ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Trapeze ─ Medusa w serwisie ArtRock.pl

Trapeze — Medusa

 
wydawnictwo: Threshold 1970
 
1. Black Cloud [6:13]
2. Jury [8:10]
3. Your Love Is Alright [4:54]
4. Touch My Life [4:06]
5. Seafull [6:34]
6. Makes You Wanna Cry [4:41]
7. Medusa [5:40]
 
Całkowity czas: 40:18
skład:
Dave Holland – perkusja
Glenn Hughes – gitara basowa, fortepian, śpiew
Mel Galley – gitara, śpiew
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 2, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
30.01.2019
(Gość)

Trapeze — Medusa

Więc tak. Jesteś fanem staroświeckich hard-rockowych brzmień nurzającym się w twórczości klasycznych mocarzy typu Black Sabbath, Purple czy Zeppelini. Z rodzimej muzyki namiętnie zapodajesz sobie TSA, stare Turbo czy inny Mech. Jednak wciąż Ci mało. Węszysz w odmętach czasu za zaginionymi perłami rocka. Chcesz widzieć jak hartował się metal w czasach gdy metalu jeszcze nie było. No dobra, proto-metal. Jak zwał tak zwał. Chciałbyś być świadkiem wykluwania się talentu muzyków, którzy później świecili najjaśniejszym blaskiem w szeregach takich tuzów jak Judas Priest, Deep Purple czy Whitesnake. Przetrząsasz najgłębsze zakamarki internetu w poszukiwaniu soczystego niepretensjonalnego hard-rocka, osadzonego w bluesie, lecz riffującego na czysto już metalowych skalach. Southernowe klimaty to Twoje naturalne środowisko, a gitarowe szaleństwa Wishbone Ash to dla Ciebie esencja tego co w muzyce najlepsze. Znasz Trapeze? Tak? To szacuneczek. Nie? No to musisz poznać, bo to dla Ciebie życiodajny zastrzyk czystej rockowej energii.

"Zwykłeś myśleć, że jestem na brzegu
Morza, które nigdy nie nadeszło
Nadszedł czas by odnaleźć
To co zrobiłam, bo musiało być zrobione"

Tej płyty mogło nie być. Po wydaniu debiutanckiego albumu zatytułowanego tak jak sam zespół, Trapeze opuściło pół składu stawiając pod znakiem zapytania dalszy los formacji. Jednak ci którzy pozostali na jej pokładzie - śpiewający gitarzysta Mel Gelley, perkusista Dave Holland oraz basista i wokalista Glenn Hughes - wydali kolejny klasyczny dziś album Medusa. W 1970 roku mało kto mógł podejrzewać, jak wiele jeszcze razy będziemy w przyszłości oczarowywani przez tego ostatniego muzyka. Rockowego kosmopolitę, który w przyszłości niczym meteor przeleci przez jedną z najlepszych reinkarnacji Deep Purple, wstrzeliwszy się w lukę ziejącą po odejściu Rogera Glovera w pamiętny sposób będzie asystował rozwijającemu wokalne skrzydła Davidowi Coverdale, zawita w szeregi post-DIO-wskiego Black Sabbath, po to by na koniec stworzyć supergrupę Black Country Communion, notabene często gęsto sięgającą po kawałki Trapeze właśnie. Choćby po utwór tytułowy, będący dziś wizytówką grupy, pod warunkiem oczywiście że ktoś się do niej dokopie. W tamtych zamierzchłych czasach jednak power trio Trapeze pod równorzędnym dowództwem Glenna i Mela właśnie, nagrało płytę która niesłusznie leży dziś nieco zagubiona pośród zwałów całej wspaniałości dekady lat 70-tych. A szkoda. Bo to jeden z najbardziej wyrazistych dokumentów epoki, w której kształtował się świeżo narodzony hard-rock. Czy już raczej proto-metal, bo mimo sporej gamy bluesowych czy soulowych naleciałości, największy ciężar położony tu został na same riffy. A te są mięsne niczym równolegle rozpędzający się Black Sabbath, zwłaszcza ten bluesowo jeszcze bujający z pierwszej płyty. Jest surowo, lecz soczyście. Nie ma tu Bóg wie jakich gitarowych erupcji czy rokokowych ornamentów na miarę Page'a czy Blackmore'a, choć solówki są na bardzo wysmakowanym i wysokim poziomie. Mamy tu za to czystą żywą esencję mięsistego gitarowego miąższu, tak gęstego że można go wyciskać jak cytrynę. Riffy są rwane i siarczyste, szyte na miarę choćby AC/DC, a przypomnę że ma to miejsce w czasach zanim Angus Young zagrał publicznie na swym instrumencie pierwszy dźwięk. Wokal? No tak, to ten sam wokal, który nie raz, nie dwa jeszcze usłyszymy pod najbardziej gorącymi szyldami. Pełen werwy, ekspresji, ekstrawertycznej radości. Jeden z tych klasycznych głosów, na których stoją dziś fundamenty rocka, jakże miło napiętnowany poprzez świadome inspirowanie się swoim idolem Marvinem Gaye. Choć zarazem sporo niedoceniany dzisiaj i często niesłusznie pomijany w natłoku genialnych śpiewaków klasycznych dinozaurzych dekad. Całość muzyki zawartej na płycie jest smakowitą wypadkową rodzącego się wówczas hard-rocka z blues-rockowym żarem charakterystycznym dla dekady lat 60-tych (tak tak, ta sama mieszanka co na debiucie Sabbathów), a wszystko to podlane nutką funka, tego od kolejnego idola muzyków Jamesa Browna. Album został wyprodukowany przez basistę Moody Blues Johna Lodge's, przez co czuć tu subtelnie wyczuwalny progresywny, zupełnie niegroźny nalot. Wszystko cudownie oldschoolowe, lecz zarazem na swój sposób nowoczesne w swej epoce, przez co możemy spokojnie postawić Trapeze obok takich zasłużonych w kreacji proto-metalu załóg jak Budgie, Mountain czy Atomic Rooster. I wszystko tak niesamowicie nasączone tym czymś nieuchwytnym, co charakteryzowało najlepsze płyty nagrane w początkach lat 70-tych. Magią...

"Powiadasz, że widziałeś Meduzę ?
Spoglądała na ciebie
Z głową utkaną z płomieni
Powiadają, że legenda Meduzy
Czycha w diabelskim leżu"

Niestety zespół nie odniósł przynależnego mu sukcesu komercyjnego. Nagrał jeszcze kilka albumów, jednak sami muzycy sukcesywnie, jeden po drugim opuszczali band zasilając bardziej rozpoznawalne załogi jak Purple, Judas Priest czy Uriah Heep, zaś 1982 roku ostatni pozostały na pokładzie Mel Galley zgasił nań światło. Cóż, można być wielkim, lecz nie pławić się w blasku największej mainstreamowej chwały (jak choćby równolegle grające Budgie). Nie wszyscy zaś giganci mają zapewniony nimb świetlanej sławy w panteonie największych rocka. Pozornie. I przynajmniej pod szyldem macierzystej kapeli, bo przecież Glenna Hughesa, jakby nie było to można uznać dziś za gwiazdę. I to wciąż bardzo jasno świecącą, czy to solowo czy choćby w Black Country Communion. Samo Trapeze reaktywowało się w najsłynniejszym składzie dwukrotnie - w 1992 i 1994 roku, w celach stricte koncertowych. Dziś możemy jednak sięgnąć po najczystsze muzyczne klejnoty dokumentujące najlepsze czasy zespołu. Niesamowicie sugestywna szata graficzna okładki zapraszająco kusi by zagłębić się w barwny świat zawartej na płycie muzyki. I być świadkiem jak hartował się hard-rock.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.