ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Jarre, Jean Michel ─ Oxygene 3 w serwisie ArtRock.pl

Jarre, Jean Michel — Oxygene 3

 
wydawnictwo: Sony Music Entertainment 2016
 
1.Oxygene,Pt. 14 [5:27]
2.Oxygene, Pt. 15 [6:40]
3.Oxygene, Pt. 16 [6:50]
4.Oxygene, Pt. 17 [4:20]
5.Oxygene, Pt. 18 [2:48]
6.Oxygene, Pt.19 [5:45]
7.Oxygene, Pt. 20 [7:59]
 
Całkowity czas: 39:49
skład:
Jean Michel Jarre - wszystkie instrumenty
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 2
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 2
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 8
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 2
Arcydzieło.
› 1

Łącznie 21, ocena: Niezła płyta, można posłuchać.
 
 
Ocena: * Bez oceny
16.12.2016
(Recenzent)

Jarre, Jean Michel — Oxygene 3

Można spytać: po co? Dla kasy? Przygody? Hecy?

Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie co (niektórych) Artystów pcha w potrzebę nagrania kontyunuacji własnych dzieł. Niemniej nie nam to oceniać. Jendakże (tak jak już pisałem kiedyś o podobnej przypadłości „Dzwonów Rurowych”) są to bowiem ich muzyczne bachory i mogą sobie z nimi czynić co im się żywnie podobna. Jak chcą to niech sobie nawet musical na Broadway z tego zrobią. Nic nam do tego.

Jaś wymyślił sobie, że odbędbni czterdzistolecie „Oxygene”. Niby po cichu, bez specjalnego szumu medialnego jednakże data wydania (4 grudnia, czyli dokładnie 40 lat później) do tego charakterystyczny glubus z czachą na okładce musiał zwrócić uwagę niejednego słuchacza.

Jarre’a juniora zawsze lubiłem. W sumie jakby nie patrzeć to jedna z moich pierwszych fascynacji muzycznych, która miała miejsce dawno temu podczas poznawania „Oxygene” i „Equinoxe”. Były to dla mnie płyty z nagrane z niesamowitą fantazją i polotem. Potem odkrywałem kolejne, w niezbyt chronologicznej kolejności. Z ich poziomem już bywało różnie; „Magnetic Fields” i „Zoolook” podobały się średnio (zwłaszcza druga z nich), „Rendez-Vous” było zbyt... fanfarowe. „Revolutions” miało wprawdzie swoje momenty jednak była to ostatnia płyta lyończyka, która mogła się podobać. „Chronologie” sprawiła, że kolejnych już w ogóle nie słuchałem...

Czarę goryczy przelał koncert w Stoczni Gdańskiej z okazji rocznicy powstania „Solidarności” na którym miałem (wątpliwą) przyjamność być. Nie chodzi nawet o sam fakt mojej wrodzonej niechęci do występów dla tego typu masówek na otwartym powietrzu (dla mnie to coś takiego jak muzyczny McDonalds) i nędzną organizacją całości przedsięwzięcia, ale o sam dobór setlisty i farmazony jakimi Jarre uraczał publikę typu „sowiecki komunizm był zły”*. Skończyło się na tym, iż dość zniesmaczony opuściłem teren Stoczni dobre kilkanaście minut przed finałem występu Francuza nie tylko ze względu na dość wątpliwą przyjemność tłoczenia się z ogromem widzów pragnących jak najszybciej dostać się wszelkimi dostępnymi środkami trasportu do swoich domów, lecz ogólnym rozczarowaniem poziomem koncertu w ogóle.

Nie o tym jednak miało być. W końcu nie pierwszy raz odchodzę od tematu...

„Oxygene 3” pojawiło się i tyle.

Czy dorównuje toto poziomowi pierwozworowi? Na pewno nie, choć trudno nie zauważyć, że jest inaczej. W końcu dekada, technologia i (co nie bez znaczenia) przebieg autora są inne co miało niewątpliwie wpływ na kształt i poziom całości. Oba wydawnictwa dzieli te kilkadziesiąt lat i to słychać nawet bardziej niż wyraźnie. Całość rozbija się o dwa aspekty: brzmeniowy i kompozycyjny.

Pierwowzór dość zgrabnie trzymał się w ramach pewnej spójności; kolejne fragmenty zdawały się naturalnie przechodzić jeden w drugi i mieć (w miarę jakiś) wspólny mianownik i ciąg logiczny. Przy wersji AD 2016 sprawa nie wygląda już tak zgrabnie.

Mamy tutaj takie troszkę błądzenie po omacku. Jest nieco po nowemu jak np. w takiej „czternastce” w której to Jarre stylizuje się Roberta Milesa, jak i również w „siedemnastce”, która wypada momentami zbyt topornie i dyskotekowo.

Po drugiej stronie jest nieco bezwładnie prowadzona „piętnastka”, ale mająca sporo z klimatu oryginału i to nie tylko dzięki bliźniaczo podobnie brzmiącemu tłu, jak i część nr 19, która początek ma chyba najbardziej zbliżony klasykowi z 1976 roku, by gdzieś w środku za bardzo zaczepić się o nowofalowe brzmienia, na szczęscie z fajną codą znów odwołującą się do złotych lat 70-tych w twórczości Jarre’a.

Najciekawiej zdaje się brzmieć „szesnastka”, która zdawać by się mogło, iż brzmi nazbyt nowocześnie, lecz przy głębszym wsłuchaniu nie trudno odnaleźć ciekawe balansowanie pomiędzy „nowym”, a „starym”.

Są jednak tutaj pewne dwa fragmenty, które wydają się zaskakiwać najbardziej, a mianowicie części 18 i 20, które są niewątpliwym novum i czymś czego na oryginale nie uraczycie. Obie w podobnym nastroju, pierwsza jakby nazbyt nieśmiała, natomiast druga, piękna w całej swojej krasie (z bezpośrednim wręcz w pewnym momencie odwołaniem do wersji z 1976 roku). Cudne, ambientowe i niezwykle malownicze fragmenty dodające niesamowitego kolorytowi całości.

Aspekt kompozycyjny to inna para kaloszy. Cóź, Jarre już nie jest kreatywnym 28-latkiem, lecz wyraźnie poddziadziałym muzykiem, który najlepsze lata za sobą i (z lepszym, lub gorszym efektem) próbującym osiągnąć przynajmniej pewiem poziom dawnej popularności. Niestety wena twórcza wyraźnie już nie ta, co od dobrych kilkunastu lat słychać.

Niemniej patrząc na „Oxygene 3” obiektywnie stwierdzić muszę, iż (pomimo wylanych w poprzednich kilku akapitach pomyj) płyta nie jest zła. Fajnie się słucha, zgrzytów jako takich brak, kompozycyjnie szału nie ma, ale tragedii również nie.

Skąd więc moje takie dość wątpliwe mniemianie o tegorocznym produkcie Francuza? Otóż, każdy muzyk musi zdawać sobie sprawę, iż porywając się na kontynuację jednego ze swoich klasyków automatycznie zawiesza sobie poprzeczkę niezwykle wysoko, gdyż jego nowy twór jest oceniany nie przez pryzmat aktualnej formy muzyka, lecz pierwowzoru tegoż dzieła. Oczywiście nie jest kłopotem, gdy ktoś jest formie i ma najzwyczajniej w świecie pomysł na nową interpretację tudzież sequel tego co stworzył wcześniej, lecz uporczywe i desperackie łapanie się za coś takiego przez faceta, który dobrych utworów stworzonych przez ostatnich kilka lat nagrał tyle, że można policzyć je na palcach jednej ręki, może mieć opłakane konsekwecje.

Gdyby „Oxygene 3” ukazała się pod innym tytułem, możnaby śmiało uznać ją za jedno z ciekawszych wydawnictw tego roku. Jednakże tak się nie stało i (przynajmniej ja) oceniam ją przez w porównaniu do oryginału. A jego tle nie wypada najlepiej...

 

 

 

 

 

 

* dlatego, że w jego ustach brzmiały one niczym hipokryzja, gdyż chiński mu najwyraźniej nie przeszkadzał grająć m.in. dla tamatejszych władz (miało to miejsce podczas pierwszego koncertów w ChRL w październiku 1981 kiedy zagrał dla urzędników państwowych); widocznie tamtejsze dolary są fajniejsze

 

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.