ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Can ─ Out Of Reach w serwisie ArtRock.pl

Can — Out Of Reach

 
wydawnictwo: Harvest Records 1978
 
1. Serpentine [04:04]
2. Pauper’s Daughter And I [05:57]
3. November [07:37]
4. Seven Days Awake [05:14]
5. Give Me No Roses [05:21]
6. Like Inobe God [05:50]
7. One More Day [01:38]
 
Całkowity czas: 35:43
skład:
Reebop Kwaku Baah – Vocal, Polymoog Synth, Percussion. Michael Karoli – Guitars, Violin. Irmin Schmidt – Keyboards. Rosko Gee – Bass, Piano, Vocal. Jaki Liebezeit – Drums.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,2
Album jakich wiele, poprawny.
,1
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,0
Arcydzieło.
,0

Łącznie 3, ocena: Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
 
 
Ocena: 4 Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
18.10.2012
(Recenzent)

Can — Out Of Reach

Oficjalny status tej płyty jest cośkolwiek niejasny. Nie, bynajmniej nie jest to żaden bootleg, wydanie nieuzgodnione z zespołem, czy wręcz album wydany wbrew woli muzyków. Sprawa jest nieco bardziej powikłana.

Podczas sesji do płyty „Saw Delight” drogi Czukaya i reszty zespołu zaczęły się coraz bardziej rozbiegać. Bo Holgera coraz bardziej pociągały różne dziwne zabawy z dźwiękiem, wykorzystanie m.in. radia i prymitywnych jeszcze samplerów jako instrumentów, a reszta chciała grać rock. I na wczesnym etapie sesji „Out Of Reach” panowie powiedzieli sobie dość. Album sygnował skład Gee – Karoli – Kwaku Baah – Liebezeit – Schmidt.

Płyta ukazała się jak najbardziej oficjalnie latem 1978. Tymczasem, po pewnym czasie, panowie doszli do wniosku, że nazwą Can można sygnować jedynie projekty stworzone z udziałem całej czwórki Czukay – Karoli – Schmidt – Liebezeit. I „Out Of Reach” znalazła się niejako na marginesie zespołowego dorobku. W sensie: uznajemy ten album, nie jest to ządne wydawnictwo nielegalne itp., ale… w serii kompaktowych remasterów Can dla „Out Of Reach” zabrakło miejsca. Do dziś pozostają albo winyle, albo zgrane na żywca z czarnego krążka nieoficjalne CD.

Inna rzecz, że nie jest to pozycja, dla której warto by się zabijać. Rosko Gee wspominał, że na płycie dominują jego pomysły i melodie – bo reszta nie okazywała zainteresowania komponowaniem, nie angażowali się w sesje, niespecjalnie ich obchodziło, czy w ogóle jakiś album się ukaże. I to na płycie niestety słychać aż za dobrze.

“Serpentine” jeszcze wypada nie najgorzej: rozleniwiona, ciepła aura, plażowe rytmy, całkiem fajne solo gitary… Ot, taki Can w wakacyjnej, roztrenowanej, niezobowiązującej formie „Pauper’s Daughter And I” wypada już oczko gorzej: choć wciąż jest całkiem nieźle, dość banalnie wypadają (w zamierzeniu nowoczesne) partie syntezatora, niby miała to chyba być piosenka, ale melodycznie całość rozłazi się w szwach, brakuje temu dyscypliny. Bardzo fajnie wypada zdecydowanie najlepszy na płycie „November”: gęsty, dynamiczny, jakby santanowski rytm, dużo popisów gitarowych… To jest ten moment, kiedy słychać, że panom jeszcze chce się coś zagrać, jeszcze chce się pograć razem. „Seven Days Awake” to coś o podobnym charakterze, ale już nie tak wciągające, nieco rutynowe, zagrane jakby bez większego zaangażowania. „Give Me No Roses” to z kolei właściwie typowe disco. Co samo w sobie nie musi być niczym złym; jednak w tym przypadku mamy tu disco w takim sobie wydaniu: taneczny rytm jest, ale brakuje melodii, przebojowości, czy – z innej strony – jakiegoś aranżacyjnego elementu zaskoczenia; nawet skrzypcowe ozdobniki Karoliego nie pomagają. A potem jest „Like Inobe God”. Kuriozalna, niezbyt strawna mieszanka disco, calypso, latino i etnicznych wokaliz, dodatkowo miażdżona fatalnymi popisami wokalnymi. Na koniec zaś mamy krótkie solo perkusji wspieranej dość dziwacznymi elektronicznymi dźwiękami.

Mocno przeciętna, nieudana płyta, dokumentująca niegdyś wielki zespół w stanie postępującego rozkładu.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.