ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Dionysos ─ Le Grand Jeu w serwisie ArtRock.pl

Dionysos — Le Grand Jeu

 
wydawnictwo: Jupiter 1971
 
1. Narcotique (12:16)
2. Suzie (6:20)
3. La Colère (5:10)
4. L'Âge du chlore (8:39)
5. L'Âge d'or (6:27)
6. Agneau de Dieu (6:29)
 
Całkowity czas: 46:29
skład:
Paul André Thibert - vocals, harmonica and flute
Robert Lepage - percussion & drums
Éric Clément - guitar
Jean-Pierre Legault - bass
André Mathieu - organ
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 1

Łącznie 4, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: * Bez oceny
02.05.2013
(Gość)

Dionysos — Le Grand Jeu

Lata sześćdziesiąte – dekada obecnie na poły legendarna, jawiąca się, przynajmniej niektórym, jako coś w rodzaju la belle époque. Mógłbym tu napisać o bigbicie, o kolorowych busach ciągnących przez Amerykę, o talentach mimicznych Louisa de Funesa, o powstaniu Trójki, Czterech pancernych. Mógłbym przez kilka ładnych stron oddawać się pasji historycznej, przywołując kolejno wdzięcznie kojarzące się obrazy. Miast sympatycznego chaosu mógłbym zafundować także raczej ponure reminiscencje wojny wietnamskiej czy interwencji w Czechosłowacji. Mam nadzieję jednak, że Czytelnik mający zbytek czasu łaskaw będzie mi wybaczyć, iż wspomnę tylko fragment historii nie kraju nawet, a prowincji zaledwie – Quebecu.

Wyżej wspomniana dekada we wszystkich nieomal częściach świata była czasem zmian postępujących szybciej, niż to drzewiej bywało. W Quebecu owe przekształcenia były na tyle głębokie, że okres rządów liberałów został nawet nazwany la révolution tranquille, spokojną rewolucją. Rewolucja niejako ex definitione jest czymś gwałtownym, jednakże zdarzały się także takie, które nijak nie wiązały się z rozlewem krwi i wszechobecnym terrorem, który często jakoś tak mimowolnie pojawia się przy próbach niesienia wolności, równości i braterstwa. Przejęcie przez rząd kontroli nad oświatą, służbą zdrowia, rozbudowa systemu socjalnego, interwencjonizm państwowy, utworzenie programu emerytalnego, a nade wszystko promowanie języka francuskiego, przez całe lata traktowanego jako poślednia, robotnicza mowa, a joual, czyli typowo quebecki dialekt tejże, w szczególności – oto plon tej nietypowej rewolucji.

Jaki to ma związek z muzyką? Ano taki, że pośrednio dzięki ww. przemianom pod koniec lat 60. w tej części Kanady mogła wykształcić się niezależna, francuskojęzyczna scena rockowa. Dla nas to może nic szczególnego, ale dla młodej rockowej publiczności powstanie zespołów posługujących się ojczystym językiem było czymś, z czego mogli być dumni, było symbolicznym zerwaniem z latami anglosaskiej dominacji. A forpocztą tej małej rewolucji była właśnie grupa Dionysos, założona w 1969 roku w Valleyfield, niewielkim mieście położonym na wyspie na Rzece Świętego Wawrzyńca, około 30 kilometrów od Montrealu. Jako że w tamtych czasach droga do sławy i chwały wiodła przez kluby, Dionysos rychło stali się sporą atrakcją koncertową Montrealu i okolic. Jesienią 1970 roku stali się znani w prawie całym Quebecu dzięki sukcesowi piosenki Suzie; w styczniu roku następnego ukazał się ich pierwszy album Le Grand Jeu (czyli Wielka gra).

Nieprzypadkowo lwią część tekstu poświęciłem latom sześćdziesiątym. Wprawdzie omawiana płyta światło dzienne ujrzała dopiero w latach 70., jednakże przypomina raczej dzieło z lat 1968-69. Niby dwa lata to drobna różnica, ale w czasach tak bujnego rozwoju rocka w dwa lata mogły dokonać się naprawdę znaczne zmiany. I styl muzyczny, bliski bluesowi i psychodelii,  i garażowe, nieco przybrudzone brzmienie czynią Le Grand Jeu dziełkiem może niezbyt nowoczesnym, ale za to przesiąkniętym specyficzną atmosferą jedynej w swoim rodzaju epoki. Do tego emanuje on iście frenetycznym nastrojem, najzwyklejszym pod Słońcem młodzieńczym entuzjazmem.

Zacznijmy od Narcotique. Wiele o tym utworze można napisać, ale na pewno nie to, że jest spójny. Chropawe gitarowe pasaże sąsiadują z melancholijnymi wstawkami harmonijki i żałośnie kwilących, a to znów huczących gromko hammondów. Od tętniącego, rockowego, powracającego kilka razy tematu niemalże ad hoc przechodzimy w smętne zawodzenie i z powrotem. Całość sprawia wrażenie hałaśliwe, nieposkładane, ale jednak przyjemne – może nie zwala człowieka z nóg, ale jednak mile łechce zmysły, całkiem udanie połączywszy elementy psychodelii, bluesa i hard-rocka. Doceniam też spryt zespołu – sam tytuł stanowi całkiem niezłe usprawiedliwienie dla chaotycznej muzyki. Suzie, wspomniany już przebój, to pierwszy utwór jakiegokolwiek quebeckiego zespołu rockowego, który dane mi było usłyszeć. Chyba oczywistym jest, że zrobił na mnie pozytywne wrażenie – gdyby tak się nie stało, raczej nie zostałbym entuzjastą muzyki z tego kawałka świata. Powolny, zawiesisty blues z brzęczącą gitarą, rzewną harmonijką (znowu!) i grającymi vibrato organami – niby nic, banalny, oklepany schemat, a jednak za każdym razem, gdy słucham tego kawałka, uśmiech gości na mej twarzy. No i Paul-Andre Thibert. Usłyszawszy go po raz pierwszy, zdębiałem – w końcu jak często słyszy się typowo bluesowy śpiew po francusku – acz w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym. Stylowy, ekspresyjny wokal sprawia, że cokolwiek oczywistą historię o tęsknocie za tytułową bohaterką odbiera się nieomal namacalnie.  La Colere może nie porywa jakoś specjalnie, ale ma dużo dynamizmu, poza tym specyficzny riff jakby krztuszących się klawiszy jest doprawdy pomysłowy. Ciekawym, jaki model hammonda miał Andre Mathieu – chyba nie kultowy B-3, coś trochę tanio, piskliwie toto brzmi. Nieco podobnie, jak na wczesnych płytach The Doors, jeśli to komuś coś powie. W L’Age du chlore organista w dalszym ciągu pozostaje na pierwszym planie. Jego długi, furiacki popis, może i jest nieco jałowy, aczkolwiek zręczności palców u rąk odmówić mu nie sposób, podobnie zresztą jak basiście, Jean-Pierre’owi Legault, wdzięcznie a głośno wtórującemu swym dudnieniem. Instrumentalne, wyraźnie staranniej od reszty zakomponowane L’Age d’or zaczyna się od instrukcji wydawanych przez jednego z muzyków,  by następnie logicznie rozwinąć się z nieco celtyckiej fletowej introdukcji w podniosły numer z gitarą powtarzającą fletowy motyw. I tak te dwa instrumenty współgrają ze sobą aż do początku piątej minuty, kiedy to wszystko cichnie, tylko po to, aby umożliwić basiście wprowadzanie nowego, tętniącego tematu. Po chwili dołączają do niego koledzy, a słuchacza ogarnia feeria dźwięków, która niespodziewanie urywa się, całkiem jakby rozkręcającym się muzykantom zirytowany do szpiku sąsiad odciął prąd. Wieńczące krążek Agneau de Dieu (Baranek Boży) to chyba najbardziej hardrockowy fragment wydawnictwa, który wprawdzie nie zachwyca melodią, ale swym ciężarem, swą nieposkromioną energią wcale mocno oddziałuje na odbiorcę. A dwie ostatnie minuty z potężną, żarliwą gitarą i masywną sekcją rytmiczną mają w sobie coś z klimatu wczesnych płyt Black Sabbath.

Ocenić dopiero co przesłuchany album byłoby mi dość trudno, przeto obejdę się bez wyrażonego punktami werdyktu. Powiem tak: jest to album bez wątpienia dobry, stanowiący solidny dowód tezy, że tych czterdzieści kilka lat temu nie tylko w pierwszej, ale również w drugiej czy nawet trzeciej rockowej lidze zdarzały się warte uwagi krążki. Nie nazwałbym go zapomnianą, odkrytą po latach perłą. Raczej malachitowym sygnetem wydłubanym z przepastnej a zakurzonej szkatuły. Czyż jednak tylko perły warte są ocalenia od zapomnienia? Wszak malachit też ładnie się prezentuje i może sprawić człowiekowi sporo radości.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.