ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 17.07 - Wrocław
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
 

wywiady

13.05.2008

Nie jesteśmy biznesmenami, jesteśmy muzykantami - wywiad z Tomkiem Różyckim - wokalistą i gitarzystą zespołu Believe

Nie jesteśmy biznesmenami, jesteśmy muzykantami - wywiad z Tomkiem Różyckim - wokalistą i gitarzystą zespołu Believe Tomek Różycki jest idealnym rozmówcą. Na każde pytanie odpowiada płynnie i wyczerpująco. Na terenie osiedlowego parku na warszawskim Bemowie, niedaleko Progresji, opowiedział mi nie tylko o nowej płycie zespołu ale także o tym, ile kosztowało grupę nagłośnienie kapeli przez akustyka Fisha...

ArtRock.Pl: Zanim porozmawiamy o najnowszym krążku Believe, chciałbym abyśmy na chwilkę wrócili do tego wszystkiego, co wydarzyło się od momentu ukazania się waszego debiutu. Powiedz mi proszę, jak z perspektywy czasu oceniasz ten album pod względem artystycznym i powiedzmy… „komercyjno – dystrybucyjnym”?

Tomek Różycki: No tak… Zacznijmy może od tej drugiej kwestii: dystrybucyjno – komercyjnej. Nasza koncepcja wydania tego w Szwajcarii nie była najlepsza, gdyż okazało się, że siła przebicia, praca nad tym, marketing i tak dalej, i tak dalej…, nie są absolutnie tym o czym rozmawialiśmy, tym w jaki sposób miało to wyglądać. Trudno. Ważne jest, aby teraz wyciągać z tego wnioski. Wyciągnęliśmy je i to co się wydarzy, w moim przekonaniu, będzie zupełnie czymś innym. Tak bym zamknął tę komercyjną kwestię. Cóż tu dużo mówić - mimo braku poparcia marketingowego, reklamowego, sprzedało się tej płyty kilka tysięcy sztuk, czyli tak naprawdę można byłoby powiedzieć – fajnie i… tyle. Artystycznie? Bardzo ją lubię, chętnie do niej wracam i to jest pewnie taka płyta, która się nie wydarzy, dlatego że był to początek wszystkiego, całego naszego myślenia. Teraz jesteśmy w innym miejscu. Dużo rozmawialiśmy o tym. Po wielu zagranych koncertach nagralibyśmy ją dziś zupełnie inaczej – bez wątpienia, ale chyba każdy muzyk tak ma, że jak minie trochę czasu i jak zagra ją kilkadziesiąt czy kilkaset razy to twierdzi – o jej!!! – to można byłoby zrobić inaczej. Ale czy to znaczy lepiej? Nie wiem. Ja bym to na pewno zrobił zupełnie inaczej. Wtedy też ci, którzy słuchają - oceniliby, czy to jest fajne czy nie. Płytę darzę dużym sentymentem przede wszystkim dlatego, że był to też mój powrót do muzyki po wielu latach.

A: Ważnym momentem w krótkiej jak na razie historii waszej grupy była z pewnością wspólna trasa z Fishem. Jak ją wspominasz?

TR: Tak, to ważna chwila, bo zagraliśmy sporo koncertów promujących tę płytę i nagle padła propozycja, żebyśmy zagrali kilka koncertów z Fishem. To było naprawdę wielkie przeżycie. Powodów tego jest wiele. Pierwszym jest ten, iż Fish jest artystą… i inaczej tego już wyrazić nie potrafię, nie chciałbym tego nazywać innymi słowami. Na pewno dużo się nauczyliśmy grając razem z nim te koncerty. Bardzo fajni ludzie, bardzo normalni… wszystko takie normalne. Okazało się, że można zrobić wiele takich rzeczy, o których na polskim rynku mówi się, że nie można. Takim prostym przykładem jest sprawa naszego nagłośnienia. Muszę o tym powiedzieć, bo gdy za każdym razem o tym myślę, ręce mi opadają. Zawsze było tak: mamy skrzypce, kilka instrumentów i… problem…, że to się nie da, to nie zagra, to nie zabrzmi. No to podszedłem do akustyka Fisha i zapytałem go, czy byłby tak miły i nas nagłośnił – tak niespecjalnie wierząc, że to się może wydarzyć. A on mówi: no pewnie!!! Żubrówka i załatwione!!! (śmiech). No i usiadł za tymi gałkami dwadzieścia minut i nie znając zupełnie zespołu zrobił po prostu to, co trzeba. Czyli można! A to strasznie ważne, bo zespół jakby cudnie nie grał, czego by nie chciał przekazać, to ten człowiek, który siedzi za gałkami, może zrobić wszystko tak jak być powinno… albo wszystko spierdzielić. Co poza tym? Mówi się też, że wszystko jedno co by się nie działo, to zawsze sztuka jest sztuką i na scenie zawsze trzeba robić swoje. Słyszałem to wiele razy, ale zrozumiałem to grając te koncerty z Fishem, widząc jak on to robi. Poczułem te słowa i teraz wiem, co one znaczą, gdyż wcześniej tylko o tym mówiłem, a teraz wiem o co w nich chodzi. Poza tym dla mnie i całego zespołu wielką frajdą było przyjęcie przez słuchaczy. Praktycznie poza Warszawą, w Łodzi, Krakowie, Lublinie ludzie przyszli na Fisha, nie znając Believe. To była wielka frajda, gdyż w każdym z tych miast byliśmy super fajnie przyjęci. Było to ciepłe, normalne, czuło się tę energię. Wszystko było tak, że chciało się grać, żyć, robić coś więcej. Zatem ten Fish był przełomowy w jakiś sposób, przynajmniej dla mnie. Zrobił coś. Coś się złamało i zobaczyłem, że można i… jak można.

A: Po drodze był także koncert w Teatrze Śląskim w Katowicach, gdzie rejestrowaliście materiał na swoje pierwsze DVD. Wiem, że także i to było dla was sporym przeżyciem…

TR: Tak. Dla mnie była to pierwsza tego typu przygoda. Fajną rzeczą było techniczne przygotowywanie tego wszystkiego, to jak sprawnie było to zrobione przez Metal Mind. Ciach, ciach, ciach i… już. Wszystko się zgadzało. No, ale gdzieś troszkę takiego spięcia i tremy było. Ten teatr, ta publiczność siedząca na tych czerwonych fotelikach i swoista niepewność. Co tutaj za chwilę się wydarzy? Okazało się jednak, że było super, bo prawda jest taka, że to muzyka wygrywa i wiara w to, co się robi. Ważne jest, aby grało się to, co chce się grać i mówiło się w tej muzyce to, co chce się przekazać. To wygrało i dzięki temu koncert był super, mimo że początki rzeczywiście były spięte. Ja nie oglądałem tego DVD i – powiem to jako ciekawostkę - nie obejrzę go (śmiech). Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale nie chcę go oglądać. Słuchałem natomiast tego materiału. Zrobiliśmy takie założenie po nagraniu wszystkiego, że zostawiamy tak jak jest. Poza skuchami, które się wydarzyły typu: zagraliśmy pierwszy numer „Liar” i okazało się, że pan sprzątający wypiął nam bas z kontaktu, bas więc nie grał i trzeba było tę piosenkę powtórzyć, albo gdzieś tam ktoś wyciszył mikrofon i coś nie było dośpiewane. Naprawiliśmy zatem tylko błędy, resztę zostawiliśmy dokładnie taką jaka była, gdyż stwierdziliśmy, że koncert to jest koncert. Nie sztuką jest usiąść za gałkami i zagrać jeszcze raz. Nagrać, podłożyć dźwięk i będzie git. Słucham tego od czasu do czasu i podoba mi się ten występ. Jest tam siła, energia, fajna przygoda i przede wszystkim reakcje ludzi. Cóż jeszcze? No…, poznanie SBB. To też wielkie przeżycie. Wiadomo – historia naszej muzyki. I tu także pojawiła taka normalność ze strony zespołu. Uśmiech, trema przed występem. Wszystko takie same. Tak. To był fajny czas.

A: Zapytam zatem troszeczkę prowokacyjnie. Czy aby nie za wcześnie zdecydowaliście się na nagranie tej płytki wizyjnej? Z bagażem tylko jednego albumu…

TR: To wszystko zostało zawarte w kontrakcie podpisanym z Metal Mind, który mówił, iż nagramy DVD. Tak naprawdę wtedy nie było jeszcze koncepcji kiedy i jak zostanie ono wydane, materiał natomiast miał być nagrany. Tyle. To jest cała opowieść. Podpisaliśmy umowę z Metal Mind na produkcję kolejnych trzech płyt, to tak trzeba było zrobić i… tak zrobiliśmy.

A: Upowszechniliście też pewną tradycję nagrywania i dawania w prezencie fanom świątecznych piosenek. Skąd ten pomysł?

TR: To wszystko tak naprawdę to sprawa Mirka Gila. Pierwsza świąteczna piosenka, którą daliśmy w prezencie - bo to na takiej zasadzie faktycznie było – ukazała się w 2006. Później Mirek powiedział: napisałem jeszcze jakiś utwór i… może zróbmy z tego pewną tradycję. Stwierdziliśmy, że to dobry pomysł, bo fajnie jest dawać prezenty i fajnie jest te prezenty otrzymywać. I tak będzie, mam takie przekonanie, gdyż w tym roku też chcemy, aby tak się wydarzyło. Jeszcze nie wiemy co, jeszcze nie wiemy jak… ale koncepcja jest.

A: Skoro mówimy o prezentach. Udostępniliście na swojej stronie internetowej do darmowego ściągnięcia przez jakiś czas debiutancką płytę. Zapytam zatem przy tej okazji, jaki jest twój stosunek do problemu „muzyki w sieci”?

TR: Myślę, że przed Internetem czy siecią nie uciekniemy, bo ona jest i staje się tak naprawdę najważniejszym medium na świecie. Kwestia piractwa jest taka sama jak w przypadku płyt CD. Ktoś tam to robi i sprzedaje za pięć złotych. Udostępnianie muzyki w sieci powinno się moim zdaniem dziać, tylko powinno się za nią płacić. Pewnie nie takie pieniądze, jakie płaci się za krążek CD, gdyż dla mnie to też, delikatnie mówiąc, jest łobuzerka. Po drodze jest mnóstwo pośredników i tyle koncepcji, że krążek kosztuje tyle pieniędzy, iż człowiek, który słucha muzyki i chciałby ją mieć w domu, nie jest w stanie jej kupić. Po prostu nie stać go na to, ponieważ płyta kosztuje 40 – 50 złotych. A to dla mnie nie jest normalna cena. Nie „wpitalam” się w rynek, nie myślę o tym, gdyż stosunek do życia w ogóle mi się zmienił. Uważam jednak, że muzyka w sieci powinna być dostępna i powinna kosztować. Ale powinna kosztować normalne pieniądze. Takie, że nikogo to nie zaboli, gdy ściągnie sobie piosenkę czy całą płytę. Piosenka może kosztować… - nie wiem – dwa złote. Tak strzelam w tym momencie, bo to trzeba byłoby teraz usiąść, policzyć i wymyślić, jak to powinno wyglądać. Niemniej, nie można uciekać przed czymś co nieuchronnie następuje. Tak naprawdę Internet stanie się niedługo najważniejszym medium promującym muzykę, bo telewizja strasznie ogłupia. Ja nie mam nic przeciwko muzyce w sieci, byle byłoby to fair i nie stało się złodziejstwem.

A: Mieliście jeszcze jeden ciekawy „skok w bok”. Nagraliście mianowicie w ubiegłym roku utwór do gry komputerowej „Wiedźmin”. W jaki sposób doszło do realizacji tego pomysłu?

TR: To jest ciekawa historia dotycząca magii, wiary i chęci. Kiedyś słyszałem o tym, iż jest taki projekt i coś takiego się będzie działo. Powiedziałem sobie wtedy - fajnie byłoby skomponować coś do tego. Dobrze byłoby, abyśmy się tam pojawili, bo ja bardzo lubię tę książkę. Znam całego „Wiedźmina” Sapkowskiego, swego czasu bardzo mi się to podobało. Widocznie tak chciałem…

A: Czyli to była twoja inspiracja?

TR: Nie, nie… Gdzieś w środku była moja chęć, aby tak się wydarzyło i przypadkiem dostaliśmy maila od naszej przyjaciółki, że poszukują materiałów, które znalazłyby się na płycie albo w grze. Mówię: jak poszukują, to dajmy im się znaleźć. No i daliśmy się znaleźć. Skontaktowałem się z Adamem Skorupą - człowiekiem, który jest odpowiedzialny za tę produkcję. Nagraliśmy ten utwór i wtedy okazało się, że nie pasuje on koncepcyjnie do tego co jest na albumie i znajdzie się tylko w samej grze. Ok. W porządku. Najważniejsze, że będzie – pomyśleliśmy. Ale potem – bo mnie się to jednak strasznie nie podobało, zespołowi zresztą także – okazało się jednak, że coś tam wypadło i dobrze byłoby, aby ten nasz utwór znalazł się na płycie. No i znalazł się. Tak naprawdę bardzo lubię tę kompozycję. To także jest zapewne świetna promocja dla zespołu, gdyż produkcja jest potężna, marketing ogromny. Było to już trochę dawno. Szczerze mówiąc, zapomniałem już o tym i przypomniałeś mi teraz ten utwór…, ale lubię go.

A: Przejdźmy do najnowszej płyty. Powiedz mi, czy nie bałeś się tego krążka? Czy nie „świdrowało” gdzieś tam w głowie zjawisko „syndromu drugiej płyty” po sukcesie artystycznym, jakim niewątpliwie był album „Hope To See Another Day”?

TR: Nie. Ja się po prostu z natury nie boję. Byłem ciekawy, gdyż właściwie w życiu nas wszystkich wydarzyło się wiele różnych rzeczy. Byłem ciekawy, co tak naprawdę na tej płycie się znajdzie, gdyż do końca nie było to wiadome. Pojawiały się różne pomysły, podejścia jedno, drugie, trzecie…, udane, nieudane. Wyciągaliśmy piosenki. Ta pasuje, a tamta nie… No i tak to wszystko trwało, trwało, trwało…

A: …przepraszam, że przerywam twój wywód, gdyż „kradniesz” mi następne pytanie. Wynika zatem z tego co mówisz, że ten album nie powstawał w ściśle określonym czasie, tylko rodził się w trakcie…

TR: Tak. Dopiero rozmowy z Metal Mind spowodowały przyspieszenie całej pracy nad wszystkim. My chcieliśmy nagrać tę płytę, tylko nigdzie się nie spieszyć. Poza tym nie wiedzieliśmy gdzie, z kim i jak. Do końca także nie było wiadomo co! Te piosenki powstawały powolutku dzięki przeżyciom, wydarzeniom, dzięki wszystkiemu co się w życiu dzieje. Była też dość długa przerwa w naszym graniu, bo urodziły mi się dzieci – dwie bliźniaczki. Przez pół roku właściwie zniknąłem dla świata, bo w takiej sytuacji inaczej nie można. I to sobie tak powolutku trwało. W pewnym momencie trzeba było jednak przyspieszyć, gdyż okazało się, że Metal Mind chce wydać płytę. Podpisaliśmy godziwą, normalną umowę i okazało się, że to wszystko może normalnie zafunkcjonować. Ale żeby było śmieszniej – w momencie nagrywania wokali zachorowałem na dwa tygodnie. Wcześniej jakieś perturbacje mieli inni członkowie zespołu. Wreszcie ta płyta powstała i jest… zupełnie inna.

A: A czy wcześniej był jakiś pomysł na tę płytę? Czy mieliście jakieś założenia?

TR: Nie. Myślę, że powiem tu za cały zespół. Istnieje takie hasło „koncept albumu”. Przyznam się szczerze, że ja go nie rozumiem. Ja nie do końca wiem, o co w tym chodzi. Jak pisze się piosenkę i gra się ją, to jest to „TA” piosenka. Za bardzo nie potrafię wymyślać „piosenki pod piosenkę”, tak aby razem tworzyły złożoną całość. Tu każda piosenka jest o czymś innym tak naprawdę, a czy płyta w całości sprawia frajdę, to jest według mnie zupełnie inna bajka. To także jest kwestia ułożenia kolejności utworów. Również tego, które się wybierze spośród już skomponowanych. Tak na to patrzę, bo to pytanie o „koncept album” zawsze wywołuje we mnie jakiś zgrzyt.

A: To zapytam nieco przekornie. Pierwszy album był nadzieją na kolejny dzień, na tym przyjaciela widzicie we wczorajszym dniu. To tylko gra słów, czy jednak coś pod tym się kryje?

TR: Wiesz co, to jest tak. Koncepcja i myślenie są cały czas takie same. Wiara, nadzieja, rzeczy ważne. „Yesterday Is a Friend”? Pewnie, że jest! Jak nie ma wczoraj, to nie ma dzisiaj i nie ma jutra. Dla mnie jest to jakąś kontynuacją. Przez pryzmat głowy, myślenia o tych ważnych rzeczach. Jak to się nazwie? To na pewno też jest ważne dla odbiorcy, ale ta płyta traktuje o tym samym. O sprawach, które są dla nas istotne. Tam też jest mnóstwo nadziei. Zresztą… czy ja się już trochę nie zapętliłem… (śmiech).

A: Skoro mowa o przesłaniu kompozycji. Jeden z utworów – „Tumor” - podejmuje tematykę choroby nowotworowej. Skąd pomysł na podjęcie tak trudnego tematu?

TR: To wyszło w rozmowie z Robertem Sieradzkim, który napisał większość tekstów na tę płytę. To też związane jest z nadzieją. W moim…, w naszym przekonaniu to ona jest najważniejsza. Wiara i nadzieja. Życie toczy się, jak się toczy. Zdarzają się po drodze różne rzeczy – słabsze, lepsze, ale jak nie ma w środku siły, nie ma nadziei i nie ma wiary w to, że wszystko będzie ok – to może być źle. To w naszych głowach układa się to, co będzie wokół nas. Tak naprawdę wszystko zależy od nas, a nie my od wszystkiego. Mówię teraz wyłącznie za siebie – nie możemy mieć w sobie strachu, gdyż jak mamy w sobie strach, to jesteśmy przegrani. To stąd jest ta piosenka. Mimo, że traktuje o sprawie trudnej, w swej wymowie jest optymistyczna. Tak ją śpiewam i tak ją rozumiem. Dzieje się tak, jak się dzieje. Ale miłość i wiara w tym pomagają. Trudny temat? Jak najbardziej, ale taki codzienny. Bardzo związany z siłą naszych głów i naszych serc.

A: Przejdźmy do muzyki z tego krążka. Już wspominałeś, że ta płyta jest inna. Mógłbyś wyszczególnić te elementy, które różnią ją od debiutanckiego krążka.

TR: Dla mnie ta płyta jest spokojniejsza, bardziej delikatna. Jest na niej inne brzmienie. Odeszliśmy od takiej pełni wszystkiego. Odeszliśmy od mocarności na rzecz wyciągnięcia takich smaczków i niuansów. Jest na pewno więcej skrzypiec…

A: … no właśnie - o to też chciałem zapytać. Sporo było dyskusji na temat ich roli. Jedni uważali, że jest ich w sam raz, inni narzekali, że za mało.

TR: No tak. Tym razem jest więcej skrzypiec, dlatego, że jak już wszystko się ustabilizowało i wiedzieliśmy, że Satomi będzie grała z nami, jakimś grzechem byłoby straszliwym nie pokazać i nie wyciągnąć tego wszystkiego na wierzch. Satomi jest według mnie świetnym muzykiem, takim czującym. Na pewno jest jej więcej, choć dla mnie jest jej tyle ile trzeba. I to jest chyba ta różnica.

A: Czy masz jakieś ukochane kompozycje na tym albumie, z którymi czujesz się być może jakoś emocjonalnie związany?

TR: Tak. To jest piosenka „You & Me”, którą napisałem razem z Mirkiem, z pomocą Roberta Sieradzkiego dla swoich dzieci. Tak wtedy myślałem, jak to wszystko się działo. Potem stwierdziłem, że - choć zaśpiewałem ją dla nich – jest to piosenka o miłości. Bardzo ją lubię. Podobnie jak kompozycję „What They Want”. To są chyba takie moje dwa ulubione utwory, jeżeli w ogóle w taki sposób powinienem powiedzieć.

A: Na koniec chciałbym zapytać ciebie o wasze najbliższe plany. Płyta jest i co dalej?

TR: No tak, płyta jest i co dalej? No…, dalej trzeba grać. W moim przekonaniu, płytę nagrywa się po to, aby coś utrwalić, albo od czegoś zacząć. W naszym przypadku od czegoś zaczynamy. Nagrywamy materiał i potem gramy go na koncertach….

A: … przepraszam, że „wpadam” w słowo i przerywam ci myśl, ale być może nieprecyzyjnie się wyraziłem. Chciałbym zatem niejako dopytać o to, czy chcielibyście coś zmienić w promocji „Yesterday Is A Friend”, gdyż pojawiły się takie głosy, że na przykład koncertów było za mało…

TR: Wiesz, to jest tak. My jesteśmy zespołem. Można nas nazwać muzykami, muzykantami, artystami i jeszcze jak ktoś sobie tam życzy. Nie jesteśmy jednak menadżerami i biznesmenami. To, jak my możemy sobie to wyobrazić - to jest jedno. Jak zrobi to ktoś, kto jest producentem tego wszystkiego – to jest drugie. Chwile przed nagraniem płyty pokazały nam, że Metal Mind myśli w taki sposób, jaki nam się podoba, bo chociażby trasa z Fishem – to Metal Mind, SBB – to Metal Mind, DVD – także Metal Mind. Stąd mamy nadzieję, że biorąc pod uwagę fakt iż jest to coraz bardziej licząca się firma na naszym rynku, wszystko się uda i będzie wyglądało inaczej – i tego na pewno wszyscy byśmy sobie życzyli. No bo po co pisze się to wszystko? Po to żeby grać! Im więcej ludzi to usłyszy, im więcej razy to zagramy, tym zagramy to lepiej, inaczej i być może wydarzy się coś, co będzie zaczątkiem następnego.

A: Dziękuję serdecznie za rozmowę.

 
[rozmawiał Mariusz Danielak]
fot. Krzysztof Adamowicz
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.