ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Renaissance ─ Tuscany  w serwisie ArtRock.pl

Renaissance — Tuscany

 
wydawnictwo: White Dove Records 2000
 
1. Lady From Tuscany (6:40)
2. Pearls Of Wisdom (4:25)
3. Eva’s Pond (3:39)
4. Dear Landseer (5:19)
5. In The Sunshine (4:24)
6. In My Life (5:25)
7. The Race (4:58)
8. Dolphins Prayer (3:21)
9. Life In Brazil (3:41)
10. One Thousand Roses (7:13)
 
Całkowity czas: 49:23
skład:
Annie Haslam – lead and backing vocals
Michael Dunford – acoustic guitars and backing vocals
Terrence Sullivan – drums and percussion
Mickey Simmonds – keyboards, backing vocals and orchestral arrangements

Guests:
John Tout – piano and piano arrangements, harpsichord
Roy Wood – bass, keyboard, orchestral arrangements
Alex Caird - bass
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 10
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 5
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 15, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 7 Dobry, zasługujący na uwagę album.
25.11.2019
(Gość)

Renaissance — Tuscany

Grupa Renaissance jest znana miłośnikom rocka progresywnego z unikalnej mieszanki progresji, muzyki klasycznej, jazzu oraz folku, przyprawionej krystalicznie czystym 5-oktawowym głosem wokalistki Annie Haslam, śpiewającej teksty nadwornej poetki Betty Thatcher-Newsinger. Ten zdolny kwintet nagrał szereg uznanych przez publiczność i krytyków albumów (szczególnie w przedziale lat 1973 – 1978), które do dziś stanowią za punkt odniesienia dla wielu naśladowców. Choć zespół w latach 70-tych zdobył szczątkową popularność (z wyjątkiem północno-wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych), obecnie uważany jest za pionierów rocka symfonicznego. Niestety, pod koniec lat 70-tych naciski ze strony wytwórni w kierunku grania muzyki bardziej uproszczonej spowodowały radykalne odejście od pierwotnych założeń ku twórczości pozbawionej dawnego patosu i opartej głównie na syntezatorach, co również poskutkowało obniżeniem wartości estetycznej prezentowanej przez zespół twórczości w latach 1979 - 1983. Dodatkowo sytuację kwintetu pogorszył nieszczęśliwy wypadek w 1980 roku: otóż John Tout, przeżywający nagłą śmierć swojej siostry, popełnił błąd podczas jednego z izraelskich występów i w jego wyniku zrezygnowany zszedł ze sceny. Oszołomiona i rozwścieczona reszta zespołu natychmiast wyrzuciła go ze swoich szeregów. Za nim odszedł perkusista Terry Sullivan (będący przyjacielem Touta). Gwoździem do trumny były coraz słabsze wyniki sprzedażowe albumów „Azure D’or” (1979), „Camera Camera” (1981) i „Timeline” (1983), w wyniku których wytwórnia Warner Bros zerwała kontrakt z rzeczoną formacją. Rozczarowane brakiem spodziewanych efektów pozostałe trio ogłosiło zakończenie działalności w drugiej połowie lat 80-tych.

W zasadzie na tym mogła się definitywnie skończyć kariera tej zdolnej grupy, gdyby nie powstanie teatralnego musicalu w drugiej połowie lat 90-tych opartego na motywach Szecherezady, do którego muzykę miał stworzyć właśnie Renaissance. Co ciekawe, jedynie czwórka z pięcioosobowego oryginalnego składu (Annie Haslam, Michael Dunford, Terry Sullivan, John Tout plus Roy Wood – wieloletni partner Haslam i nadworny muzyk Electric Light Orchestra) spotkała się, by omówić wspólny projekt.  

Basista zespołu, Jon Camp, w jednym z wywiadów tak tłumaczy brak jego obecności w trakcie sesji nagraniowych:

„Annie i Michael nigdy się ze mną nie kontaktowali. Miałem z nimi spotkanie i zapytałem czy mogę wrócić? I powiedzieli ‘nie’, co mnie absolutnie oszołomiło. Pierwszą rzeczą, którą dowiedziałem się o albumie ‘Tuscany’ było to, że kiedy zadzwoniłem do Terry'ego Sullivana, aby zapytać czy ma ochotę zreformować Renaissance, on powiedział: ‘Właśnie zrobiliśmy album. Walczyłem o Ciebie byś mógł wrócić do zespołu, ale nie chcieli tego.’”.

Trudno zgadnąć co kierowało Annie Haslam i resztą muzyków w podjęciu tej zaskakującej decyzji. Osobiście przypuszczam, że przyczyny były osobiste: miejsce po Jonie zajął Roy Wood (wieloletni partner Annie Haslam).

Wracając do przebiegu sesji nagraniowych: szybko okazało się, że jako zespół mają szereg nowych pomysłów, wobec czego zaszyli się na angielskiej wiosce (położonej około 40 km na południowy-wschód od Londynu), gdzie po 19 latach nagrali wspólnie album z całkowicie premierowym repertuarem. Tradycyjnie pan Dunford był odpowiedzialny za muzykę, zaś obowiązki po poetce Betty Thatcher-Newsinger przejęła wokalistka Haslam. Całość udało się zarejestrować w ciągu zaledwie dwóch sesji nagraniowych, z czego pierwsza odbyła się przy udziale wszystkich czterech członków muzycznego kolektywu, a druga bez udziału Johna Touta i Roya Wooda. Ów brak obecności tych muzyków skutkował koniecznością zapełnienia luki po nich, wobec czego do gry na klawiszach zaangażowano Mickiego Simmonsa, który występował wcześniej z takimi wykonawcami jak Mike Oldfield, Fish czy grupą Camel, oraz Alexa Cairda, który wsparł grupę w grze na basie. Powyżsi instrumentaliści nie byli członkami Renaissance, ale zostali zaproszeni do wzięcia udziału w sesjach nagraniowych, co poskutkowało tym, że wkrótce obaj zostali włączeni w jej szeregi. Odpowiedzialność za produkcję wzięli na siebie gitarzysta Michael Dunford, Annie Haslam oraz wspomniany przeze mnie Roy Wood. Po ukończeniu pracy nad nowym dziełem kwartetu, w 2000 roku ujrzał światło dzienne. Jego premiera była sporym zaskoczeniem dla tej grupy fanów, którzy dawno spisali zespół na straty.

Już samo spojrzenie na zawartość albumu każe przypuszczać z jakim rodzajem muzyki mamy do czynienia, bowiem czas utworów oscyluje w granicach 3-5 minut, rzadko wychodząc poza ten schemat (wyjątkami są otwierający album „Lady From Tuscany” trwający przeszło 6 minut oraz zamykający album „One Thousand Roses” przekraczający 7 minut). Zatem mamy do czynienia z muzyką uproszczoną, pozbawioną wielowątkowych i skomplikowanych partii instrumentalnych. Analiza zawartości muzycznej rzeczonej płyty generuje obraz dzieła, w którym większy nacisk położono na jakość wykonania oraz klimat poszczególnych ścieżek niż na zręczność operowania instrumentalnego (wyjątkiem są tu porywające partie skrzypiec w „The Race” oraz pyszne sola klawiszowe w „One Thousand Roses”). Kolejną cechą wyróżniającą „Tuscany” od pozostałych jest ewidentnie gładsze brzmienie płyty w porównaniu z dokonaniami kwartetu z przeszłości. Gitary elektrycznej w ogóle tu nie ma, a figury kreślone przez gitary akustyczne czy instrumenty klawiszowe rzadko kiedy pokazują rockowy pazur. Z pewnością na taki kierunek ma wpływ brak udziału orkiestry symfonicznej w nagraniach (którą zastąpiono partią smyczków). Kolejną nowością na tym albumie jest pierwszy w historii Renaissance’u tandem kompozytorski Dunford – Haslam (na wcześniejszych płytach za muzykę odpowiadał Dunford oraz sporadycznie John Camp). Elementem niezmienionym jest wciąż krystalicznie czysty głos Annie Haslam, do którego ułożono partie wokalne, wykorzystujące w pełni jej zdolności wokalne oraz melodie zapadające w pamięć, pozostające ze słuchaczem na długo.

Czy więc powyższe zmiany w stylistyce grupy wyszły jej na dobre? Myślę, że tak. Po pierwsze dlatego, że odświeżyły nieco brzmienie Renaissance i zaktualizowały go w oparciu o nowinki technologiczne (brzmienie orkiestry zastąpił syntezator lub smyczki). Po drugie: w związku z różnymi składami zespołu w trakcie sesji nagraniowych, poszczególne partie instrumentalne (szczególnie klawiszowe) różnią się między sobą. John Tout  gra wysmakowane pełne pasji figury, przykuwając uwagę słuchacza lekkością wyrazu, zaś Mickey Simmons kładzie nacisk na budowanie nastroju. Biorąc powyższe czynniki pod uwagę należy stwierdzić, że taki oryginalny miks powoduje, iż albumu słucha się z niesamowitą przyjemnością. W balladach instrumenty klawiszowe pełnią rolę bogatych orkiestracji (jak choćby w „Eva’s Pond”), zaś w dynamicznych utworach ujawniają się w formie dłuższych aranżacji i popisów instrumentalnych (w szczególności „The Race”).

Z jednej strony prosta konstrukcja utworów nasuwa skojarzenia z takimi albumami jak „Timeline” czy „Camera Camera”, jednakże różnicę stanowi tu powrót do bardziej akustycznych brzmień (zastosowano tu bowiem klasyczny zestaw gitar akustycznych, basu, instrumentów klawiszowych, perkusji oraz smyczków), co oznacza wyraźny powrót zespołu do korzeni aranżacyjnych, dzięki czemu udało się wskrzesić brzmienie zespołu z lat 70-tych i dostosować go do współczesnych czasów.

Album otwiera „Lady From Tuscany”, utwór jakby żywcem wzięty z czasów świetności zespołu. Prym wiodą tutaj instrumenty klawiszowe zastępujące ciekawe linie melodyczne orkiestracji, które uzupełnia krystalicznie czysty i bajecznie piękny głos Haslam zatopiony w pierwszorzędnych harmoniach wokalnych. Od pierwszych nut wiemy, że to stary, dobry Renaissance. „Pearls Of Wisdom” to perełka sama w sobie, bowiem zawiera znakomitą orkiestracyjną aranżację zagraną przez Johna Touta, która sprawia, że utwór nabiera prawdziwych rumieńców i majestatu. „Dolphins Prayer” oraz „Eva’s Pond” to ballady, w których dominują partie instrumentów klawiszowych budujących nastrój zadumy. „Dear Landseer” można bez żadnych wątpliwości włączyć w zawartość dowolnego albumu z klasycznego okresu Renaissance. W tym utworze prym wiodą zwiewne, pełne pasji partie klawesynu, fletu przy nieco jazzującej sekcji rytmicznej. Z zestawu nieco odstaje „Life In Brazil”, w którym zespół wiedzie porywający romans z brazylijskim folkiem. „One Thousand Roses” stanowi sztandardowy przykład, że nawet w XXI w. rzeczona grupa nie straciła nic z umiejętności tworzenia progresywnych, pełnych porywających solówek, form, podkręconych popisami instrumentalnymi oraz poprzecinami momentami eksplozji emocji oraz wyciszenia, a wszystko podane w wybitnie dobrze smakującym sosie biegłości instrumentalnej i wokalnej. Co ciekawe, zwiewne partie instrumentów klawiszowych zagrał Mickey Simmonds, co pozwala stwierdzić, że jest to godny następca Johna Touta. Ten utwór to prawdziwa perła i ozdoba całego albumu.

Pod względem literackim większość tekstów Annie Haslam prezentuje różnorodną tematykę dotykającą takich zjawisk jak tragiczny wypadek, w którym delfiny wypłynęły na jedną z amerykańskich plaż („Dolphine’s Prayer”), czy też wyścig jako metaforę potrzeby akceptacji i popularności („The Race”). Z kolei „Dear Landseer” stanowi opowieść o XIX-wiecznej królowej Wielkiej Brytanii, Aleksandrynie Wiktorii (1819-1901), która po stracie swojego męża, saksońskiego księcia Alberta (zmarł w wyniku duru brzusznego w 1861 r.) poprosiła znanego XIX-wiecznego wiktoriańskiego rzeźbiarza i malarza, sir Edwina Henry’ego Landseera (1802 – 1873), aby namalował dla niej obraz, który podniósłby ją na duchu. Z kolei „Life In Brazil” stanowi próbę opisania słynnego karnawału odbywającego się corocznie w Brazylii. W „In My Life” dominuje smutek za straconą bezpowrotnie relacją miłosną. Podobną problematykę porusza „In The Sunshine”, w którym autorka zgłębia zjawisko przyciągania się dwóch osób.

Tuż po nagraniu albumu zespół wystąpił w londyńskim Astoria Charing Cross Road, gdzie został bardzo gorąco przywitany oraz dał kilka bardzo dobrych występów w Japonii (gdzie „Tuscany” zdobył popularność), które zostały zarejestrowane i wydane w formie podwójnego albumu koncertowego „In The Land Of The Rising Sun – Live In Japan 2001” (2002).

Udane występy dały zespołowi zastrzyk energii i wiary w siebie, wobec czego zaczął szukać kolejnych miejsc do występów, pomimo iż cierpiał na brak managera. Kwartet wydzwaniał gdzie się dało, szukając pomocy w zorganizowaniu wielkiej trasy koncertowej po Europie. Niestety, pomimo obietnic, wytwórnie nie chciały przeznaczać pieniędzy na zespół ludzi w średnim wieku. „Tuscany” ukazał się nakładem White Dove Records, nieznanej wytwórni, która miała bardzo wąski zasięg dystrybucyjny, co spowodowało, że album przeszedł bez echa (poza Japonią), co pogrążyło po raz kolejny grupę w niebycie na kolejne kilkanaście lat. Smutny koniec dobrze zapowiadającego się comebacku, tym bardziej, że już nigdy więcej nie było im dane wejść do studia jako kwartet z czasów świetności (Michael Dunford odejdzie do wieczności w 2013 roku, John Tout – dwa lata po Michaelu, Terrence Sullivan całkowicie odetnie się od zespołu, zaś Jon Camp nigdy nie zostanie zaproszony do ponownej współpracy), ale to już zupełnie inna historia…

Wracając do „Tuscany” można powiedzieć, że krążek wypełnia muzyka sięgająca do dziedzictwa najlepszych lat zespołu, plasując tym samym rzeczone dzieło tuż za albumami z lat 1973 – 1978, wyprzedzając o lata świetlne nieudane próby stworzenia miałkiego popu na „Camera Camera”, czy „Timeline”. Nie ulega wątpliwości, że brzmienie uległo zmiękczeniu, a konstrukcja utworów wyraźnemu uproszczeniu. Niektórych fanów może razić brak rozbudowanych utworów w stylu „Mother Russia” czy „Ashes Are Burning”; niekiedy odczuwalny jest brak odważnych aranżacji (szczególnie w „In My Life”), jednakże tę pustkę uzupełnia swoista elegancja i wdzięk poszczególnych ścieżek wsparty przez ciągle krystalicznie czysty głos Annie Haslam. Całość brzmi bardzo dojrzale, niekiedy wspinając się na góry wzniosłości, a czasami opadając ku dolinom nostalgii. Rzeczony album jest wyraźną próbą przywrócenia dawnej świetności w nowym otoczeniu technologicznym. Choć powyższe braki rozbudowanych suit rockowych mogą zniechęcić starych fanów zespołu, nowych może przyciągnąć wielka melodyjność i zwiewność wszystkich ścieżek na płycie. Trudno też nie cieszyć się z faktu, że muzycy nie zawiesili na kołku swoich instrumentów, tworząc premierowy materiał. Choć na następną płytę trzeba będzie zaczekać kolejne 13 lat (i to już w zupełnie odmiennej konfiguracji zespołowej), ów album stanowi doskonały przykład, że pomimo braku obecności zespołu na rynku muzycznym przez ponad 17 lat, ciągle ma coś ciekawego do powiedzenia. Słowem – polecam. Dobry, zasługujący na uwagę album.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.