ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Godspeed You! Black Emperor ─ Yanqui U.X.O. w serwisie ArtRock.pl

Godspeed You! Black Emperor — Yanqui U.X.O.

 
wydawnictwo: Constellation 2002
 
1&2. 09-15-00 [22:43]
3. Rockets Fall on Rocket Falls [20:42]
4&5. Motherfucker=Redeemer [31:32]
 
Całkowity czas: 75:00
skład:
Aidan / Bruce / David / Efrim / Mauro / Norsola / Roger / Sophie / Thierry - instrumentarium nie podano
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 1
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 7
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 7
Arcydzieło.
› 13

Łącznie 32, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: * Bez oceny
25.01.2003
(Gość)

Godspeed You! Black Emperor — Yanqui U.X.O.

Już sama nazwa Godspeed You Black Emperor! wywołuje lekkie drżenie gdzieś tak w okolicach miejsca gdzie rdzeń kręgowy łączy się z kręgosłupem. Ci którzy znają ten osobliwy zespół (a wśród nich wielu czytelników Caladan’a) wiedzą że uczucia jakie wywołuje ta jak najbardziej fatalistyczna i smutna nazwa to nic w porównaniu do samej muzyki.

Ale po kolei. Po pierwsze Godspeed You Black Emperor! pochodzi z Kanady (głównie z francuskojęzycznego Montrealu), po drugie tajemnicą jest aktualny skład zespołu – wiadomo tylko że tworzy go około 8 osób (+ liczni goście), których dokładniejsze dane osobowe nie figurują na żadnych stronach internetowych a nawet na – zawsze niezwykłych – wkładkach. Po trzecie zespół wydał już trzy długogrające płyty i jedną Epke, nic nie mówiąc o projektach pobocznych, których mnogość przerasta moją percepcje (miedzy innymi: A Silver Mt. Zion, Exhaust Fly Pan Am, 1-Speed Bike, Set Fire To Flames, Molasses, Shalabi Effect itd.).

Opisywana przeze mnie płyta to ostanie jak dotąd dokonanie GYBE! (lub bardziej właściwie GY!BE). Podchodziłem do niego z wielką ostrożnością, a moment wkładania krążka do odtwarzacza należał do jednego z najbardziej stresujących 2002 roku. Dlaczego? Znów użyje trywialnego - „po kolei”.
Godspeed You Black Emperor! przez szerokie grono krytyków muzycznych najczęściej zaliczany jest do tak zwanego Post-rocka. Obok GYBE! Post-rock to także takie zespoły jak Tortoise, The For Carnation, Sigur Ros, Labraford, Fridge, Mogwai czy nawet ostatnie dokonania Radiohead. Czym dokładnie jest post-rock? Nie mi o tym pisać, tym bardziej że w tej chwili jest to pojęcie dosyć martwe, a nawet za swojego dosyć krótkiego życia różne jego interpretacje wzbudzały wiele kontrowersji. Nie gmatwając niczego Wam, a także sobie, podam po prostu co moim zdaniem łączy prawie wszystkie zespoły wrzucone do tej szuflady.
Po pierwsze – nietypowe wykorzystanie instrumentarium – głównie w dziedzinie skal, harmonii, artykulacji (w „post-rocku” nie usłyszymy ani ogranych riffów ani stereotypowych solówek) a także samych instrumentów – począwszy od klasycznej rockowej trójcy (gitara, bas i perkusja) przez stare syntezatory i klawisze takie jak Moogi czy Mellotrony, do instrumentów klasycznych – różnego rodzaju smyki, wibrafony, dęciaki, harpsichordy itd.. Post-rockowcy nie stronią też od elektroniki i niekonwencjonalnych technik produkcyjnych. Dzięki temu wszystkiemu dzieła post-rockowe są niezwykle przestrzenne – bardzo często też, wręcz oniryczne.
Drugim niezwykle rzucającym się w ucho aspektem tego gatunku jest wszechobecna repetycja. Artyści tego kręgu potrafią bez końca grać jeden motyw modulując go we wręcz niezauważalny sposób. Technika ta została niejako przejęta od kraut rock’a – w szczególności od zespołu który wywarł ogromny wpływ na po-rockowców – Can.

Istotą muzyki GYBE! także jest repetycja. Zespół specjalizuje się najlepiej w tak zwanych instrumentalnych, orkiestrowych kreszendach. Grupa traktuje swoje kompozycje bardzo luźno – momentami wręcz słychać, że to co znajduję się na płycie jest drugą czy trzecią próbą wspólnego zgrania danych pomysłów. Utwory zaczynają się zazwyczaj od prostego i cichego plumkania – czy to na gitarze, pianinie, klawesynie, glockenspiel’u czy smykach - do którego przez parę do parunastu ładnych minut dochodzą poszczególne instrumenty. Robi się coraz głośniej coraz szybciej, coraz mocniej. W taki właśnie sposób zespół buduje napięcie które rośnie niczym na drożdżach by za chwilkę w najmniej oczekiwanym momencie po prostu ucichnąć zostawiając jeszcze tylko masywny pogłos strun, membran i pieców (koniecznie lampowych).
Dodając do tego apokaliptyczny charakter muzyki, specyficzne „nisko-budżetowe” brzmienie a także prześwietne zaaranżowanie i przemyślenie następujących po sobie motywów GYBE! potrafi doprowadzić słuchacza do istnego szału pomieszanego z ogromnym podnieceniem i żałosnym płaczem. To prawdziwi magicy napięcia – nie mylić z elektrykami.

Właśnie stąd pojawiły się moje obawy dotyczące Yanqui U.X.O.. Dotychczas wszystkie albumy GYBE! oscylowały wokół tego samego jednego zamysłu (przedstawionego powyżej). Do niego dochodziły różnego rodzaju wstawki ambientowo-dronowe, a także liczne sample – najczęściej kawałki wywiadów, wyrwane z kontekstu zdania, recytacje, głosy mówiące przez megafony itd. – które oddzielały poszczególne części instrumentalnych pasaży.
Wszystkie te zabiegi plus do przesady smutna, rozżalona muzyka odgrywały podobny cel. GYBE! to zespół jak najbardziej polityczny (niektórzy nazywają ich nawet specyficznymi terrorystami). Sample traktujące o niesprawiedliwości, końcu świata, religii i wojnie są osobliwym manifestem grupy. Istotną częścią tego manifestu są także niezwykłe okładki – nieodłączne kompanki pomagające wgłębić się w istotę muzyki. Na przykład cover do epki Slow Riot For New Zero Kanada przedstawia hebrajski napis, który w wolnym tłumaczeniu na polski znaczy „chaos”, po drugiej zaś stronie mamy schemat przygotowania koktajlu mołotowa.

Obawiałem się że Yanqui U.X.O. będzie następnym krokiem w kierunku zjadania własnego ogona – nie tyle jeśli chodzi o samą muzykę lecz o ciągłe powtarzanie konwencji kreszend, dziwnych sampli i anty-politycznych przekazów.
Zasugerowałem się już samą wkładką. Zgodnie z nią „U.X.O. is unexploded ordnance is landmines is cluster bombs. yanqui is post-colonial imperialism is international police state is multinational corporate oligarchy”. Sama okładka zaś przedstawia wyrzucane z bombowców pociski odłamkowe, a po drugiej stronie znajdziemy ciekawy diagram według którego wszystkie największe amerykańskie wytwórnie płytowe zamieszane są w produkcje broni masowego rażenia.

Kiedy minęła ów stresująca chwila wkładania płyty do odtwarzacza, byłem niemało zaskoczony. O ile konwencja kreszend pozostała taka sama, tak zrezygnowano zupełnie z sampli i ambientowych kombinacji na rzecz czystej, nieprzerwanej muzyki. Porównując te dźwięki do poprzednich propozycji GYBE! dochodzę do wniosku że jest to najbardziej dojrzały album. Motywy są wielowątkowe, aranżacje wręcz orkiestrowe – rozpisane na całą masę instrumentów. Muzycy robią co w ich mocy aby zaskoczyć słuchacza albo dowalić mu prosto w twarz nagle kończąc podjęty temat. Budowanie napięcia zostało opanowane do niebezpiecznej perfekcji.
Po tą płytę mogą sięgnąć z powodzeniem Ci, którym nie obce są dźwięki King Crimson z okresu Islands (chodzi głównie o specyficzne brzmienie jak i symfoniczne instrumentarium) czy Univers Zero z płytki Heresie – kameralistyki rockowej w cmentarnym wydaniu.
Spośród tylko trzech monstrualnych utworów znajdujących się na Yanqui U.X.O. zdecydowanie najbardziej podoba mi się ostatni – Motherfucker=redeemer. Pierwsze 10 minut tego monolitu należą chyba do najbardziej emocjonalnych w całej historii GYBE!. Rozpoczęty plumkaniem temat za chwilkę przeradza się w fascynujący i zapłakany gitarowo-basowy riff do którego dochodzi zaraz nabijany rytm perkusji... – dalej nie ma sensu pisać – to po prostu coś przecudnego.

Płycie Yanqui U.X.O. stawiam siódemkę. Mimo swoistej przewidywalności i wyraźnego regresu w konwencji grania, zespołowi udało się naszkicować doprawdy przejmujący rysunek czarnym węglem, który zachwycając jednocześnie przygnębia i nie pozwala odwrócić od siebie otępiałego wzroku.

PS1. Zespół ostatnio nieznacznie zmienił nazwę z Godspeed You Black Emperor! Na Godspeed You! Black Empror – chodzi głównie o akcent i wymowe.
PS2. Jeden tekst z wkładki po prostu mnie rozbawił: „Though Godspeed is guilty of profiting from hateful chain-store sales, we encourage you to avaiod giving money to predatory retailers and superstores.”
 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.