ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Black Jester ─ The Divine Comedy w serwisie ArtRock.pl

Black Jester — The Divine Comedy

 
wydawnictwo: Elevate Records 1997
 
1. Inferno 31:59
2. Purgatorio 15:05
3. Paradiso 24:26
 
Całkowity czas: 71:32
skład:
Alex D'Este - vocals / Paolo Viani - guitars / Gil Teso - bass / Rocco Prete - keyboards / Alberto Masiero - drums
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,2
Arcydzieło.
,2

Łącznie 5, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
20.08.2001
(Recenzent)

Black Jester — The Divine Comedy

Uwielbiam suity. Ta forma muzyczna wymaga od zespołu szczególnie wysokich umiejętności w zakresie konstruowania kształtu kompozycji przekładającego się na jej dramaturgię. Utrzymać słuchacza w stanie ciągłego zainteresowania jednym kawałkiem, który trwa kilkanaście, a czasami i więcej minut to naprawdę sztuka nie lada. Kiedy przeglądając internet w poszukiwaniu nowych, ciekawych progmetalowych kapel natknąłem się na zajawkę o płycie The Divine Comedy włoskiej formacji Black Jester szczena poleciała mi w dół. Ponad 71 minut grania i tylko trzy utwory ! Muszę dorwać to wydawnictwo - postanowiłem, kiedy zaś po staranaich zdobyłem i przesłuchałem raz, drugi, piąty, dziesiąty, piętnasty...

Black Jester ma w swoim dorobku co najmniej trzy płyty - Diary Of A Blind Angel (1993), Welcome To The Moonlight Circus (1994) i omawiane właśnie dokonanie z 1997 r. Muszę uczciwie przyznać, iż nie znam tych wcześniejszych propozycji zespołu, niemniej dopiero na The Divine Comedy chłopcy zdecydowali się na aż tak zapierający dech w piersiach formalny rozmach. No dobra - przerwie ktoś - ale co oni tak naprawdę grają i czy te suity naprawdę są dobre ? Hm... pierwsze pytanie jest niby proste, niemniej w istocie wielce frapujące. Co gra Black Jester na The Divine Comedy ? A co gra (grał) Payne's Gray czy Under The Sun ? Progmetal ? Mówiąc w największym uproszczeniu zapewne tak (co do Under The Sun to do dziś mam duże wątpliwości), niemniej uproszczenie jest równie wielkie jak kolekcja pustych butelek po piwie zalegająca w mojej piwnicy. Ta muzyka to w zasadzie swoisty przegląd brzmień współczesnego art - rocka, poczynając od zwiewnych impresji fortepianowych, przez delikatny progrock w stylu Eris Pluvia, przez fragmenty kojarzące się z brytyjskim neoprogressive aż po mocne progmetalowe granie utrzymane w stylu heavy z malutką domieszką power. A czy te suity są dobre ? One są wręcz cudowne !

Pragnę od razu zastrzec, iż do długich form nie podchodzę bezkrytycznie - wiele z nich można sprowadzić do kilkuminutowego kawałka wyczerpującego wszystkie przedstawione w kompozycji muzyczne pomysły. Nie znoszę wodolejstwa i przeciągania utworu tylko w celu osiągnięcia imponującego czasu. Niemniej w tym przypadku... w tym przypadku owe imponujące czasy są prostą konsekwencją nagromadzonych rozwiązań melodycznych i aranżacyjnych. Co za bogactwo, co za inwencja twórcza !

Album pomyślany jest na zasadzie: od ciężkości w lekkość. Znaczy to tyle, że potężne, epickie Inferno jest najbardziej progmetalowe w wyrazie, Purgatorio sytuuje się pośrodku, zaś Paradiso nie wykracza poza konwencję progrockową - momentami w odcieniu heavy. Tak długich suit nie da się opisać - nawet w przybliżeniu. Jedynie co mogę to zasygnalizować pewne, charakterystyczne fragmenty. Inferno rozpoczyna się delikatnym fortepianem wprowadzającym słuchacza w spokojne, nastrojowe zawiązanie kompozycji ze śliczną melodią. Za jakieś dwie i pół minuty majestatycznie wchodzą ciężkie gitary intonując długi kawałek progmetalowego wymiatania, tyle, że właśnie... PROGmetalowego - mnóstwo tu dynamicznych i brzmieniowych zawirowań, słychać wciąż fortepian tudzież gitarę akustyczną. Jeszcze więcej dzieje się, kiedy zaczyna dochodzić do nas wokal. Nie ma czasu na nudę ani stagnację. Klimaty ciężkie przeplatane są i rozładowywane impresjami lirycznymi, wiele tu też patosu i quasi chórów. Instrumentalne solówki nigdy nie nużą długością, serwowane melodie zachwycają dopracowaniem i najzwyklejszym pięknem, co rusz zmienia się brzmienie instrumentów, zwłaszcza klawiszowych (organy, klawesyn i Bóg wie co jeszcze) Ponad pół godziny mija zupełnie niepostrzeżenie ! Dla mnie to mistrzostwo świata. Następne w kolejności Purgatorio wyraźnie dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich, jakkolwiek z początku przypomina muzykę Eris Pluvia (a zatem dźwięczą tu klimaty i Premiata Forneria Marconi i słabiej Camel) nawiązuje do Inferno. Z kolei druga to już raczej coś innego - pojawia się motyw dworskiej muzyki czasów Dantego (w końcu album obraca się wokół Boskiej Komedii) podchwycony rychło przez cięższe gitary. Ostatnie minuty to spokojny, podniosły progrock korespondujący z początkiem Paradiso - powrót do cudownego dokonania nieraz wspomnianego Eris Pluvia - płytki Rings Of Earthly Light. Paradiso rozwija się w najlepsze - raz dźwięki delikatne, to znów oscylujące wokół nastawionego na gitary brytprogu, każdy zresztą odnajdzie nawiązania jakie dyktuje mu jego własna muzyczna wrażliwość i obsłuchanie. Fragment trochę ostrzejszego grania, po czym wyciszenie. Ładna klawiszowa sekwencja wprowadza samotną zrazu, piękną gitarę, słowa snują się leniwie, a po małym spiętrzeniu wokalno - brzmieniowym pląsa w solówce gitara akustyczna. Już niedaleko do końca, teraz czas na pląsy gitary elektrycznej, muzyka narasta, dla odmiany kolejne wyciszenie, po czym powoli wchodzi majestatyczny, choć krótki finał. Ponad 71 minut albumu minęło kolejny raz i kolejny... Dlaczego ta płyta nie trwa dwa razy dłużej ?

Heh, chcąc być z Wami absolutnie szczery muszę zwrócić uwagę na jedną słabostkę Black Jester Anno Domini 1997. Chodzi o wokalistę Alexa D'Este. Nie pogniewałbym się gdyby miał on mocniejszy głos. Na początku wydawało mi się nawet, że z lekka fałszuje, ale teraz cofam to ostatnie posądzenie. Trochę mocniejszy głos panie D'Este, a wszystko bylo by już absolutnie wspaniałe - tak wspaniałe jak muzyka na The Divine Comedy. Kiedy spoglądam na znane mi zespoły progmetalowe z Italii to nie znajduję nikogo kto mógłby się równać z Black Jester. Odpadają nie tylko bezmyślne DT - klony w rodzaju Empty Tremor czy Arkhe, ale również tak zacna formacja jak Eldritch ze swoimi pierwszymi trzema albumami (ostatni Reverse to już zupełnie inna muzyka - na dzień dzisiejszy niestrawialny dla mnie thrash podrasowany elektroniką, jak dobrze, że w Caladan składzie pojawił się DDarek, który czuje takie klimaty). Ocena jaką wystawiam recenzowanemu krążkowi bliska jest maksymalnej. Decydują o tym dwa czynniki: niezwykłe zróżnicowanie przedstawionej muzyki oraz prawdziwy kunszt w budowaniu długich form. Wznoszę toast za dobre suity !

Wielkie podźiękowania biegną dla Tomka Pawlaka

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.