ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Rush ─ Vapor Trails w serwisie ArtRock.pl

Rush — Vapor Trails

 
wydawnictwo: Atlantic 2002
 
1.One Little Victory-5:09
2.Peaceable Kingdom-5:28
3.Ghost Rider-5:41
4.Ceiling Unlimited-5:23
5.The Stars Look Down-4:28
6.How It Is-4:05
7.Vapor Trail-4:57
8.Out Of The Cradle-6:34
9.Earthshine-5:38
10.Sweet Miracle-3:40
11.Nocturne-4:49
12.Freeze (Part IV of 'Fear')-6:21
13.Secret Touch-5:03
 
Całkowity czas: 67:16
skład:
Geddy Lee - voc,bass / Alex Lifeson - git / Neil Peart - dr
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,2
Album słaby, nie broni się jako całość.
,7
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,5
Album jakich wiele, poprawny.
,4
Niezła płyta, można posłuchać.
,11
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,9
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,16
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,7
Arcydzieło.
,10

Łącznie 72, ocena: Dobry, zasługujący na uwagę album.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
06.06.2002
(Recenzent)

Rush — Vapor Trails

Sześć lat. Na sześć dłuuugich lat Rushowej abstynencji skazali kanadyjscy giganci swoich wiernych fanów, bo doprawdy przy tym legendarnym zespole pozostali chyba tylko najwierniejsi. Na szczęście powodem milczenia nie był brak weny czy też nie daj Boże wypalenie się muzyków. Alex i Geddy skupili się na karierze solowej natomiast Neil porzucił perkusję w wyniku fatalnej tragedii rodzinnej. Tak naprawdę dopiero moment, w którym Peart zdołał się otrząsnąć zadecydował o wskrzeszeniu niesamowitego zjawiska jakim niewątpliwie jest RUSH.

Jak zapewne wszyscy wiedzą (lub prawie wszyscy, gdyż spotkałem się z osobami, które nie miały pojęcia, że przed „Roll the Bones” była jakakolwiek płyta – LOL!!!) twórczość kanadyjskiego tria dzieli się na trzy okresy idealnie wpasowujące się w określone dekady. Mamy zatem Rush lat siedemdziesiątych wytyczający nowe drogi progresywnego hard rocka (ba, może i nawet pra-progmetalu!!!). Jest Rush lat osiemdziesiątych, w których album „Signals” zapoczątkował muzykę ociekającą keyboardową elektroniką. Odnajdujemy również Rush lat dziewięćdziesiątych o obliczu gitarowego, melodyjnego hard rocka z utworami śmiało sięgającymi list przebojów.... Wydawać by się mogło, iż Rush A.D.2002 zaproponuje kolejną zaskakującą odsłonę swojej twórczości ale czy tak się stało....?

Pierwsze przesłuchanie zawartości krążka „Vapor Trails” sprawia wrażenie nowej jakości. Nie da się ukryć, iż zespół brzmi zaskakująco świeżo i energicznie ale po dokładniejszym zapoznaniu się z tym materiałem odkrywamy, iż tak naprawdę wszystko już było. Płyta ta jest jakby przedłużeniem okresu lat dziewięćdziesiątych. Na szczęście muzycy dokonali wspaniałej ekstrakcji tego co najlepsze na albumach „Roll the Bones”, „Counterparts” i „Test for Echo”. Wyraźnie słyszalne są także echa niedawnego solowego wydawnictwa Lee. Nic dziwnego. W końcu Geddy przystąpił do nagrywania „Vapor Trails” tuż po ukończeniu „My favorite headache”. Na dodatek wszystko okraszone jest olbrzymim sercem i pasją dorównującą muzycznym gołowąsom.

Płytę „Vapor Trails” otwiera singlowy hicior „One Little Victory”. Właściwie utwór ten jest zwiastunem tego co nastąpi dalej na płycie – ostra perkusja, ciężkie gitary oraz bas pulsujący w ten niepowtarzalny Rushowy sposób. Geddy Lee jak zwykle w wyśmienitej formie. Musze przyznać, że Geddy jest wokalistą, którego czas się kompletnie nie ima (oczywiście mam na myśli struny głosowe:-). Doskonale znamy dinozaurów rocka, których powiedzmy życiowo-rozrywkowe doświadczenia pozostawiły trwałe i nieodwracalne piętno na sposobie śpiewania. Ten stereotyp kompletnie nie pasuje do pana Lee. Brzmi on jak za starych dobrych czasów robiąc z wokalem co chce. Oj, dużo by się mogło od niego nauczyć (szczególnie w wersji live) stado współczesnych znanych wokalistów ze szczególnym naciskiem na pewnego pana śpiewającego w zespole, którego „nazwa rymuje się ze ‘sweter’” (cytat zaczerpnięty z forum Caladana:-) “One Little Victory” jest kamyczkiem uruchamiającym całą lawinę znakomitych utworów opartych w zasadzie na jednakowym schemacie: chwytliwa melodia + kontrast wyciszeń i ostrego przyłożenia. Dziwię się tylko, że na singiel trafił własnie utwór pierwszy podczas gdy kawałek “Ghost Rider” jest dużo bardziej przebojowy i przy odpowiedniej medialnej promocji może zawojować niejedną rozgłośnię radiową. Oczywiście z tą schematycznością odrobinkę przesadziłem bo tu i ówdzie pojawiają się niezłe i zaskakujące patenty - chociażby łamańce w utworach “Peaceble Kingdom”,“Secret Touch” oraz “Freeze”. Osobiście uważam, że album osiąga swoje apogeum własnie “na wysokości” kawałków 7,8 i 9. Znakomite kompozycje, w których Rush wyraźnie przeżywa swoją kolejną młodość. Mniej podobają mi się “The Stars Look Down” i “How It Is”. Bije z nich wszechobecna na solowej płycie Geddyego “balladowa harcerskość”. W tym momencie przepraszam tych wszystkich, którzy uważają inaczej. Ja przynajmniej tak to odbieram.

Jak już marudzę to......pomarudzę jeszcze troszeczkę:-) Chodzi o brzmienie płyty “Vapor Trails”. Ma się wrażenie, że panowie odrobinkę przesadzili z nakładkami wokalno-gitarowymi. Powstaje jakby początkowo trudna do strawienia ściana dźwięku, która spycha Mistrza Pearta na dalszy plan. Neil dwoi się i troi aby się przez nią przebić i niestety rzadko się to jemu udaje. Gdzie ta imponująca selektywność Rush jaką znamy chociażby z kultowego “2112” ?.......Eeech. Generalnie feler ten ustępuje gdy nasze uszy po n-tym przesłuchaniu przyzwyczają się do tego sposobu prezentacji.

Cóż......”Vapor Trails” jest bardzo dobrą płytą i chyba jedną z lepszych (jeśli nie nalepszą) płyt ostatniego piętnastolecia twórczości zespołu. Jednak jako zadeklarowany fan Rush lat siedemdziesiątych wciąż z nadzieją wypatruję albumu, na którym pojawiłaby się chociaż jedna, dłuższa i bardziej ambitna forma muzyczna. Mimo, iż na usta cisną się słowa “to se ne wrati pane Havranek” jestem przekonany, że panów Lee, Lifesona i Pearta stać na coś takiego. Inna rzecz czy oni tego chcą................

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.