ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Cohen, Leonard ─ I’m Your Man w serwisie ArtRock.pl

Cohen, Leonard — I’m Your Man

 
wydawnictwo: Columbia 1988
dystrybucja: Sony Music Polska
 
1. First We Take Manhattan (Cohen) [06:01]
2. Ain’t No Cure For Love (Cohen) [04:49]
3. Everybody Knows (Cohen, Robinson) [05:36]
4. I’m Your Man (Cohen) [04:28]
5. Take This Waltz (Cohen, Lorca) [05:59]
6. Jazz Police (Cohen, Fisher) [03:52]
7. I Can’t Forget (Cohen) [04:32]
8. Tower Of Song (Cohen) [05:37]
 
Całkowity czas: 40:55
skład:
Leonard Cohen – Lead Vocals, Keyboards. Bob Stanley – Guitar. Sneaky Pete Kleinow – Pedal Steel Guitar. Jeff Fisher – Keyboards. Michel Robidoux – Keyboards, Drums. Peter Kisilenko – Bass. Tom Brechtlein – Drums. Vinnie Colaiuta – Drums. John Bilezkijian – Oud. Richard Beaudet – Saxophone. Raffi Hakopian – Violin. Jude Johnson – Vocals. Anjani Thomas – Vocals. Jennifer Warnes – Vocals. Mayel Assouly – Backing Vocals. Evelyine Hebey – Backing Vocals. Elisabeth Valletti – Backing Vocals.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,10
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,10
Arcydzieło.
,10

Łącznie 32, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
25.11.2013
(Recenzent)

Cohen, Leonard — I’m Your Man

Ćwiara minęła AD 1988!

“I’m Your Man”, jeszcze na winylu (polskie wydanie, z eleganckimi tłumaczeniami tekstów autorstwa śp. Zembatego), była pierwszą płytą Cohena, z jaką miałem styczność. Wkrótce potem pojawiła się – tym razem na pirackiej kasecie – „Greatest Hits” (ta z 1975). Prawie za jednym zamachem miałem okazję poznać dwa oblicza Cohena: folkowego barda, snującego swoje opowieści przy wtórze gitary akustycznej, i tego nowoczesnego, poobstawianego syntezatorami i automatami perkusyjnymi. Co prawda Leonard Cohen flirtował już z elektroniką na swoim poprzednim albumie – “Various Positions”. Nie była to zła płyta (strona 2, pierwszy utwór – czy płyta z taką perełką mogłaby być słaba?). Ale podczas pracy nad „I’m Your Man” już całkowicie oddał się syntezatorom, prowadzącym utwory wyrazistym basowym liniom, bogatemu elektronicznemu brzmieniu, ciepłym kobiecym chórkom…

Jak miałem już okazję napisać w innych recenzjach, fakt, że wykonawca X porzuca swoje tradycyjne brzmienie i bierze się za nowoczesne, modne aranżacje i melodie, nie jest sam w sobie niczym złym – dobre kompozycje obronią nawet najgwałtowniejsze wolty stylistyczne i brzmieniowe. Świetnym przykładem jest właśnie „I’m Your Man”. Płyta, którą do dziś uważam za znakomitą – i to bynajmniej nie tylko dlatego, że na syntezatorowe brzmienia nie reaguję alergicznie jak Terlik na pigułki antykoncepcyjne (niestety, takiej na rozum jeszcze nie wymyśliliśmy, a szkoda).

Niby szata brzmieniowa jest inna: pełna elektronicznych dźwięków, cyfrowych, mocno brzmiących bębnów, programowanych rytmów. Ale pod tym wszystkim to cały czas jest ten sam Leonard Cohen. Wciąż śpiewa kolejne poetyckie pieśni swoim zachrypniętym głosem (jak sam przyznaje w „Tower Of Song” – „Tak się urodziłem, tak zrządził ślepy los / Na świat przyszedłem niosąc swój słynny złoty głos”). Wciąż proponuje słuchaczowi poetyckie, wielopiętrowe, niejednoznaczne teksty („First We Take Manhattan” można odczytywać jako jadowitą społeczną metaforę albo jako zawoalowaną aluzję do nadchodzącej po latach wielkiej sławy, a „Everybody Knows” jako podróż po cieniach i mrokach miłości doby AIDS). Nadal sięga po różne nietypowe dodatki, by wzbogacić swą (i tak bardzo kolorową) muzykę: a to kwilące skrzypce, a to turecki oud, a to porcja syntezatorowego fusion jazzu a la Weather Report („Jazz Police”). Nadal siedzi korzeniami w europejskiej tradycji muzycznej: a to walc jakby rodem z niemieckiego ekspresjonizmu ery międzywojennej („Take This Waltz”), a to klasyczny francuski chanson w elektronicznej szacie („I’m Your Man”). A przede wszystkim – proponuje słuchaczom szereg doskonałych kompozycji.

Właściwie trudno coś wyróżnić z tego albumu: nawet jeżeli trafiają się tu momenty ciut słabsze („I Can’t Forget”) – to słabsze są jedynie dlatego, że cała reszta utrzymana jest na bardzo wysokim poziomie. „Everybody Knows” – podążające naprzód pulsującym, mechanicznym rytmem, utrzymane w chłodnym, ponurym nastroju, którego nie ogrzewają nawet pojawiające się w refrenie kobiece chórki – wręcz przeciwnie, paradoksalnie podkreślają one jeszcze niewesoły klimat tego wręcz cynicznego utworu, ponurej wędrówki przez ciemną stronę miłości.

„…Każdy wie że kochasz mnie, maleńka
Każdy wie że tak naprawdę jest
Każdy wie że zawsze byłaś wierna
Może oprócz nocy dwóch lub trzech
Każdy zna dyskrecję twą jak grób
Odwiedziłaś nago mężczyzn pułk
A może mniej
I każdy o tym wie…”


Miłości, od której, zda się, nie można się uwolnić nigdy – wszak nic nie jest tak czyste, by mogło uleczyć z miłości – jak Cohen śpiewa w innym utworze, ironicznie otwartym cieplutkim smoothjazzowym saksofonem niby z jakiejś ckliwej pop-rockowej piosenki miłosnej lat 80. Z drugiej strony trafiły tutaj piękne pieśni miłosne, na czele z „Take This Waltz” – po europejsku dostojnym, bogato zaaranżowanym walcem, z tekstem będącym luźną przeróbką poematu Federico Garcii Lorki. Jest jeszcze utwór tytułowy – piękna deklaracja miłości, jakby wyciągnięta wprost z jakiegoś paryskiego klubu i uzupełniona o nowoczesne szaty brzmieniowe. Jest wyprawa w rejony syntezatorowego jazzu spod znaku fusion („Jazz Police). Jest porcja elektronicznego grania z mocno wybitym basowym riffem w „First We Take Manhattan” (Jennifer Warnes na „Famous Blue Raincoat” zaprosiła do współpracy Steve’a Raya Vaughana i wyszło bardziej rockowo, tu jest czysto elektronicznie). Jest wreszcie piękna finałowa pieśń „Tower Of Song”, melancholijne rozważania nad miejscem poety-pieśniarza we współczesnym świecie, również z jazzowymi akcentami w tle… Dodajmy jeszcze głębokie, złożone syntezatorowe brzmienia, które po ćwierć wieku wcale nie sprawiają wrażenia archaicznych czy plastikowych – i otrzymamy jedną z najlepszych płyt AD 1988.

Do dziś „I’m Your Man” uchodzi za jeden z najlepszych albumów Cohena. Całkowicie zasłużenie – bo to znakomita, nie starzejąca się płyta. Dobrą passę podtrzymała nieco słabsza, nierówna, ale wciąż bardzo udana „The Future” (z której to płyty dwa utwory rozsławił Oliver Stone, umieszczając je w „Urodzonych mordercach”). A potem było już różnie – a przede wszystkim było sporadycznie, także dlatego, że Cohen zamieszkał w buddyjskim klasztorze i poddał się surowym klasztornym regułom.

Piękna płyta. Jeśli ktoś jej jeszcze nie zna – gorąco polecam. Powtórka też nie zaszkodzi.


 

Tłumaczenia fragmentów tekstów: Maciej Zembaty.
 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.