ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Magellan ─ Impending Ascension w serwisie ArtRock.pl

Magellan — Impending Ascension

 
wydawnictwo: Magna Carta 1993
 
1.Estadium Nacional - 11:12
2.Waterfront Weirdos - 11:05
3. Songsmith - 5:32
4. Virtual Reality - 5:25
5.No Time For Words - 2:08
6. Storms And Mutiny - 11:50
7.Under The Wire - 1:41
 
Całkowity czas: 46:41
skład:
Trent Gardner - v,k / Wayne Gardner - g, b
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,0
Arcydzieło.
,0

Łącznie 1, ocena: Dobry, zasługujący na uwagę album.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
26.08.1999
(Recenzent)

Magellan — Impending Ascension

Przyznam, że po prawdziwie rewelacyjnym debiucie oczekiwałem od Magellana dużo - pewnie zbyt dużo. Dobrze pamiętam ten dzień, kiedy pożądliwym wzrokiem wpiłem się w dość mroczną okładkę z niezmienionym logo zespołu - pudełko z płytką leżało sobie skromnie pośród innych art-rockowych grup na półce w krakowskim Music - Cornerze (a był wówczas tylko jeden - ten na św. Jana). Półtora godziny okropnej niecierpliwości w pociągu, potem jeszcze trochę w autobusie i wreszcie drżącymi paluchami wpakowałem krążek do odtwarzacza. No i zaczęło się...

Syntezatorowy początek bardzo delikatny, choć narastający - takie stopniowe budowanie nastroju, a nie jak w przypadku debiutu - od razu dźwiękową pięścią między uszy. Po jakiejś minucie niespodziwanie wchodzi samotna, piękna melodia wokalna - w jednym miejscu lekko zniekształcona elektronicznie - szybko jednak uderzają jej w sukurs instrumenty i oto nowy Magellan zaczyna się wyraźnie rozkręcać stopniowo nawiązując brzmieniem i tempem do tego co zaprezentował na Hour Of Restoration. Mówię nawiązywać bo jednak jako całość Impending Ascension nie przypomina już tak bardzo owej rozpędzonej - sunącej po klawiszowych, wyczarowywanych przez Trenta Gardnera, torach machiny. Owszem - często pojawiają się i szybkie i ciężkie fragmenty, jednak czegoś mi tu brakuje - to już nie jest ta swoista kanonada klawiszy i automatu perkusyjnego. Muzyka Magellana nabrała jakby więcej refleksji i wyciszenia - czy to jest źle ? - ktoś zapyta. Może i nie - ale jednak trochę inaczej i jak dla mnie nie jest to zmiana na lepsze. Pewnie, że cały czas nie można grać tego samego, ale to dopiero druga płyta.... A jakieś inne zmiany ? Poprawiła się realizacja nagrań - mamy teraz DDD co wyraźnie słychać w głosnikach, pojawiły się też dźwieki imitujące trąby i trzeba przyznać, że wychodzi to brzmieniu zespołu na dobre, pojawił się wreszcie żywy perkusista.... To niejaki Doane Perry i słychać go w Waterfront Weirdos. W Virtual Reality z kolei pobrzmiewa chwilami damski głos. Częściej niż na debiucie stosowane są chórki....

Muzycy poszukują zatem urozmaiceń, nowych rozwiązań a ja kręcę nosem....Może gdybym słyszał pierwsze dwie płytki w odwrotnej kolejności ocena byłaby inna, ale debiut po prostu rzucił mnie na kolana, z których dźwignąłem się bardziej odporny. A może raczej mniej wrażliwszy ? Tak czy inaczej kolejna propozycja Magellana i tak budzi zachwyt czego nie próbuję ukryć. Mamy tu do czynienia z dość klarownym podziałem wśród utworów - trzy dwucyfrówki po brzegi wypełnione progmetalowymi fajerwerkami, zmianami tempa i nastroju tudzież dwie pięciominutówki - bardzo zgrabnie skonstruowane, magellanowate "przeboje". Jest jeszcze instrumentalny utwór No Time For Words - z wspaniale rozwijającą się melodią, która przechodzi poźniej w skomplikowane, jazzujące nieco "łamańce" - czyli coś co cieszy uszy każdego zakochanego w Teatrze Marzeń progmetalowca. Jest to jakby wstęp do najlepszej, śmiem twierdzic, kompozycji całego albumu - Storms And Mutiny - opowieści o .....nikim innym jak o samym Ferdynandzie Magellanie. Hołd ? Z pewnością - ale jaki! - właśnie tutaj najpełniej pobrzmiewają muzyczne echa Magana Carty i Union Jacka z debiutu - czapki z głów i słuchawki na uszy ! Warto było "przedzierać" się przez całą płytkę aby dojść do tak znakomitego kawałka. Rozmarzeni nieco sennym zakończeniem Storms....wzdrygamy się naraz gwałtownie - to Under The Wire - najcięższa, ale i najkrótsza, końcowa kompozycja krążka. Właśnie - panowie z Magellana - czemu taka krótka - ja chcę więcej takiej muzyki ! To jest dopiero progmetal! Niemniej album nieubłagalnie się kończy pozostawiając piękne wspomnienia, ale i uczucie niedosytu tudzież lekkiego rozczarowania. A mówią: nie stwarzaj sobie złudzeń to nie doznasz.....ale jakże ich było po debiucie nie stwarzać ?

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.