ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Wilson, Steven ─ Grace For Drowning w serwisie ArtRock.pl

Wilson, Steven — Grace For Drowning

 
wydawnictwo: Kscope 2011
dystrybucja: Rock Serwis
 
CD1:
1. Grace For Drowning (2.05)
2. Sectarian (7.41)
3. Deform to Form a Star (7.50)
4. No Part of Me (5.45)
5. Postcard (4.28)
6. Raider Prelude (2.23)
7. Remainder the Black Dog (9.26)


CD2:
1. Belle de Jour (2.59)
2. Index (4.48)
3. Track One (4.15)
4. Raider II (23.21)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8.00)
 
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,6
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,1
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,2
Album jakich wiele, poprawny.
,4
Niezła płyta, można posłuchać.
,4
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,5
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,17
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,26
Arcydzieło.
,38

Łącznie 103, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
24.10.2011
(Recenzent)

Wilson, Steven — Grace For Drowning

Pogłoski o boskim pochodzeniu "Grace for Drowing" są zdecydowanie przesadzone. Chciał chłopak nagrać "Red", ale zapomniał, że jedno "Red" już jest i że ściga się z absolutem. W takich przypadkach efekt jest dość łatwy do przewidzenia - większa lub mniejsza porażka. Mimo wszystko nie rozpatrywałbym nowej płyty Wilsona w kategorii porażki, bo to jednak całkiem przyjemny album. Jednak jest on obciążony kilkoma  mankamentami, w tym jednym poważnym. To że jest emocjonalnie przymulony,  jakby robiony na antydepresantach, a do tego za długi, bo spokojnie kilka mielizn i dłużyzn można na nim wynaleźć – pikuś, da się nad tym przejść do porządku dziennego. Chodzi mi o całkiem co innego. Mianowicie o to , że  Wilson przestał być sobą. Pracując dla Frippa i miksując na nowo klasyczne albumy King Crimson przesiąkł tą muzyką, a "Grace for Drowing" jest tego efektem. Po tak długim obcowaniu z karmazynową twórczością, powinien sobie zrobić jakiś odwyk - może na przykład miesiąc z ABBĄ, którą też bardzo lubi. Niby jest kilka zespołów, które ze swojej fascynacji King Crimson uczyniły swój znak firmowy, np. Anekdoten, ale zwykle robią  to  bardziej twórczo. Na "Grace for Drowing" w jednym numerze słyszę dosłownie "Bermuda Triangle", w drugim "Starless", a jeszcze innym jakiś następny utwór KC i to już nie jest takie fajne. Akurat Wilson jest wiodącą i wpływową postacią współczesnego prog-rocka, a jego twórczość można uznać za w miarę oryginalną,  a i  jego dopadła choroba, która trapi rock –progresywny  od ponad trzydziestu lat - brak odpowiednich muzycznych wzorców. Ostatnim naprawdę wielkim zespołem progresywnym było UK. Od tego czasu w prog-rocku są praktycznie sami odtwórcy. Skąd to się bierze - to proste. Zapytajmy starych mistrzów o ich fascynacje i wzorce muzyczne - wymienią twórców muzyki klasycznej, jazzmanów, a z rocka Presleya, Bitli, albo Chucka Berry'ego. A ci nowi - najczęściej wymieniają starych mistrzów. W ten sposób to nie da się zrobić nic nowego. To nigdy nie będzie tworzenie czegoś swojego, to zawsze będzie powielanie cudzych pomysłów. Nawet najlepsze płyty Anekdoten nie będą nigdy lepsze od klasycznych dzieł King Crimson. Kopia nigdy nie będzie lepsza od oryginału. Bo "Grace for Drowing" nie jest wzbogaceniem własnej muzyki o elementy stylu dawnego King Crimson, tylko, biorąc pod uwagę kto to zrobił, ordynarną zżynką. Wychodzi na to, że jadę po nowej płycie Wilsona jak walcem drogowym, do tego z górki i na zaciągniętym ręcznym. Mimo wszystko nie chciałbym, żeby tak to wyglądało (chociaż zapewne tak to jednak wygląda), bo mi tutaj w zasadzie wcale nie chodzi o sama muzykę, która w zasadzie jest zupełnie dobra , takie "Raider II" to faktycznie jest mocna rzecz, tu chodzi o „założenia taktyczne” tej płyty.

 Nie dziwię się, że Wilson - słuchacz uległ magii muzyki King Crimson, sam pamiętam jak pierwszy raz słuchałem "Red", czy "Lizarda". Ale dziwię się, że Wilson - twórca uległ, bo nie powinien. Jest zbyt ważną postacią we współczesnym prog-rocku, żeby tak jednoznacznie ulec fascynacji jednym twórcą. Nie po to przez ponad 20 lat budował swój spójny i wcale oryginalny wizerunek artystyczny, żeby teraz tak lekko to odrzucić. Starzy mistrzowie tak nie robili - ELP nie nagrywało płyt "pod" Yes, albo pod Pink Floyd, a nawet ci młodsi, z drugiej fali prog-rocka, którzy debiutowali po 1970 roku też mieli własny pomysł na muzykę i nie kopiowali nieco starszych i czasem dużo bardziej popularnych kolegów - Camel, Kansas, Oldfield, nawet Saga, która debiutowała pod koniec lat 70-tych, każdy z nich grał po swojemu, miał swój niepowtarzalny styl. Właściwie każdy z prog-rockowych wykonawców, którzy zaistnieli na rynku w latach 60-tych i 70-tych, był odrębną osobowością artystyczną i miał swoją własną wizję rocka progresywnego - spokojnie można tu wymienić około trzydziestu takich wykonawców, każdy grał po swojemu - nie oglądając się na "konkurencję". Nie można pomylić Renaissance z Hawkwind, a VDGG z Supertramp. A Wilson sam z własnej nieprzymuszonej woli pokazał sobie miejsce w szyku - w drugim rzędzie, za nimi wszystkimi. Ta płyta to kolejny mocny dowód na słuszność tezy, że współczesny prog ssie i to tak strasznie, że się mało nie udławi, że nie ma nic do powiedzenia, że z tego statku trzeba się ewakuować, bo nawet już nie tonie, tylko rdzewieje na mieliźnie. A co znamienne - tym ostatnim gwoździem do  trumny jest płyta człowieka, który kiedyś był nadzieją na odnowę gatunku. „Grace for Drowing” mimo, że muzycznie jest całkiem, całkiem, ale wizerunkowo to strzał w stopę, to wywieszenie białej flagi – „Okej, jesteście lepsi i my nigdy Wam nie dorównany”. To zakonserwowanie, zabetonowanie  relacji mistrz – uczeń.  To symboliczny koniec prog-rocka jako muzyki, gdzie „progresywny” – znaczy postępowy, rozwojowy. Jasne, że takich płyt prawie nie było już od dziesięcioleci,  takie, które rzeczywiście wnosiły coś do tej muzyki,  można policzyć na palcach jeden ręki i to niezbyt uważnego drwala, a   dramatyczna większość tego, co powstawało było wtórne jak sto pięćdziesiąt,  często gęsto w ogóle niesłuchalne.

No ale tak jednoznacznego przyznania się do własnej bezsilności twórczej i to jeszcze przez wiodącą postać współczesnego rocka progresywnego nie było. Cóż zostaje? Powiedzieć to, co kiedyś Mieczysław Rakowski na ostatnim zjeździe PZPR: „Sztandar wyprowadzić”

 

 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.