Recenzja: Marillion - Happiness Is The Road

Szukaj:
Aktualności
Koncerty
Zapowiedzi płytowe
Recenzje albumów
Relacje koncertowe
Artykuły
Wywiady
Muzyczna Mapa Polski
Rock w eterze
Forum
Linkownica
Redakcja
| A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z |
Szukaj zespołu lub albumu:
kliknij na banner...

CD: Marillion - Happiness Is The Road

Volume 1 - Essence Dreamy Street This Train is my Life Essence Wrapped Up in Time Liquidity Nothing Fills the Hole Woke Up Trap the Spark A State of Mind Happiness is the Road bonus track Half Full Jam Volume 2 - The Hard Shoulder Thunder Fly The Man from the Planet Marzipan Asylum Satellite #1 Older than Me Throw Me Out Half the World Whatever is Wrong with You Especially True Real Tears for Sale

Całkowity czas: 106:36

skład:
Steve Hogarth Steve Rothery Mark Kelly Pete Trewavas Ian Mosley
Intact Records - 2008
Strona zespołu:http://www.marillion.com
Ocena recenzenta:
10 - Arcydzieło.

Tego mi było trzeba. Gdy już wszystko zostało zmanierowane, wyszydzone i zapomniane, gdy marzenia wyschły pod naporem bezwzględnego wiatru historii – pojawiło się światełko w tunelu. A przecież miało być byle jak. Wszystko wyprzedane, namiętności porozstawiane po kątach, niczym przedszkolaki. Słowem – pustka. Bezkresna i nieopisana pustka.

Tak miało być. Czułem zbierającą w sobie złość, że nie chce mi się walczyć. Akceptowałem zasady narzucone przez innych zdając sobie sprawę, że wcale tego nie chcę. Niby czas minął. Jak podliczę chwile, które zniknęły niczym łzy na deszczu, wychodzi zatrważająca data. Gdy pomyślę o znajomych, którym coś tam nie wyszło – też nie najlepiej się czuję. Oddech już coraz krótszy i z każdym krokiem bliżej do wiadomo czego. Tym bardziej, uświadamiając sobie kruchość istnienia i skończoność czasu zaczynam dostrzegać, jak bardzo on (CZAS) jest ważny. Sekundy, minuty, godziny … przekładają się na spacer po zamkniętym obwodzie. Meta majaczy przede mną, idę miarowym krokiem, ale nigdy nie jestem pewien, jak szybko dotrę do celu.

Rzucam więc w kąt wszystkie nieistotne zdania i zadania. Te, o których Wołodyjowski rzekł swego czasu „nic to”. Zapominam o terminach, alt+f4 załatwia sprawę brzęczącego terminami kalendarza. Kilka prostych ruchów klawiaturą, parę kliknięć myszką, jeden klawisz off w telefonie i … jest pięknie. Tylko ja, kawa z marcepanem (!! – to nie przypadek) i muzyka.

Myśląc o nowej płycie Marillion mam przed oczami niedawno napisany tekst. A właściwie kluczowe pytanie, które pojawia się dość często czy to w komentarzach sieciowych, czy to w gazetowych publikacjach, czy to w telewizyjnych… - no nie – telewizja nigdy tej muzyki nie zauważała. Ale do rzeczy. Pytanie brzmi: czy rock progresywny umarł? Ano, może, o ile założymy sobie, że w ogóle on kiedyś żył. Po namyśle – nie chce mi się tego problemu roztrząsać. Bo i po co? Po kiego tłuc publicznie temat stary jak świat i jak wszechświat nieopisywalny? Tylko dlatego, by napisać, że najnowsza płyta dajmy na to Marillion jest dobra lub zła? A może czas zastanowić się, czego my od płyty Marillion (zwłaszcza Marillion, choć równie dobrze można tu wstawić każdą inną, lepiej się do tego nadającą nazwę artysty) - oczekujemy. Czy to ma być owa viagra dla duszy? Czy ma nas czarować, w każdym dostępnym momencie w tak niezwykły sposób, jakbyśmy się narodzili na nowo, po raz pierwszy doświadczając pozytywnych przeżyć, zapisywani niczym swoista tabula rasa? Czy to jest ta esencja, która nadaje sens naszemu istnieniu? Tego oczekujemy?

Pojawiają się tu i ówdzie różne programy. Listy życzeń. Manifesty. Czytamy je. Świerzbi nas ręka, by odpowiedzieć lub beztrosko wzruszamy ramionami, znacząco pukając się w czoło. Ot, cała wolność, której nigdy zbyt wiele. Każdy ma prawo napisać swoje zdanie, lepiej lub gorzej je uzasadnić. To i ja skorzystam.

Usiadłem do pisania recenzji najnowszego dzieła Marillion z wypiekami na twarzy. Szukam słów, którymi mógłbym zacząć hymn pochwalny, swoistą  śpiewną procesję chwalącą nieopisywalne z gruntu emocje, jakie we mnie wywołuje ten album. Od czego tu zacząć? Może od wszechobecnego wyciszonego, stęsknionego głosu Hogartha, który śpiewa na tej płycie lepiej niż kiedykolwiek. Dzięki jego głosowi brzmienie Marillion XXI wieku jest dziś absolutnie wyśmienite. Wiem, każdy w tym momencie może kliknąć jeden link tuż obok, zagłębić się w lekturę Somewhere Else, poprzedniego dzieła Brytyjczyków i zarzucić mi niekonsekwencję, brak logiki, ba nawet bezmyślność. Ale to nieprawda. Celowo sam przywołuję swoje zdanie z recenzji poprzedniego CD grupy, aby pokazać, że artyści to też ludzie. Że trzeba motywować ich jak każdego, by dzieła które tworzą faktycznie chwytały za serce. Somewhere Else było fatalne. Przegadane. Źle zaśpiewane i zmiksowane. Happiness Is The Road jest nieporównywalnie inne. Jakby nagrali to zupełnie inni ludzie. A przecież to Marillion. Co zatem wyróżnia Happiness… z grona innych nagrywanych obecnie płyt? Cóż, przyzwyczajony do melodyjnych, dość charakterystycznie brzmiących solówek Rothery’ego odnajduję na tym albumie dźwięki, o które wcześniej zupełnie bym go nie podejrzewał. Nawet w takim bluesowym Born To Run z płyty Radiation jego partia gitary brzmiała tak oczywiście marillionowo, że z zamkniętymi oczami można było powiedzieć, kto gra. A Happiness…? Jest zupełnie, absolutnie inna. Partie gitary są nie-marillionowe. Albo delikatne, lekko zaznaczające swoją obecność, albo wyraziste, ale jednocześnie zagrane za pomocą zupełnie odmiennych dźwięków, do których Rothery nas przyzwyczaił. Kilkuminutowych solówek w ogóle się na tym albumie nie uświadczy, ostatecznie Steve niczego nie musi udowadniać – wystarczy muśnięcie struny i natychmiast robi się magicznie. Jednak chyba największym odzyskanym na płycie jest Mark Kelly. To brzmienie jego syntezatorów buduje taki właśnie nastrój wpasowujący się w myślenie o początku XXI stulecia. Wiem, Kelly nigdy nie miał problemu z syndromem klajw-nolanowym. Jednak na Essence – zwłaszcza na tej części płyty Happiness Is The Road – proporcja orkiestracji do subtelności osiągnęła pułap niedostępny (z niewielkimi wyjątkami na Marbles) na kilkunastu płytach Marillion. I to cieszy. Zespół, bo i Trewavas i Mosley doskonale tworzą solidne fundamenty, jak na dobrą sekcję przystało, prezentuje nam płytę zróżnicowaną, ciekawą, pełną pięknych melodii i momentami kosmicznych dźwięków.

Nie oczekiwałem cudu. Ba, nie liczyłem nawet, że będzie mi się chciało do kilku nagrań z płyty wracać. Zaskoczenie było więc zupełnie. W końcu od poprzedniego albumu minęło tak niewiele czasu, że – trzeba to przyznać – myślałem, iż Happiness Is The Road będzie muzyczną kontynuacją poprzedniego „dziełka”. A to byłoby fatalne rozwiązanie. Jest na szczęście zupełnie inaczej. Obie części Essence  i The Hard Shoulder są na tyle zróżnicowane i ciekawe, że właściwie zaspokajają gusta najbardziej wybrednego słuchacza. Krótko mówiąc - jest pięknie. 

Zacząłem recenzję od opisu swego rodzaju zniechęcenia. Wynikało ono częściowo z braku wiary w odrodzenie zespołu, po części z ogólnej tendencji do skupiania się na coraz to nowych i nowych płytach, pojawiających się tu i ówdzie. Ten pęd mnie przytłaczał. Jeśli w 30 sekund nie spodobało mi się nagranie, jeżeli jedno wysłuchanie longplaya nie wywoływało ochoty na ponowne odsłuchanie jakiegoś fragmentu, pliki lądowały w koszu. A z drugiej strony – jak jeden z naszych szacownych recenzentów i felietonistów zarazem – odnajdywałem emocje w muzyce sprzed lat, która wdzięczy się do mnie z winylowych krążków tuż obok.

Uświadamiam to sobie i czuję się outsiderem. Traktuję muzykę nie jak wypełniacz do wykonywania innych czynności. Ilu z was podchodzi do tego w ten sposób? Delektowanie się dźwiękami tworzonymi przez Artystów to jak jedna z ważniejszych czynności w życiu. Jak łyk świeżego powietrza w górach, jak kieliszek australijskiego Franc Jarvis, kuszącego czekoladowo - śliwkowym wspomnieniem. Happiness Is The Road dokładnie wpasowało się w tę tendencję. To nie jest płyta do słuchania z empetrójek. Nie w pociągu, tramwaju, samochodzie lub na rowerze. Nie nadaje się do sprzątania, koszenia trawników i robienia wszystkiego, poza celebrowaniem muzyki. Wymaga cierpliwości (choć trafia od razu) i skupienia.

Taki jest rock progresywny  XXI wieku. Nic na siłę, spokój, opanowanie, melancholia i wytchnienie w czasach, w których pęd ku przyszłości próbuje nam udowodnić, że będziemy żyć wiecznie. Nie będziemy, a Happiness Is The Road. I ta myśl mi się zdecydowanie podoba.

Przepiękna płyta. Dla mnie album roku. Polecam.

2008-10-23

+ Skomentuj recenzję!

Album w ocenie czytelników : Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
(172 osób)
Twoja ocena albumu:

Kris zrecenzował | Recenzje Marillion

Inni napisali:
 Recenzja Marillion Happiness Is The Road- Van Marillo
Inne albumy zespołu:
Marillion
Live From Loreley
Marillion
Christmas In The Chapel
Marillion
Radiation
Marillion
Somewhere Else
Marillion
Less Is More
Pozostałe recenzje Marillion
Inne recenzje autora:
Abel Ganz
The Dangers of Strangers
Piano Magic
Disaffected
U2
The Joshua Tree 2007 Remastered
Buckley, Jeff
Grace
Gaye, Marvin
What’s Going On
Pozostałe recenzje autora
Ostatnio dodane:
Bigelf
Cheat The Gallows
RPWL
The RPWL Live Experience
Animations
Reset Your Soul
Kings Of Convenience
Declaration Of Dependence
Dave Matthews Band
DMB Live Trax vol. 15
Najczęściej czytani:
Wojciech Kapała
Kris
DDarek
Anorak
Mariusz Danielak
Lorak
Naczelny
Dr Alcibiades
Wojciech "Ajronek" Kozicki
Tarkus
Telperion
exodus
Roman Walczak
Agnieszka "Lothien" Lenczewska
Polshaq
Techmetal
Druid
Gancz
Citizen Cain
Paul Soin
...

Recenzje według lat: 2010 | 2009 | 2008 | 2007 | 2006 | 2005 | 2004 | 2003 | 2002 | 2001 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | Kanon Nowej Progresji