ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Human League, The ─ Dare w serwisie ArtRock.pl

Human League, The — Dare

 
wydawnictwo: Virgin Records 1981
 
Side 1
1. "The Things That Dreams Are Made Of" Oakey, Wright 4:14
2. "Open Your Heart" Callis, Oakey 3:53
3. "The Sound of the Crowd" Burden, Oakey 3:56
4. "Darkness" Callis, Wright 3:56
5. "Do or Die" Burden, Oakey 5:25
Side 2
6. "Get Carter" Budd 1:02
7. "I Am the Law" Oakey, Wright 4:09
8. "Seconds" Callis, Oakey, Wright 4:58
9. "Love Action (I Believe in Love)" Burden, Oakey 4:58
10. "Don't You Want Me" Callis, Oakey, Wright 3:56
 
Całkowity czas: 40:46
skład:
Ian Burden: Synthesizer/ Jo Callis: Synthesizer/ Joanne Catherall: Vocals/ Philip Oakey: Vocals & Synthesizer/ Susanne Sulley: Vocals/ Philip Adrian Wright: Synthesizer & Slides/ Martin Rushent: Programming/ Dave Allen (David M. Allen): Programming, assistant engineer
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 2
Arcydzieło.
› 3

Łącznie 11, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: * Bez oceny
17.01.2013
(Recenzent)

Human League, The — Dare

 Prawdziwy cykl karnawałowy.

 Wyciągnąłem tą recenzję z przepastnych szuflad mojego biurka, gdzie niedokończona żółkła od ładnych kilku lat, a Prawdziwy Cykl Karnawałowy był pretekstem, żeby ją odkurzyć i skończyć.  Kolega Magister Tarkus  pośrednio zwrócił moją uwagę na ten album, zachwycając się debiutem La Roux, jako idealną podróbą plastiku z lat osiemdziesiątych. Podróba jak podróba, może i idealna, ale jednak podróba. Za to skojarzyło mi się to z muzyką The Human League i skłoniło do sięgnięcia po „Dare”.

 Była to pierwsza płyta, jaką grupa nagrała po znaczących zmianach personalnych, które nastąpiły po nagraniu dwóch pierwszych albumów. Przeszły one bez większego echa,  Wyre i Marsh odeszli (potem założyli Heaven 17), a pozostawiony samemu sobie Oakley zaangażował dwie dziewczyny  i The Human League, wcześniej uważane za ambitnie nowofalową kapelę, zmieniło orientację na popową.

 „Dare” okazało się przełomowe w karierze zespołu. Przyniosła artystom sławę, pieniądze i kilka, jak się okazało – niezapomnianych przebojów z „Don’t You Want Me?” na czele.  To album zrobiony bardzo prostymi środkami – kilka elektronicznych przyciskadeł, o brzmieniu uboższym niż współczesne komórki, prościutki automat perkusyjny – jak się wsłuchać, razem z wokalami zabierało to pewnie góra dziesięć ścieżek. Ten formalny minimalizm muzyczny w połączeniu z niesamowicie chwytliwymi melodiami, stworzył mieszankę piorunującą, która zawojowała najpierw Wyspy Brytyjskie, potem resztę Europy, a na końcu i w USA  namieszała. Nie było to już nic nowego, bo  tym czasie podobne rzeczy już chodziły na listach przebojów – Visage, Soft Cell, wczesne Depeche Mode, takich zespołów, które swoje brzmienie opierały tylko na syntezatorach trochę już wtedy było i odnosiły spore sukcesy, ale The Human League można nazwać jednymi z prekursorów stylu. „Dare” też było typowym produktem synthpopowym  tamtych czasów – syntetyczne brzmienie, lekko beznamiętny głos wokalisty, czasami z lekka zawiewało nowofalowym chłodem, ale o sukcesie tej muzyki  zadecydował przede wszystkim tzw. songwriting, bo  grupie udało nagrać dziesięć piosenek, które bardzo spodobały się ludziom, bardziej niż te konkurencji. Zbiór świetnych piosenek – znowu ten truizm, ale nie ma innego wyjścia, nie można ominąć tego określenia. W zasadzie sukces „Dare” był przewidywalny, bo już pierwszy singiel promujący cały album, „Love Action”, wydany jeszcze w lecie 1981 roku, spokojnie dotarł do trzeciego miejsca listy przebojów. Następny, „Open Your Heart” „tylko” do szóstego, ale Don’t You Want Me” zgarnął całą pulę, jak i wydana kilka dni później duża płyta. Dziwne, że na singiel nie trafiło też „Do Or Die”, bo pewnie byłby to następny duży przebój. Ale i tak najlepszy utwór z „Dare” to „Seconds”, inspirowany zamachem na Kennedy’ego – świetna melodia, dobry tekst ("It took seconds of your time to take his life", "A shot that was heard around the world”) i naprawdę mroczny klimat, może nie tyle mroczny, co po prostu jest to piosenka traktująca o poważnych sprawach.

 Jeszcze z sześć, siedem lat temu  taką muzykę można było traktować jako jakąś ramotkę, ale w międzyczasie zapanowała moda na lata osiemdziesiąte i „Dare” zyskało status dzieła kultowego i podziwianego przez najmłodsze pokolenia twórców  podobnej muzyki. Niestety na podziwianiu się kończy, bo młodszym na razie robienie takiej muzyki tak dobrze idzie raczej opornie.  

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.