ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Hooters, The ─ One Way Home w serwisie ArtRock.pl

Hooters, The — One Way Home

 
wydawnictwo: Columbia 1987
 
"Satellite" (Rob Hyman, Eric Bazilian, Rick Chertoff) - (4:19)
"Karla With A K" (The Hooters) - (4:42)
"Johnny B" (Rob Hyman, Eric Bazilian, Rick Chertoff) - (4:01)
"Graveyard Waltz" (Rob Hyman, Eric Bazilian, Rick Chertoff) - (6:29)
"Fightin' On The Same Side" (Rob Hyman, Eric Bazilian, Rick Chertoff) - (4:09)
"One Way Home" (Rob Hyman, Eric Bazilian) - (5:56)
"Washington's Day" (Rob Hyman, Eric Bazilian, Rick Chertoff, Willie Nile) - (5:52)
"Hard Rockin Summer" (Rob Hyman, Eric Bazilian) - (3:03)
"Engine 999" (Rob Hyman, Eric Bazilian, Rick Chertoff) - (4:11)
 
Całkowity czas: 42:45
skład:
Eric Bazilian: lead vocals, guitars, mandolin, harmonica, saxophone/ Rob Hyman: lead vocals, keyboards, accordion, melodica/ Andy King: bass guitar, vocals/ John Lilley: guitar/ David Uosikkinen: drums
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 6
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 8, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: * Bez oceny
04.12.2012
(Recenzent)

Hooters, The — One Way Home

 

Ćwiara minęła AD 1987!

 Amerykański pop-rock z lat osiemdziesiątych. Ech... to se ne vrati... Czy jest to zjawisko godne osobnego opracowania? E tam. Bez przesady. Ale na pewno z kilku powodów o tym pamiętać. Po pierwsze, że już tego nie ma, po drugie, że trochę tego brakuje, po trzecie, że było to fajne. Pop rock rządzi się dokładnie takimi samymi prawami, co rockowy mainstream (a czasami trudno jedno od drugiego odróżnić)  - chcesz sprzedać - musisz mieć hita. Wbrew pozorom nie jest to taka prosta sprawa. Ci, którzy uważają inaczej, są w mylnym błędzie i pewnie słuchają tylko prog-rocka, gdzie nikt o hicie nie słyszał od czasów „starego“ Marillion. A rockowy, czy nawet pop-rockowy hit, to rzecz warta szacunku, bo to one w dużej części tworzą historię muzyki rozrywkowej.

 The Hooters na pewno nie myśleli o tworzeniu historii rocka, a raczej o tworzeniu właśnie rockowych hitów, fajnych piosenek. Należeli do grupy wykonawców dość charakterystycznych dla lat osiemdziesiątych i rynku amerykańskiego, jak na przykład The Fixx, Gino Vanelli, Rick Springfield, The Outfields, Mr. Mister. Można powiedzieć, że ten nurt to był jakby młodszy brat AORa, albo, że częściowo AOR ewoluował w tę stronę - Glen Frey i Don Henley z Eagles, Jefferson Starship –>   Starship i pewnie wielu innych też by się znalazło.

 The Hooters zaczynali swoja karierę jako grupa muzyków, znanych najbardziej z tego, że grali na płycie „She’s So Unusual“ Cindy Lauper. Co prawda już wcześniej pracowali na własny rachunek i to nawet z niezłym powodzeniem - chociażby dlatego Lauper zaprosiła ich do współpracy, ale dopiero płyta „Nevous Night“ była takim punktem zwrotnym w ich karierze. A w zasadzie tym punktem były  dwa single  z niej pochodzące - „An We Danced“, a przede wszystkim „All You Zombies“. Te dwa utwory, te dwa wielkie przeboje pogoniły przy okazji całego albumu sprzedaż na platynowe poziomy i zapewniły zespołowi wielką popularność. Pamiętam tamte czasy i pamiętam to cholerne „All You Zombies“ grane we wszelkich możliwych radiowych programach. Moim zdaniem zbyt często. Nie lubiłem tego i dalej nie przepadam. Zresztą za całym „Nervous Night“ też. Niespecjalnie mi się podoba - moim zdaniem za mało tam dobrych piosenek.

 Dwa lata później grupa wydała następna płytę, „One Way Home“, promowaną przez następny duży przebój - „Satellite“. Tak jak Satelita nie był przebojem na miarę „All You Zombies“, tak i cała płyta nie odniosła tak dużego sukcesu jak  poprzednia. Za to była lepsza. Zespół w ogóle nieco się zmienił. Przestawił na nieco bardziej folkowe, blue-grassowe brzmienie (oczywiście tylko troszkę) - jakieś skrzypki, jakaś mandolina. Co prawda było to już nawet obecne i nieco wcześniej, ale syntezatory i tak nad wszystkim dominowały, było to raczej tylko miłe urozmaicenie brzmienia. Na „One Way Home“ proporcje zostały nieco zmienione - gitary zostały przesunięte na pierwszy plan, syntezatory w dużej mierze zostały zastąpione przez organy i dużo więcej słychać instrumentów akustycznych. Efekt był na tyle interesujący, że grupa przestała być jedną z wielu i zyskała nawet coś na kształt własnego stylu.

 Najbardziej podoba mi się druga część płyty, a właściwie trzy ostatnie. Ale najlepszy to „Graveyard Waltz”. No walc, faktycznie, a do tego bardzo ładna kompozycja, o ładnej melodii i ciekawej dramaturgii. Przeboje („Johny B.”, „Satellite”), jak przeboje – fajne, szybko w ucho wpadają – tak jak powinny. Jedynie „Fightin’ on The Same Side” podoba mi się nieco mniej, bo za reggae nie przepadam, a to na takim rytmie oparte. W całości „One Way Home” to interesujący, różnorodny muzycznie album, zdecydowanie z ambitniejszej półki niż poprzedni. Publiczność niestety nie do końca doceniła nowe, bardziej rockowe wcielenie grupy, bo nowy krążek dobił „jedynie” do złota, w porównaniu z podwójną platyną poprzedniego.

 Potem zespół skoncentrował się na rynku europejskim, zyskując sobie dużą popularność w Skandynawii i Niemczech. Ale w Stanach dość szybko o nich zapomniano. Zresztą początek lat dziewięćdziesiątych to dla amerykańskiego rynku muzycznego jedno wielkie trzęsienia ziemi – grunge w zasadzie wywrócił wszystko do góry nogami. Przestały istnieć (komercyjnie)  pudel, AOR i pop-rock. Wykonawcy, którzy jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej sprzedawali swoje płyty w milionach, nagle lądowali w drugiej setce Bilboardu, do tego z recenzjami odsądzającymi ich od czci i wiary, czasem zupełnie bezpodstawnie. Dlatego  The Hooters, kapela fajna, sympatyczna, aczkolwiek wcale nie wybitna, przeniosła się do Europy, gdzie jeszcze przez kilka lat całkiem dobrze funkcjonowali.

 Jaki był powód, żeby zająć się The Hooters, grupą przecież nie zjawiskową, a i „One Way Home” też trudno nazwać rockowym arcydziełem? Głównie sentyment do lat osiemdziesiątych, ale chyba   nawet bardziej chodziło mi o to, żeby oddać hołd amerykańskiemu pop-rockowi, muzyce, która wtedy była dla mnie przyjemnym relaksem, tłem i rzadko kiedy czymś   więcej. Ale jak to powiedział mistrz Kochanowski w jednej ze swoich fraszek, że nie doceniamy, tego co mamy. Była sobie wtedy taka muzyka, łatwa lekka i przyjemna, była, była i się sfilcowała. Nawet nie bardzo człowiek zauważył, że już tego nie ma. A kiedy po tych prawie trzydziestu latach słucha się tego ponownie, nachodzi taka myśl:  - I komu to przeszkadzało?

 Począwszy od lat dziewięćdziesiątych muzyka się strasznie spolaryzowała. Patrząc na współczesne listy przebojów rzuca się w oczy potężna dziura między muzycznym McDonaldem, a rzeczami bardziej ambitnymi.  Brakuje takiego właśnie bezpretensjonalnego pop-rocka, który od czasu do czasu objawi jakiś standard, czy przynajmniej przebój na lata. No cóż, pozostają nam, czyli pewnie głównie młodzieży lekkopółśredniej,  te stare, poczciwe nagrania. Nigdy się dla nas nie zestarzeją :).

 

 

 

 

 

 

 

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.