ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Sylvian, David & Fripp, Robert ─ Damage w serwisie ArtRock.pl

Sylvian, David & Fripp, Robert — Damage

 
wydawnictwo: Virgin Records 1994
 
1. "Damage" - 4:31
2. "God's Monkey" - 6:42
3. "Brightness Falls" - 6:29
4. "Every Colour You Are" - 5:40
5. "Firepower" - 7:02
6. "Gone to Earth" - 2:28
"20th Century Dreaming (A Shaman's Song)" - 8:03
"Wave" - 6:11
"Riverman" - 5:01
"Darshan (The Road to Graceland)" - 10:47
"Blinding Light of Heaven" - 4:15
"The First Day" - 4:44
 
Całkowity czas: 71:53
skład:
David Sylvian - vocals, guitar, keyboard instruments, tapes / Robert Fripp - guitar, frippertronics / Trey Gunn - chapman stick, vocal / Michael Brook - infinite guitar / Pat Mastelotto - drums
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,7
Arcydzieło.
,20

Łącznie 29, ocena: Arcydzieło.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
24.11.2008
(Recenzent)

Sylvian, David & Fripp, Robert — Damage

Nie trzeba oglądać zdjęć sprzed lat, by zauważyć, jak bardzo zmienił się ten świat. Wystarczy przespacerować się ulicą swojego miasta, a na każdym kroku będą zaskakiwały nas nowe i nowsze witryny sklepów; wszędobylskie ekrany LCD, świecące jaśniej, niż onegdaj neony, reklamować nam będą istnienie produktów i usług, które piętnaście lat temu przeciętnemu mieszkańcowi tego kraju  jawiły się realizacją wizji pisarzy s-f. Tu i ówdzie pojawią się budynki, których wcześniej nie było, a te istniejące od lat zszarzeją i zblakną niczym wystawione na działanie promieni słonecznych kolorowe fotografie.

Pamiętam jak dziś – gdzieś tak około 1983 roku - magazyn Sonda, opowiadający o nowym nośniku dźwięku, płycie CD. Prowadzący dziennikarze, Zdzisław Kamiński i Andrzej Kurek opowiadali i prezentowali CD, traktując go dość obcesowo przy jednoczesnych buńczucznych zapowiedziach, że mimo „niszczenia” dysku kompaktowego trwałość i jakość zapisu cyfrowego muzyki i danych pozostanie na nie zmienionym poziomie. Dziś, po 25 latach od tamtych wydarzeń życie zweryfikowało te rewelacje, a my sami obchodzimy się z popularnymi CD równie ostrożnie, co dawniej z winylami. Dążenie do zapewnienia idealnego brzmienia muzyki oparło się w pewnym momencie o tłoczenie płyt pokrytych złotem, a to wszystko po to, by brzmienie muzyki stało się równie idealne, co trwałe.

Wstęp powyższy podyktowany został właśnie tym faktem, że płytę Damage,będącą zapisem koncertów Davida Sylviana i Roberta Frippa  nabyłem swego czasu jesienią 1994 roku właśnie w wersji wytłoczonej na złotym CD, schowaną w kartonowym pudełku obciągniętym materiałem. Co więcej – kupiłem ją w takim właśnie sklepiku przy ul. Kościuszki, który już nie istnieje. To były czasy, gdy nie było Internetu, a informacje o nowych płytach docierały do nas w postaci … tychże właśnie nowych płyt. Zakup Damage był wtedy jak emocjonalny atak serca – trzymałem płytkę w torbie przez kilka godzin zajęć, nie mogąc jej posłuchać, aż wreszcie wieczorem przy dźwiękach wykreowanych przez Sylviana i Frippa dane mi było zapomnieć szarzyźnie naszego zwykłego świata.

Bo początek albumu jest niczym z innej planety. Damage. Taka ballada z gatunku nieopisywalnej tęsknoty. Instrumenty klawiszowe, muskające słuchacza delikatnymi dźwiękami, gitara – szemrząca swobodnie i jakoś tak niedostrzegalnie. No i oczywiście wokalista. Nie do podrobienia, z głosem stęsknionym jesiennego poranka, wyśpiewuje smutek tak, jak tylko on to potrafi. Niecałe pięć minut utworu, który po wysłuchaniu zmienia w postrzeganiu muzyki wszystko.

I found the way
By the sound of your voice
So many things to say
But these are only words
Now I've only words
Once there was a choice

Te kilkanaście wersów tak pięknie wpisuje się w muzykę, graną przez zespół, aż trudno złapać oddech. A przecież to nie wszystko, bo zaraz po nim następują dwa rytmiczne, by nie powiedzieć ostre nagrania. Najpierw żywiołowy God’s Monkey, z karmazynową (taką jak w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia) w swoim brzmieniu gitarą Frippa. A potem Brightness Fall – w którym Fripp pokazuje pazur, jaki wkrótce stanie się wizytówką płyt King Crimson nagrywanych w latach dziewięćdziesiątych. Choć może nie do końca. Bo gdzieś tak około 4 minuty nagle gitara przestaje rzęzić, brzmienie zespołu zmienia się w swego rodzaju trans, którego próżno szukać w innych dziełach współczesnych Damage. Może trochę tu z eksperymentów Briana Eno, może ciut z elektronicznych pasaży – w sumie nieważne. Liczy się jedynie nieprawdopodobny nastrój tego nagrania, pięknie wprowadzającego słuchacza w kolejne na płycie dzieło. Every Colour You Are. Cudo. Ten chwiejny, liryczno – romantyczny głos Sylviana, jakieś pojękiwania gitary Frippa, melodia pierwszej klasy i mnóstwo smaczków, jakimi raczą nas pozostali instrumentaliści – ot, i cała magia. Niby nic, a po prostu genialna kompozycja.

I tak jest przez cały album. Albo ostro, szarpane dźwięki gitary połączonej z zawodzącym głosem Sylviana, albo delikatne pasaże klawiszowo – gitarowe, zahaczające o jakieś frippertronics tudzież inne eksperymenty  dźwiękowe. Jest tu kilka nagrań z mojej ulubionej płyty Sylviana (Gone To Earth), artyści  sięgnęli też po nieznany szerszej publiczności utwór Every Colour You Are z repertuaru Rain Tree Crow. Całość uzupełniają nagrania z albumu The First Day – wydanego rok wcześniej (przed premierą Damage) studyjnego longplaya sygnowanego nazwiskami Sylviana & Frippa.

Po latach płyta zarówno jako całość, jak i poszczególne nagrania brzmią nadal świeżo, ba, powiedziałbym, że porywająco. I choć trochę szkoda, że Darshan (A Road To Graceland) na koncercie trwa prawie 7 minut krócej, a na płycie nie znalazł się prawdopodobnie zapis wszystkich nagrań, które zespół przedstawiał podczas trasy koncertowej (bo nie chce mi się wierzyć, że koncert trwał niecałe 70 minut), to jednak w ostatecznym podsumowaniu ilość zachwytów ogólnych i szczegółowych nad płytą zdecydowanie przeważa nad minimalnymi, wymienionymi wyżej mankamentami.

Piękny, chwilami porywający album. Wstyd nie znać, i tyle.

 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.