akustyka wypełnia “Love Over Gold”, jest niezwykle oszczędny i jednocześnie szlachetny. Nie inaczej prezentuje się w partiach wokalnych, jakby zdystansowanych, nonszalanckich, wyciszonych a przecież podskórnie, niuansowo, pełnych emocji. Skromnymi środkami lider Dire Straits osiąga tu wspaniały efekt. Posłuchajmy chociażby balladowego, zwiewnego “Love Over Gold”. Wydawać by się mogło, że Knopfler śpiewa jakby od niechcenia, nie wkładając w piosenkę całego serca. To jednak tylko pozory, gdyż jednocześnie zawiera w melodii ogromny ładunek melancholii, po prostu uczucia. Takie momenty są dla recenzenta najtrudniejsze i przy ich okazji przypomina się stary aforyzm Franka Zappy (a nie Edgara Froese? - przyp. redakcji) o tym, że rozmawianie o muzyce to jak tańczenie o architekturze. Ciężko nazwać tę mieszankę nostalgii i pobłażliwej ironii którą czaruje nas tu Knopfler, bardzo ciężko. Łatwiej posłuchać.

Tym, co na albumie wybija się na pierwsze miejsce jest również fortepian. Wraz z porywającymi solówkami lidera napędza on i decyduje o charakterze najdłuższego i najbardziej epickiego utworu w karierze Dire Straits. Mowa oczywiście o “Telegraph Road”, 14-minutowej opowieści o tym, jak rodziła się Ameryka. Inspiracją dla jej powstania, była podróż, którą Konpfler odbył po słynnej autostradzie w Michigan, od biegnących wzdłuż niej linii telegraficznych zwaną właśnie “Telegraph Road”. Tę podróż kompozytor przeniósł w wymiar czasowy, prezentując wiązkę poetyckich obrazów , od dzielnego pioniera zakładającego nowe osiedle w leśnej głuszy po tysiące samochodów tkwiących w gigantycznych korkach na wielopasmowej autostradzie początku lat 80. W miarę tego marszu wzdłuż strzałki czasu rośnie dynamika utworu, od delikatnych, wyłaniających się z ciszy zagrywek fortepianu po płynącą rzekę dźwięków towarzyszących historii o tym jak dzicz ustępowała miejsce kolejnym przejawom cywilizacji. Tak zaś jak po telegrafie płynęły wieści z szerokiego świata (Telegraph sang a song about the world outside) tak w piosence narasta wzajemna gonitwa fortepianu i gitary, którą ostatecznie wygrywa ta ostatnia, tworząc przepiękną muzyczną impresję, przywodzącą na myśl romantyczną nocną podróż ciągnącą się bez końca szosą, pośród pół i błyskawic rozświetlających horyzont. Nawet jeśli dzieje się to tylko na zasadzie skojarzenia z okładką albumu – to działa. A jeśli ktoś kocha takie mknące, tryumfalne muzyczne wyprawy, którym patronuje Springsteen – działa podwójnie. Zresztą, The Boss jest również jakby obecny w środkowej części utworu, gdzie Knopfler przeskakuje w teraźniejszość i spogląda na nią oczami “prostego człowieka” trapiącego się recesją i bezrobociem. Optymistyczny dynamizm początkowej części ustępuje tu miejsca tonacji zarówno tekstowo jak i muzycznie minorowej, która jednak zaraz potem zostaje obdarzona kontrapunktem w postaci wspominanej, kilkuminutowej solówki.

Tę społeczno-ekonomiczną tematykę Knopfler podejmuje również w szybszym, opartym na klawiszowym riffie antycypującym “Walk Of Life” utworze “Industrial Disease”, tym razem w postaci zjadliwego komentarza na temat sytuacji robotników w Wielkiej Brytanii ery Margaret Thatcher. Należy dodać jeszcze, że piosenka ta, bardziej typowo rockowa trochę nie pasuje do całości albumu, szczególnie umiejscowiona pomiędzy rzadkiej urody i subtelności “Private Investigations” a “Love Over Gold”. Jeśli można wskazać tu najsłabsze (muzycznie, ale nie tekstowo) ogniwo – jest nim właśnie “Przemysłowe choróbsko”. Stosunkowo najbardziej natomiast “klasycznym” dla Knopflera i jego załogi jest wieńczący album “It Never Rains” gdzie leniwe dźwięki gitary przeplatają się z wyrazistymi partiami organów Hammonda , snuje się zrelaksowany głos Knopflera zaś całość kończy się kolejną, typową dla lidera nieco łkającą solówką, stopniowo coraz bardziej wyciszoną. Ładne, choć nieco zbyt mało przykuwające uwagę zakończenie, szczególnie po przepięknej melodii, którą Knofpler okrasił utwór tytułowy. Melodii lekko unoszącej równie udany tekst, jakby wspomnienie, o kimś, kto tańczy na kruchym lodzie i oddaje innym swą drogocenną miłość. And you go dancing through the doorways/Just to see what you may find/Leaving nothing to interfere/With crazy balance of your mind. Hm, pisałem już, że Mark Knopfler wielkim tekściarzem jest?

Byłoby ogromnym nietaktem, pisząc o tym albumie, nie poświęcić ani słowa wspomnianemu wyżej “Private Investigations”, jednemu z najpopularniejszych, a jednocześnie (to wcale nie tak oczywista koincydencja) artystycznie najciekawszych dokonań Dire Straits w całej ich karierze. Knopfler staje się tu trochę aktorem, ponuro melodeklamującym kwestie zgorzkniałego prywatnego detektywa, którego codzienność wypełnia babranie się w błocie, zdrada i spotkania z podejrzanymi typami. Potem zaś następuje przepiękny fragment gdy nakładają się na siebie zrezygnowany głos (And what have you got at the end of the day?/What have you got to take away?), delikatne tony gitary akustycznej i rozedrgana, chwytająca za serce partia marimby. Muzyczna poezja. Dalszy ciąg utworu, z wybijającymi się na pierwszy plan, rwanymi i przywodzącymi na myśl… Pink Floyd akordami gitary elektrycznej nie robi już takiego wrażenia, ale wiarygodnie utrzymuje klimat wielkiego, pełnego mrocznych spraw miasta.

Tylko pięć utworów - jest jednak o czym pisać, gdyż przynajmniej trzy z nich są genialne. Na krążku z efektowną błyskawicą na okładce otrzymujemy porcję niezwykle ambitnej, poruszającej i inteligentnej muzyki, z pogranicza bluesa, rocka i – a niech będzie! – swoistej progresji. Aż żal, że na album nie trafił ostatecznie “Private Dancer”. W wykonaniu Tiny Turner ten prezent od Knopflera zamienił się w morderczą mieszankę przeboju pop i gorzkiej melancholii (czuć w nim tę rękę mistrza!). Umieszczony po “Private Investigations” mógłby z nim stworzyć niemalże suitę o nieszczęśliwych mężczyźnie i kobiecie. Nie ma co jednak rozpaczać, bo nawet bez tego “Love Over Gold” jest doskonałym świadectwem na to jak wybitnym twórcą jest Mark Knopfler i jak szczęśliwa rękę ma do współpracowników. Pod jego przewodnictwem zespół przedstawił fantastyczną, klasyczną płytę zarówno dla tych, którzy szukają w muzyce energii i przejrzystości jak i tych, dla którzy lubią podumać nad znaczeniem tekstów a złożoność kompozycji ich nie odstrasza. Ten album urzeka za pierwszym przesłuchaniem, tak samo jak za piątym czy dziesiątym. Nic, tylko słuchać i się rozkoszować.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.