ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Emerson, Lake & Palmer ─ Welcome Back My Friends to the Show That Never Ends... Ladies and Gentleman – Emerson, Lake & Palmer w serwisie ArtRock.pl

Emerson, Lake & Palmer — Welcome Back My Friends to the Show That Never Ends... Ladies and Gentleman – Emerson, Lake & Palmer

 
wydawnictwo: Manticore 1974
 
Strona pierwsza
1. "Hoedown" [4:27]
2. "Jerusalem" [3:20]
3. "Toccata" [7:21]
Strona druga
1. "Tarkus" [16:42]
Strona trzecia
1. "Tarkus (Conclusion)" [10:42]
2. "Take a Pebble", zawiera "Still...You Turn Me On"/"Lucky Man" [11:06]
Strona czwarta
1. "Piano Improvisations" [11:53]
2. "Take a Pebble (Conclusion)" [3:14]
3. "Jeremy Bender"/"The Sheriff" [5:24]
Strona piąta
1. "Karn Evil 9: 1st Impression" [17:26]
Strona szósta
1. "Karn Evil 9: 2nd Impression" [7:36]
2. "Karn Evil 9: 3rd Impression" [10:17]
 
Całkowity czas: 109:40
skład:
Keith Emerson – instrumenty klawiszowe
Greg Lake – śpiew, gitara basowa, gitara akustyczna, gitara elektryczna
Carl Palmer – perkusja i perkusjonalia
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,2
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,5
Arcydzieło.
,4

Łącznie 15, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
20.10.2013
(Gość)

Emerson, Lake & Palmer — Welcome Back My Friends to the Show That Never Ends... Ladies and Gentleman – Emerson, Lake & Palmer

Spotkałem się ongiś z tezą, iż upadek wielu kultur, względnie państw, poprzedza zmanierowanie sztuki, wzrost poziomu skomplikowania formy i treści, objawiający się chociażby słabością do niebywale ozdobnej, bogatej architektury. Nie mnie oceniać, w jakim stopniu jest to prawda. Po prostu owa idea przypomniała mi się, kiedym zdejmował niedawno z półki Welcome Back My Friends to the Show That Never Ends. Nawet pasuje do tego albumu, który – począwszy od tytułu, poprzez objętość i sam materiał muzyczny – prostotą nie grzeszy, ba!, jawi się dziełem monumentalnym i nieco bombastycznym. Zresztą trudno byłoby wyobrazić sobie nieskomplikowany i skromny album ELP.

Spośród flagowych kapel progressive rocka jeszcze tylko Yes dochrapało się trójpłytowej koncertówki. Jednakże Yessongs trudno uznać za udane podsumowanie kilku pierwszych lat kariery grupy. Ilekroć się z nim stykam, nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż miejscami rozłazi się w szwach. O Welcome Back… mam znacznie lepsze zdanie. Myślę, że to wydawnictwo udane, w godny sposób dokumentujące występy tria, sensownie kondensujące mnogość muzycznych koncepcji Keitha Emersona i jego kolegów, słowem wartościowe résumé tego, co udało im się dokonać do 1974 roku. Acz jeszcze lepiej atmosferę ówczesnych występów ELP oddać mógłby materiał audiowizualny. Na szczęcie zachował się taki właśnie zapis fragmentów ówczesnych koncertów grupy, np. tego na festiwalu Califormia Jam w kwietniu AD 1974. Daje to pewien ogląd na to, jak widowiskowo trio prezentowało się na scenie – potężne, dynamiczne, wielobarwne oświetlenie, świetlne łuki, fajerwerki, obrotowe sceny, a do tego imponujące instrumentarium, którym można by bez trudności wypełnić naprawdę rozległy sklep muzyczny, i w końcu sam Keith Emerson, zazwyczaj efektownie odziany, znęcający się nad klawiaturami, ze szczególnym uwzględnieniem regularnie maltretowanych nożem organów Hammonda. Wykorzystywanie niebywałych ilości sprzętu i zamiłowanie do obrotowych scen, które w mniemaniu zespołu pozwalały lepiej zaprezentować walory propagowanego przez niego systemu nagłośnienia kwadrofonicznego, sprawiały, iż wiele sal w Wielkiej Brytanii nie mogło sprostać ich wymaganiom, przez co chętniej odbywali tournées w Ameryce. Nie znaczy to bynajmniej, że zapomnieli o Europie albo Europa o nich. Dowodem niech będzie choćby olbrzymie zainteresowanie biletami, które sprawiło, że – choć planowany był tylko jeden występ – zagrali na wypełnionym stadionie Wembley cztery koncerty, dzień po dniu. Nieco później to samo stało się w liverpoolskim Empire Theatre. A potem grali jeszcze w Barcelonie, w Monachium, w Wiedniu, w Innsbrucku, w Paryżu… Zresztą nic w tym niezwykłego, w tym samym czasie równie intensywne trasy odbywało wiele progresywnych grup. Acz chyba tylko ELP dysponowali fortepianem, który wirował w powietrzu wraz z właścicielem.

Muzyka? Na wskroś emerson-lake-and-palmerowa, wszak chyba mało kto oczekiwał, że zagrają Jailhouse Rock. Poszczególne utwory nie odbiegają jakoś szalenie od studyjnych pierwowzorów. Nie są jednakowoż także odegrane nuta w nutę – Hoedown wykonane jest wręcz niewiarygodnie szybko, aż dziw, że Keithowi palców nie powykręcało. Tarkus z kolei trwa ponad 27 minut. Rzecz jasna cały zespół popisuje się niebywałą techniką, Emerson gra te swoje niekończące się solówki, wydobywając z syntezatorów Mooga pełnię możliwości, Palmer wybija najbardziej nawet zawiłe figury rytmiczne… Największe wrażenie robi jednak na mnie nieodmiennie ten fragment, kiedy wszystkie instrumenty milkną, dźwięki rozpływają się w ciszy, a scena – jak się domyślam – tonie w ciemnościach. Tylko Lake przygrywa sobie na gitarze i śpiewa.

Confusion will be my epitaph
As I crawl a cracked and broken path
If we make it, we can all sit back and laugh

Wspaniały moment. Sinfieldowskie wersy kapitalnie współgrają z tekstem Tarkusa, uwypuklając zarazem jego antywojenny charakter.

Potem Lake zostaje z nami na dłużej. Take a Pebble przechodzi bowiem płynnie w Still… You Turn Me On, po którym z kolei następuje owacyjnie przyjęty Lucky Man. Oba wykonane są przez Grega solo, tylko przy wtórze gitary akustycznej, co pozwala w pełni docenić zarówno jego talent do pisania ładnych melodii, jak i zdolności wokalne. Kolejną częścią tego samego medleya są Improwizacje fortepianowe Emersona. Cytuje twórców barokowych, romantycznych, klasycystycznych, gra hondy-tonky i swoje ulubione ragtime’y – słowem, jest to pewien miszmasz, ale miszmasz dowodzący erudycji Keitha. Wiązankę wieńczy powrót tematu Take a Pebble. Potem dwa krótkie, knajpiane numery, i w końcu wykonanie magnum opus płyty Brain Salad Surgery, suita Karn Evil 9, tutaj trwająca aż 35 minut, głównie z powodu wplecenia perkusyjnego sola, w którym Palmer popisuje się między innymi grą na zawieszonym nad sobą dzwonie. Jak? To proste: chwytał zębami przytwierdzony do serca dzwonu sznur. Sam utwór brzmi podobnie, jak na albumie studyjnym – w mało ludzki, wyraźnie zdehumanizowany sposób. Niektórym taki efekt może się bardzo podobać, wielu innych pewnie powie, że to granie sztuczne, jałowe i pozbawione jakiejkolwiek urody.

Welcome back… bez cienia wątpliwości nie zasługuje na miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych albumów live lat 70.; prędzej w trzydziestce. Jednakże z równą pewnością przyznam, iż jest tworem udanie podsumowującym artystyczne poszukiwania ELP w pierwszym okresie działalności, przede wszystkim zaś wydawnictwem, które mimo swej znacznej - jak na owe czasy – objętości nie nudzi słuchacza, cały czas utrzymując równy, wysoki poziom.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.