ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Harris, Richard ─ A Tramp Shining w serwisie ArtRock.pl

Harris, Richard — A Tramp Shining

 
wydawnictwo: Dunhill 1968
 
1. Prelude – Didn’t We (Webb) [03:17]
2. Paper Chase – Interlude (Webb) [02:46]
3. Name Of My Sorrow – Interlude (Webb) [03:48]
4. Lovers Such As I (Webb) [03:36]
5. In The Final Hours (Webb) [02:45]
6. MacArthur Park (Webb) [07:21]
7. Dancing Girl – Interlude (Webb) [02:25]
8. If You Must Leave My Life (Webb) [03:18]
9. A Tramp Shining (Webb) [02:22]
 
Całkowity czas: 31:53
skład:
Richard Harris – Vocals. Jimmy Webb – Piano, Harpsichord, Arrangements. With the invaluable assistance of: Hal Blaine (drums), Larry Knechtel (keyboards), Mike Deasy (guitar), Joe Osborn (bass guitar), Sid Sharp, Jules Chaikin, Jimmy Horn, Tommy Tedesco (guitar), Armen Steiner and our London engineers, John and Peter.
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 1, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 7 Dobry, zasługujący na uwagę album.
25.10.2012
(Recenzent)

Harris, Richard — A Tramp Shining

Pamiętam jak dziś, gdy w radiu usłyszałem tą wiadomość. I ponury jesienny dzień nagle stał się dużo bardziej ponury. Nie wiem, czy z uwagi na sam news, czy przez to, że wymienianie zasług pewnego pana rozpoczęto od rozwodzenia się nad jego ostatnią ekranową kreacją, podczas gdy pozostałe cztery dekady, bardzo barwne, ciekawe czterdzieści lat załatwiono jednym zdaniem. No cóż…

Richard St. John Harris przyszedł na świat 1 października 1930 w irlandzkim Limerick. W młodości był utalentowanym rugbystą; niestety, kres karierze sportowej położyła gruźlica. Skoro w meczach rugby mógł już uczestniczyć tylko jako kibic – postanowił zostać reżyserem. Niestety w Wielkiej Brytanii – gdzie się przeniósł – nie było wtedy takich studiów; ostatecznie, Harris trafił na wydział aktorski London Academy of Music and Dramatic Art. Jeszcze w toku studiów zaczął wystawiać swoje sztuki; niestety, ciepło przyjęte przez krytyków spektakle były finansową klapą. Po ukończeniu studiów Harris grywał głównie w brytyjskich teatrach, okazjonalnie pokazując się na ekranie (drobna, acz zapadająca w pamięć rola w „Działach Nawarony”; dużo większa w „Buncie na Bounty”). Przełom przyszedł w roku 1963: za pierwszą główną rolę – górnika w filmie „This Sporting Life” (gdzie przydała mu się umiejętność gry w rugby) zdobył nagrodę dla najlepszego aktora w Cannes i nominację do Oscara. Teraz mógł już przebierać w rolach: „Czerwona pustynia” Antonioniego, „Major Dundee” Peckinpaha, „Człowiek zwany koniem”, „Cromwell”… W latach 70. grywał głównie w teatrze, na ekranie pokazując się okazyjnie, za to prowadził bardzo kolorowy tryb życia (nie stronił od butelki, w 1978 omal nie przedawkował kokainy); w latach 80. gwiazda Harrisa – wtedy już całkowitego abstynenta (choć po pewnym czasie wrócił do popijania piwa) przyblakła, zarówno na scenie, jak i na ekranie pojawiał się dość rzadko, głównie w drugoplanowych rolach. Lepiej wypadła kolejna dekada, gdzie Richarda można było podziwiać na ekranie m.in. jako Boba Anglika w „Bez przebaczenia”, irlandzkiego radykała w „Czasie patriotów” i Marka Aureliusza w „Gladiatorze”; po raz drugi, za występ w filmie „Pole”, nominowano go do Oscara (przegrał z Jeremym Ironsem). Karierę zwieńczył dwukrotnym występem na ekranie jako Albus Dumbledore w „Harrym Potterze”; rolę ta przyjął niechętnie, po stanowczej namowie swojej wnuczki. W sierpniu 2002, gdy trafił do szpitala z zapaleniem płuc, rozpoznano u niego chorobę Hodgkina; zmarł w londyńskim szpitalu 25 października 2002.

Oprócz występów w teatrze i przed kamerą, w drugiej połowie lat 60. Richard Harris rozpoczął również karierę wokalisty. W tej roli zadebiutował, grając główną rolę w musicalu „Camelot”; w sumie, licząc występy w musicalach, jego głos możemy usłyszeć na trzynastu albumach. Pod koniec lat 60. związał się z amerykańskim songwriterem Jimmym Webbem; w efekcie powstały dwa albumy, „A Tramp Shining” i „The Yard Went On Forever…” Cieplej przyjęto ten pierwszy.

W skrócie: mamy tutaj do czynienia z bogato aranżowanym, ciepłym, orkiestrowym popem, dość typowym dla tej pozakontrkulturowej muzyki popularnej lat 60. (choć inspiracją dla aranżacji orkiestrowych był ponoć „Sgt. Pepper”) – rozlewne symfoniczne brzmienia, chóry, gęste, bogate aranżacje plus charakterystyczny, ciepły głos Richarda Harrisa. Nie brakuje tutaj ciekawostek aranżacyjnych: “Paper Chase” ma uroczy klawesynowy wstęp w barokowym klimacie, zgrabnie skontrastowany bardziej rockowym brzmieniem właściwej piosenki. Do tego zgrabny, smyczkowy wstęp do „Lovers Such As I” i bajkowe chórki żeńskie w „In The Final Hours” i lekko psychodelizującym „If You Must Leave My Life”… Cała reszta kompozycji wypada dość podobnie do siebie. Chwilami można się zastanawiać, czy ten barokowy aranż ma tak do końca sens – pomijając wstęp, takie „Dancing Girl” całkiem fajnie sprawdziłoby się, byłoby wyjątkowo czarowne, gdyby zostawić tylko gitarę akustyczną i ewentualnie flet. A tak… ta orkiestrowa masa trochę tą kompozycję przytłacza.

Może w nazwaniu „A Tramp Shining” płytą jednej kompozycji byłoby nieco przesady, ale… Nie da się ukryć, że ten album pamiętany jest po latach głównie z uwagi na jeden utwór. Swoistą siedmiominutową suitę, pierwotnie będącą częścią większej kantaty, która ostatecznie nie powstała. „MacArthur Park” (Harris uparł się śpiewać tytuł jako „MacArthur’s Park), podana w pokrętnie poetycki sposób opowieść o rozpadzie związku uczuciowego, to rzeczywiście rzecz naprawdę dużej klasy. Z bardzo zgrabnie dobranym akompaniamentem tak orkiestry, jak i zespołu rockowego. Z delikatnym wstępem klawesynu i fortepianu. Bardzo umiejętnie skonstruowana całość złożona jest z czterech części: utrzymanego w średnim tempie fragmentu wstępnego, wolnego balladowego fragmentu z delikatnym orkiestrowym podkładem, dynamicznym fragmentem z rozegraniem się orkiestry i zespołu, aż do potężnego orkiestrowego finału – i na sam koniec powrót do motywu otwierającego całość. Mimo swojej długości, „MacArthur Park” wydano na singlu – i z miejsca stał się przebojem (później swoje wersje przedstawili m.in. Donna Summer i Justin Hayward), a sam album „A Tramp Shining” – de facto solowy debiut Harrisa – napędzany przez popularność „Parku” zakotwiczył na brytyjskich listach przebojów na cały rok.

O ile do reszty płyty (można na aukcjach internetowych zapolować albo na wydawnictwo CD z końca lat 80. – o bardzo przyzwoitej jakości dźwięku – albo na płytę zbierającą na jednym krążku oba albumy nagrane z Jimmym Webbem; obie płyty są niestety bardzo rzadkie) wracam raczej sporadycznie, tak do „MacArthur Park” wracam często i regularnie. Od dziesięciu lat ta piosenka brzmi jakoś dziwnie… inaczej. Bardziej smutno. Jak wspomnienie po bardzo kolorowej, nietuzinkowej postaci, która dokładnie dziesięć lat temu opuściła nas na zawsze.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.