ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Andromeda ─ Andromeda w serwisie ArtRock.pl

Andromeda — Andromeda

 
wydawnictwo: RCA Victor 1969
 
1. Too Old (5:00)
2. Day of the Change (5:04)
3. And Now the Sun Shines (4:02)
4. Turns to Dust (6:51)
I Discovery
II Sanctuary
III Determination
5. Return to Sanity (8:22)
I Breakdown
II Hope
III Conclusion
6. The Reason (3:33)
7. I Can Stop the Sun (2:10)
8. When to Stop (8:38)
I The Traveller
II Turning Point
III Journey's End
 
Całkowity czas: 43:53
skład:
John Du Cann - guitar, vocals
Mick Hawksworth - bass guitar, vocals
Ian McLane – drums
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,20
Arcydzieło.
,12

Łącznie 35, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
16.02.2015
(Gość)

Andromeda — Andromeda

Na miejscu mniej lub bardziej czcigodnych rajców Leicester poważnie zastanowiłbym się nad upamiętnieniem Johna Du Canna gustownym pomnikiem. Bo czemu nie? Wprawdzie wielkiej kariery nie zrobił, ale jego muzyka od dekad zachwyca co bardziej wyrobionych słuchaczy rocka. Nawet jeśli w skali globu będzie to raptem kilka tysięcy ludzi, to i tak wystarczy, wziąwszy pod uwagę fakt, iż twórczość wielu zaklętych w brązy czy marmury kompozytorów i poetów po prawdzie jest ogółowi równie nieznana. Budżet trzystutysięcznego miasta raczej nie pękłby w szwach z powodu jednej statuy.

Zanim Cann dołączył do Atomic Rooster, z którym święcił niewątpliwie największe tryumfy (jakby nie patrzeć, Death Walks Behind You sięgnęło 12. miejsca list brytyjskich, a singiel Devil’s Answer dziarsko zameldował się na pozycji 4.), uczestniczył w nagraniu trzech longplayów. Żaden z nich nie zdobył popularności, choć każdy zawierał interesujący, do pewnego stopnia nawet prekursorski materiał, dowodzący talentu kompozytorskiego i wykonawczego gitarzysty. Skłonny byłbym uznać debiuty The Attack i Andromedy za prefiguracje hard- i prog-rocka w czasach, w których muzyka rockowa była wrzącym amalgamatem, jeszcze nie porozdzielanym na szufladki z etykietkami. Roman God of War karygodnie niedocenionej grupy The Attack miał ukazać się wczesną wiosną 1968 roku, ale wskutek tradycyjnego, wręcz wpisanego w dzieje brytyjskiego rocka kunktatorstwa Dekki został odstawiony na półkę, z której sfrunął do słuchaczy dopiero w roku 1990. Five Day Week Straw People to niskobudżetowa, zarejestrowana w cztery godziny - i to w szkole -psychodeliczna płyta, która okazała się zaskakująco udana jak na warunki, w jakich powstała. Jednak dopiero debiut Andromedy z września 1969 roku pokazał, na co Du Canna naprawdę stać.

Tak po prawdzie, historia tego longplaya sięga jesieni 1967 roku, kiedy to – wciąż pozostając w szeregach The Attack – gitarzysta sformował wraz z basistą Mickiem Hawksworthem i bębniarzem Jackiem Collinsem własne trio. Już wtedy zarejestrowano wersje demo utworów, które ostatecznie trafiły na ich jedyną płytę. W roku następnym nagrali poboczną fuchę dla wytwórni Saga – wspomniane już Five Day Week Straw People – oraz zabrali się za koncertowanie, m.in. w londyńskich klubach Marquee i Middle Earth, gdzie dzielili sceniczne deski z takimi tuzami jak Yardbirds (później także Led Zeppelin), Joe Cocker czy Jeff Beck, idol Canna. Szczęście uśmiechnęło się do nich, kiedy John Peel, który wówczas od raptem roku pracował w BBC, a już zyskał markę i rzesze słuchaczy, zaprosił ich do audycji Top Gear. Nawet oferował im wydanie albumu przez nowo powstałą firmę Dandelion, jednak koncept ów spłonął na panewce. Wystąpiły (ach, jakżeż często w dziejach rocka przewija się ten frazeologizm!) nieporozumienia artystyczne – radiowiec nie pochwalał eksperymentatorskich ciągot muzyków. Kością niezgody był także zamiar wymiany perkusisty, z jakim nosił się Cann. Dlatego też - z nowym bębniarzem Ianem McLane’em - musieli poszukać innej wytwórni. Zahaczywszy o Track Records, gdzie proponowano samego Pete’a Townshenda w fotelu producenta, koniec końców trafili do RCA Victor, a za produkcję materiału wziął się, przy wsparciu słynnego w latach 70. inżyniera Eddiego Offorda, sam lider Andromedy. RCA to chyba nie był najlepszy wybór, albowiem – ileż świetnych grup to dotknęło, niestety! – zarówno wydany w lipcu (dobry!) singiel Go Your Way/Keep Out ‘Cos I’m Dying, jak i młodszy o dwa miesiące album, krótko mówiąc, padły, i to mimo zachwytu prasowych krytyków. Po latach dopiero sprawiedliwości stało się zadość, Andromeda zyskała kultowy status, o którym świadczą chociażby obłąkańcze ceny oryginalnych egzemplarzy.

Już pierwsze dźwięki płyty robią olbrzymie wrażenie. Ostra gitara i furiacka sekcja rytmiczna nawet dziś, po z górą 45 latach, szturmują uszy z pasją godną szwoleżerów. To szaleństwo tylko nieco słabnie, gdy śpiewać poczyna lider formacji. Wprawdzie to przede wszystkim gitarzysta i daleko mu do Gillana czy Planta, ale to porządny rockowy wokalista, radzi sobie. Warto zauważyć, jak śpiew współgra z mnogością gitarowych ozdobników i poplątaną partią rytmiczną – w zasadzie bas prowadzi kontrmelodię względem wokalu. Na koniec Too Old mamy powtórzenie wstępu, gwoli zmiażdżenia słuchacza ścianą dźwięku, jak sądzę. Następny kawałek, Day of the Change, jest wyraźnie spokojniejszy i bardziej melodyjny. Świetnie pokazuje talent Andromedy do eksponowania walorów dynamicznych kompozycji, do płynnego przechodzenia od tematu to tematu, iście metalowego podkręcania tempa – melodia melodią, a miejsce na ognistą gitarową solówkę i tak się znalazło. Zresztą na całej długości płyty szwy między poszczególnymi segmentami są gładkie, nie rażą. Zręczne wygrywanie wszelkich kompozycyjnych ozdobników, wtrąceń, przejść etc., sprawia, iż mimo rudymentarnego składu nie odczuwa się aranżacyjnej monotonii – o którą w przypadku rockowego tria nietrudno.

Można by rzec, że zespół zaczyna z wysokiego C (wściekle dynamiczne Too Old), by potem stopniowo spuszczać z tonu – trzeci utwór, And Now the Sun Shines, jest wręcz balladowy. Zwykle mówię to z wyrzutem, nie zaliczam się bowiem do fanów rockowych ballad i jeno nieliczne przykłady tychże cieszą moje ucho, ale nie w tym wypadku. Nie dość, że melodia jest doprawdy czarowna, to jeszcze delikatnie kwiląca gitara umiejętnie ją podkreśla. Ciekawostką jest fakt, iż Hawksworth nie gra tu bynajmniej na dziwnie strojonej gitarze basowej, lecz na krykietowym kiju, na którym rozciągnięto struny. Ponoć na przełomie lat 50. i 60. w muzyce skifflowej nie takie instrumenty się spotykało.

Następna pozycja na krążku to nie tylko kontynuacja ostrej stylistyki, ale i wyraz progresywnych ciągot grupy. W tych siedmiu minutach udało im się zmieścić doprawdy wiele. Riff (nawet kilka) – jest. Melodyjna piosenka – jest. Skąpane w pogłosach solo – jest. Drobne eksperymenty brzmieniowe – są, Cann chwilami krzesze ze swego instrumentu takie dźwięki, jakby to były skrzypce, a i o melotronie pomyślałem w pierwszym odruchu. Lecz i tak najszerszy uśmiech wykwita na mej twarzy w szóstej minucie. Cóż za wściekłe przyspieszanie! Przed czasami Black Sabbath i Deep Purple, niebywałe. Zresztą kołacze mi się nie od dziś po głowie dość śmiała myśl, że ten album to być może jedna z pierwszych manifestacji hard-rocka. Przecie tu jest wszystko, co z tym nurtem się nam kojarzy.

Na drugiej stronie krążka progresywne inklinacje stają się jeszcze wyraźniejsze. Return to Sanity, ośmionutowy kolos, dzieli się bowiem na trzy części, ułożone w formę łukową. Początek od razu wydał mi się znajomy – i słusznie, bo Breakdown to przeróbka Marsa Holsta, do którego rockmani, od ELP po Budgie, mieli wyraźną słabość. Klasyczne crescendo urywa się nagle, by ustąpić pola długim dźwiękom gitary. Andromeda nie byłaby jednak sobą, gdyby nie wplotła w niespieszne Hope paru tętniących wstawek. Trzecia część, Conclusion zagrana jest już z całą mocą. The Reason, jedyny numer podpisany i zaśpiewany przez Hawkswortha, ma już czysto rockowy charakter, wydaje się jednak nieco lżejszy od reszty repertuaru. Skoro już jesteśmy przy basiście, warto wspomnieć, iż to nie jest jedyna świetna płyta w jego karierze – po rozpadzie Andromedy w marcu 1970 roku (co symboliczne, ostatni koncert grali z Sabbsami) założył Fuzzy Duck, którego pierwszy i ostatni album jest absolutnie must hear dla sympatyków klasycznego rocka.

Wracając do debiutu Andromedy – przedostatnia pozycja pt. I Can Stop the Sun stanowi nie lada zaskoczenie. Bukoliczna miniatura z gitarą i chórkami w towarzystwie ciężkich, wielominutowych muzycznych eskapad może dziwić, ale w gruncie rzeczy stanowi konieczne wyciszenie przed najdłuższym w całym zestawie When to Stop. Nieprzypadkowe było użycie w poprzednim zdaniu słowa eskapady, albowiem trzy części, na które When to Stop jest podzielone, noszą tytuły: The Traveller, Turning Point i Journey’s End. Zaiste, bogata we wrażenia jest ta podróż. Mamy i miłe uszom melodie, i dramatyczne przejścia, i niby-jazzową grę sekcji (Traveller)  i szaleńcze galopady (Turning Point), a w końcu elegijny motyw gitary w części trzeciej, zaczerpnięty z Adagia, drugiej części słynnego Concierto de Aranjuez Hiszpana Joaquína Rodrigo. Wbrew pozorom, nie wprowadza on dysonansu, zdaje się być jak najbardziej na miejscu. Niecodzienne zwieńczenie niezwykłej płyty.

Ma coś ta płyta wspólnego z Andromedą, mityczną królewną etiopską. Też jest przepiękna. Oczywiście na swój sposób, ale któż powiedział, że epitetem tym obdarzyć można tylko dzieła dostojne, połyskujące szlachetnym blaskiem, niesione przez anioły na niebotyczne wysokości. Dynamiczna rockowa płyta, zwłaszcza tak pełna wyobraźni i kunsztownie wykonana jak ta, też może być piękna.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.