ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Rusowicz, Ania ─ Genesis w serwisie ArtRock.pl

Rusowicz, Ania — Genesis

 
wydawnictwo: Universal Music Polska 2013
 
1. "Tango śmierci" - 3:36
2. "Polne kwiaty" - 3:25
3. "Ptaki" - 4:08
4. "Tam gdzie pada deszcz" - 4:21
5. "Anioły" - 3:20
6. "Mantra" - 4:49
7. "To nie ja" - 3:49
8. "Nie uciekaj" - 3:39
9. "To co było" - 3:39
10. "Rzeka pamięci" - 3:34
11. Powroty do siebie" - 4:29
12. "Co z tego mam" - 4:14
 
Całkowity czas: 47:11
skład:
Ania Rusowicz - wokal, instr. klawiczowe
Michał Burzymowski - gitara basowa
Ritche Palczewski - gitara
Hubert Gasiul - perkusja, instr. perkusyjne
gościnnie:
Marta Lutrzykowska - instr. smyczkowe
Tomasz Zień - inst. klawiszowe
Mariusz Fazil Mielczarek - flet i saksofon
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 2
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 5
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 10
Arcydzieło.
› 2

Łącznie 25, ocena: Dobry, zasługujący na uwagę album.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
07.12.2013
(Recenzent)

Rusowicz, Ania — Genesis

Powiadają, że drugi album to dla artysty nie lada wyzwanie i sprawdzian zarazem. Mając w pamięci debiut Ani Rusowicz Mój Big-Bit, z wypiekani na twarzy sięgnąłem po jej nową propozycję, zatytułowaną Genesis, z jaką piosenkarka powróciła po dwóch latach.

O ile pierwszy krążek muzycznie był wcale dobry i z trudem można było się do czegokolwiek nań przyczepić, to do pewnego stopnia jednak czerpał z tego, co już było i niewiele wnosił nowego – nie jest to bynajmniej zarzut wobec artystki, ale po prostu fakt. Ponieważ nie przepadam za jakąkolwiek poprawnością i schematycznością, pozwolę sobie na początku recenzji postawić wniosek, do jakiego doszedłem po kilkunastu porządnych odsłuchach nowej płyty Rusowicz – Genesis jest jeszcze lepszy niż jej debiut. Jest albumem od początku do końca doskonałym. Nie brakuje ani jednego zbytniego dźwięku, ani słowa. Nic, co zostało zarejestrowane na Genesis, nie wydaje się być zbędne, naddane. Oczywiście muzycznie nie jest to aż tak wielka zmiana - artystka dalej porusza się w tradycji muzyki, na której się wychowała, w której czuje się dobrze, swobodnie. Dalej czuć w jej muzyce echa brzmień lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Mamy tu klasycznego rocka, nutę bluesa, trochę folku i pozytywnej psychodelii, ale podane w sposób bardzo, bardzo świeży.

Przy okazji wydania pierwszego albumu artystka, co jest nawet jakoś zrozumiałe, była porównywana do swojej matki – Ady Rusowicz, wokalistki zespołu Niebiesko-Czarni. Teraz wydaje mi się to zupełnie niestosowne, bo choć głosy matki i córki są do siebie podobne, to Ania wypracowała sobie własny styl i brzmienie, w których czuje się dość naturalnie. Co więcej, wszystkie teksty na albumie są jej autorstwa, podobnie rzecz ma się z napisanymi kompozycjami – te w przeważającej większości także napisała sama Rusowicz, jedynie kilka utworów powstało wspólnie z jej zespołem. Producentem Genesis został Piotr Waglewski (Emade) i, jak na moje oko, a raczej ucho, był to wybór doskonały. Straszy z braci Waglewskich doskonale czuje takie brzmienie, zresztą sam z zespołem Kim Nowak daje upust takim inspiracjom.  Swoją drogą, jeśli jeszcze do takiej, bądź co bądź, świetnej produkcji dodamy mastering autorstwa Jacka Gawłowskiego, to Genesis jawi nam się jako jedna z najlepiej wyprodukowanych i zmiksowanych polskich płyt, jakie ukazały się w tym roku.

Hipisowska Rusowicz raczy swoich fanów już nie tyle delikatnym big-beatem, okolicami soulu, co rasowym rockowym graniem. Artystka przenosi nas wstecz, do czasów, kiedy popularność święcił Czesław Niemen, a radiowe play-listy wypełniały przeboje Breakoutu. Ja doszukałbym się też tu wpływów Jethro Tull czy Genesis z wcześniejszego okresu. Pojawia się też zapomniane, szczególnie w takiej muzyce, instrumentarium: tamburyn, flet, saksofon, analogowe klawisze, nawet śpiew balansuje i ulega modyfikacjom i przesterowaniu. Ciekawie brzmi także sekcja rytmiczna, szczególnie brzmienie perkusji. Ta pozornie brzmi bardzo prosto i nieskomplikowanie, jednak swym rytmem wydobywa z tych nagrań duszę. Gościnna sekcja dęta i smyczki otwierają niektóre piosenki w sposób nieprawdopodobny i na pewno w taki, jaki teraz udaje się nielicznym. To samo z gitarami, których brzmień nie powstydziłby się sam Jack White, tak bardzo lubujący się w takim brzmieniu.

Po dość spokojnym, rozpoczynającym wydawnictwo „Tangu śmierci” otrzymujemy energetyczne „Polne kwiaty”, które możemy potraktować jako przedsmak kolejnych dziesięciu utworów. Jest tu wszystko – od zmian tempa, przesterów dźwiękowych i w wokalizach, po hipisowską energię. Otwierający „Ptaki” gitarowo-perkusyjny dialog to jedna z lepszych atrakcji, jakie oferuje Genesis. Nie odbiega też od niego nieco chropowaty w swej muzycznej strukturze „Tam gdzie pada deszcz”, przypominający nieco brzmienie Quidam z czasów albumu Pod niebem czas. Zabawę z efektami i zmianami wokalu otrzymujemy w „Aniołach”, których trzonem okazuje się vintagowe, nieco mięsiste brzmienie zadziornej, czasem trochę rozstrojonej gitary. Surowe, ustawione nieco na pogłosy bębny w „Mantrze” świetnie łączą się z jej tekstem. W tle świdrują gitary i przeniesiona potem na plan dalszy, zapętlona, niczym w prawdziwej hinduskiej mantrze, perkusja. Pojawia się także mocny, acz nieco wycofany saksofon; na moje ucho tenorowy. Synkopowe i rytmiczne „To nie ja” to jedna z nielicznych kompozycji napisanych przez piosenkarkę wespół ze swoim zespołem. Jest to jedna z najbardziej rozbudowanych na tym wydawnictwie kompozycji. Raz szaleje do nieprzyzwoitych granic, innym razem wycisza się, a przy okazji brzmi nieco garażowo. Natomiast smaczkiem kolejnego utworu, czyli „Nie uciekaj”, są partie smyczków dołożone do refrenu, oraz klawiszowe, trochę zawirowane wstawki.

„To co było” jest pierwszym radiowym singlem promującym to wydawnictwo. Chociaż jest tu w czym wybierać, to trudno wyobrazić sobie lepszy wybór. Fantastyczny, wpadający w ucho, nieco sentymentalny tekst i melodyjna muzyka. Jak w którymś z wywiadów przyznała Ania Rusowicz, utwór ten pierwotnie miał być zatytułowany „Hitowy” ze względu na swoją melodyjność i chwytliwy refren. Potem mamy jeszcze „Rzekę pamięci” ze zwariowaną i psychodeliczną linią melodyczną oraz rozszalałą perkusją. Przedostatnia piosenka – „Powroty do siebie”, osnuta jest woalem tajemniczości. Pojawia się krótki tekst, wokal wrzucony na pogłosy, a na plan pierwszy wychodzą ciekawie zawodzące, przepuszczone przez efekty gitary.

Trudno spośród tych dwunastu zawartych na Genesis kompozycji wskazać jedną najlepszą. Wskazanie najgorszej jest w ogóle niemożliwe. Krążek kończy „Co z tego mam?”, początkowo śpiewane a cappella, a stopniowo przechodzące w coraz bardziej potężne brzmienie. Smaczków na Genesis jest wiele, na pewno jest to płyta, którą nie tylko przez piosenki, ale wspomnianą wyżej produkcję odkrywa się długo i co więcej – nie nuży się ona. Jest to jednocześnie jedna z najlepszych tegorocznych polskich premier oraz wysoko podniesiona sobie poprzeczka. Poprzeczka, która, obawiam się, może być nie do pokonania, ale to już czas pokaże. Jestem przekonany, że to jeden z takich albumów, który zapisze się w historii polskiej muzyki – jakkolwiek to brzmi – rozrywkowej.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.