ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Ulver ─ Blood Inside w serwisie ArtRock.pl

Ulver — Blood Inside

 
wydawnictwo: Jester Records 2005
 
1. Dressed In Black [7:06]; 2. For The Love Of God [4:11]; 3. Christmas [6:15]; 4. Blinded By Blood [6:22]; 5. It Is Not Sound [4:31]; 6. The Truth [4:01]; 7. In The Red [3:30]; 8. Your Call [6:07]; 9. Operator [3:36]
 
Całkowity czas: 45:39
skład:
Kristoffer G. Rygg (aka Garm) - vocals; Jørn H. Sværen – drums; Tore Ylwizaker – programming; + Bosse - guitar (2); Czral - drums (9); Jeff Gauthier - violin (8); Havard Jorgensen (aka Haavard) - guitar (1, 2 & 8); Mike Keneally - guitar (3 & 9); Andreas Mjos - vibraphone (4 & 7); Maja S.K. Ratkje - choir (8); Knut Aalefjaer - drums, percussion (2, 3, & 9)
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 3
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 4
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 4
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 10
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 16
Arcydzieło.
› 147

Łącznie 185, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8++ Arcydzieło.
03.05.2007
(Gość)

Ulver — Blood Inside

Przytrafiło się dwa lata temu. Dwa lata! Wątpliwości minęły niemal zupełnie. Wcześniej można było zrzucać winę na chwilowe zauroczenie, przelotną miłostkę, chorobę, która cichaczem wycofa się za sto następnych przesłuchanych krążków. I nic – nie odpuściła, trzyma się i ma dobrze, ba – postępuje! Podporządkowuje sobie organizm na równi z nieznośnym bakcylem darksidus themoonum czy jednako zabójczym inthecourtis crimsonis rex. Wydarzyła się rzecz niesłychana – płyta z XXI wieku wstrząsnęła mną niczym pradawne arcydzieła artrockowych tuzów albo wizjonerski ciężki metal spod znaku Celtic Frost, rodem z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia. Płyta z XXI wieku nie tylko nominalnie – bynajmniej nie rozprawiam o anachronizmie, który przytrafił się rynkowi 35 lat za późno – a dwudziestopierwszowieczna na wskroś, brzmiąca nowocześnie, przesiąknięta elektroniką.

Nie żebym odrzucał wszystko co powstało po którymś tam roku, albo ze wstrętem patrzył na wszelkie oznaki nowych czasów w muzyce. Zawsze ceniłem sobie wizję, rzeczy świeże, oryginalne, więc wszystko gra – album, wytyczający nowe ścieżki dzisiaj, powinien robić większe wrażenie niż ten, który wytyczył je przed ćwierćwieczem. Poza tym to jest moja epoka, moje stulecie – najprawdopodobniej ze trzy i pół razy bliżej mi do swego początku niż końca, a nie będę przecież cały czas wspominać dzieł, które powstały na długo przed moimi narodzinami. Mimo to zazwyczaj czułem, że żyję w czasach dla muzyki fatalnych. W czasach, w których poziom przeciętnej produkcji spadł na samo dno Rowu Mariańskiego i nie może wygrzebać się z mułu. Byłem – i nadal w dużej mierze jestem – jednym z tych młodych szaleńców, którzy nieprzerwanie żałują, że nie urodzili się parę ładnych chwil wcześniej w Wielkiej Brytanii i nie mogli śledzić na bieżąco poczynań Pink Floyd, King Crimson, Black Sabbath czy Steamhammer, albo chociaż pamiętać czasów, w których Marillion pisało się jeszcze przez duże „M”.

W takim będąc stanie, zachorowałem.

Wirusa, jak to zwykle bywa, wyhodował genialny szaleniec, Kristoffer Rygg, znany także jako Trickster G. lub po prostu Garm. Niezrównoważony facet, który pod szyldem swojego sztandarowego projektu – Ulver – zadebiutował kilkanaście lat temu blackmetalowym Bergatt, by już w rok później zaatakować Bogu ducha winnych fanów całkowicie akustycznym krążkiem Kveldssanger. Wtedy to wytwórnia Head Not Found, wychodząc z założenia, że z wariatem nie należy mieć nic wspólnego, pozbyła się go ze swoich szeregów. Garm jednak znalazł nową ofiarę, Century Media, i tam nagrał trzecią pozycję, będącą powrotem do surowej, metalowej sieczki. Skończyło to się wyrzuceniem z kolejnej stajni i założeniem własnej firmy – Jester Records. Historia zespołu zaczęła się od początku. Najpierw Rygg ubrał w dźwięki poemat innego, żyjącego dwa wieki wcześniej, obłąkańca i wizjonera. Światu objawił się podwójny album Themes from William Blake's The Marriage of Heaven and Hell i wymknął się wszelkim klasyfikacjom. Nadal metalowy, acz lżejszy, awangardowy i elektroniczny, czasem wręcz trip-hopowy. Za mikrofonem znaczącą rolę odgrywała kobieta. Dwa lata później krok dalej – Perdition City – rzecz bardziej stonowana, ambientowa, byli i tacy, co wrzucili ją do szufladki z napisem jazz. I przerwa. Długa, pięcioletnia, wypełniona wprawdzie licznymi epkami, muzyką do filmów, ale bez pełnego albumu. Do czasu Blood Inside.

***

Nie oczekujcie muzyki metalowej, choć gitar jest więcej niż można się spodziewać, a i bywa ciężko jak diabli. Nie oczekujcie zmartwychwstania art rocka, choć cytat z Bachowskiej Toccaty i fugi d-moll brzmi, jakby wykonywał go Keith Emerson. Najlepiej niczego nie oczekujcie. Nie jest powiedziane, że się zarazicie – wielu chwyta za gardło dopiero po kilkunastu próbach, jeszcze inni w ogóle na choróbsko podatni nie są. Ale gdy już zapadniecie... Po każdym przesłuchaniu pozostaną nowe ślady, zawsze inne. Strupy, które będziecie wciąż rozdrapywać – wracać do Blood Inside, gdy nadarzy się okazja. Chociaż czasem boli.

Skrzypce, wibrafon, jazz, muzyka filmowa, kabaret, Dead Can Dance, Bach, doom metal, nawiedzone wokalizy Garma, szaleńcze galopady, King Crimson, William Blake, melancholia, niepokój, chaos, CZEMU NIKT NIE ODBIERZE TEGO CHOLERNEGO TELEFONU? Melodia, strzały w oddali, strzały w pobliżu, Elend, awangarda, apokalipsa, absurd... I wiele innych. Niekoniecznie w tej kolejności. Wrzucone przez Rygga na jedną patelnię, obtoczone i przesiąknięte elektronicznym, industrialnym sosem firmy Coil z dodatkiem jakiegoś niezmiernie psychodelicznego narkotyku. Aż strach jeść. Bynajmniej jednak nie następny miszmasz wpisujący się w jakże popularny ostatnimi czasy nurt mieszania dla samego mieszania, a spójna, nierozdzielna całość, której poszczególne składniki podawane osobno tracą sporo ze swojego smaku. Którą trzeba się powoli, w skupieniu delektować. A przede wszystkim album Ulver. Ten głos, ten niemożliwy do podrobienia klimat, który jednych odrzuca, jednych przyciąga, tak charakterystyczny, że nie można mieć do niego stosunku obojętnego. Przy tym perfekcyjne, czyste (gdy trzeba) i mocarne brzmienie.

Grupa z mroźnej północy udowodniła, że w chwili, gdy ogólnie przyjęto teorię, iż w muzyce rozrywkowej zostało już wszystko powiedziane, nagrane i skopiowane przez milion naśladowców, można stworzyć świeży, nowatorski i, mimo setek inspiracji, nieskażony wtórnością album rockowy. Rockowy? Oczywiście, że tak, przecież Ulver to nie żaden bluegrass, Ulver to rock. Progresywny - nie z nazwy, a faktycznie. Naturalnie kontrowersyjny - gdzie widzę wzmiankę, tam całe spektrum ocen, 1/100, 11/10, absolut, żenada, a gdzieś po środku: album przeciętny. Tego jednego pojąć nie mogę. Rozumiem recenzentów mieszających Blood Inside z błotem, że bełkot, że o co w tym chodzi, że słuchać się nie da. Ale żeby przeciętny? Może jeszcze za wcześnie. Może dlatego właśnie Garm puszcza do nas oko w It Is Not Sound, śpiewając:

No one will understand
What it is all about

Może.

Obiecuję już nigdy nie płakać, że nie pamiętam Hendrixa podpalającego gitarę.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.