ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Judas Priest ─ Rocka Rolla w serwisie ArtRock.pl

Judas Priest — Rocka Rolla

 
wydawnictwo: Gull 1974
 
Strona A:
1. One for the Road
2. Rocka Rolla
3. Winter
4. Deep Freeze
5. Winter Retreat
6. Cheater
Strona B:
7. Never Satisfied
8. Run of the Mill
9. Dying to Meet You
10. Caviar and Meths
 
Całkowity czas: 38:58
skład:
Rob Halford – śpiew, harmonijka
K. K. Downing – gitara elektryczna
Glenn Tipton – gitara elektryczna, syntezator
Ian Hill – gitara basowa
John Hinch - perkusja
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,0
Arcydzieło.
,1

Łącznie 7, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 6 Niezła płyta, można posłuchać.
01.11.2014
(Gość)

Judas Priest — Rocka Rolla

Ostatnimi czasy na łamach ArtRocka pojawiają się coraz częściej recenzje spoza grona szanownej redakcji, co po części popchnęło mnie w końcu do dołożenia również jakieś własnej cegiełki. Pierwsza myśl po podjęciu takiej decyzji jest dość oczywista: a o czym by tu napisać? Decyzja w sumie była dość prosta: „dżudasi”. Niby kilka recenzji jest, ale nadal większości albumów brakuje, dodatkowo te pierwsze pięć „niemetalowych” albumów też zawiera sporo ciekawej muzyki. Dlatego jedziemy od początku.

Artykułów odnoszących się do historii zespołu jest co nie miara, więc szczególnie nie ma co się tutaj rozpisywać. W skrócie: początki Jego sięgają końca lat 60., kiedy to w Birmingham wykrystalizował się skład Alan Atkins (wokal), Ian Hill (bas), Ken Downing (gitara) i John Ellis (perkusja). Trochę razem pograli, echa poczynań tego składu będą słyszalne jeszcze na dwóch pierwszych studyjnych albumach, ale w 1971 już Atkinsa i Ellisa w składzie nie było, a po kilku zawirowaniach personalnych i chwilowym przejściu w niebyt, pod koniec 1971 z innego miejscowego bandu Hiroshima dołączyli Rob Halford (wokal) i John Hinch (perkusja). Jednak od stabilizacji do pierwszego kontraktu droga jeszcze była daleka. Po zdobywaniu doświadczenia z takimi zespołami, jak Budgie czy Thin Lizzy, 16 kwietnia 1974 roku Judas Priest podpisał kontrakt z niewielką londyńską wytwórnią Gull Records. Przy czym już wtedy z kwartetu przeszli w kwintet za sprawą niejakiego Glenna Tiptona, klawiszowca Flying Hat Band, a przy okazji uzdolnionego gitarzysty. Zresztą Tipton okazał się nie tylko zdolnym muzykiem, ale też kompozytorem i z czasem faktycznym liderem zespołu. Debiutancki album, zatytułowany „Rocka Rolla”, ukazał się pięć miesięcy później.

Przejdźmy do właściwego tematu recenzji, a więc muzyki. Nie da się ukryć, że to jeszcze nie jest to, za co kochamy Brytyjczyków. Nie jest to zły album, choć też nie jest pozbawiony wad. Po pierwsze: słabiutka produkcja. Potencjał dwóch gitar jest praktycznie niewykorzystany, poza tym po prostu brakuje swoistego „powera”. Po drugie: oryginalność, a raczej jej brak. Weźmy taki „Never Satisfied”: fajny, hardrockowy kawałek, ale na dobrą sprawę brzmi jak jakiś niewykorzystany numer z debiutu Budgie. Dodatkowo mamy kilka całkiem nietrafionych pomysłów, jak harmonijka ustna, wykorzystana np. w „Cheater”, gdzie obok świetnego skądinąd riffu i solówki (którą spokojnie można podpisać: „inspired by Tony Iommi”) brzmi to całkiem bezsensownie (a przecież można zrobić to w lepszy sposób, vide Black Sabbath „Wizard”). Tytułowy utwór też jakoś szczególnie nie przekonuje, ot zlepek kilku dość ogranych patentów plus nieciekawy riff prowadzący i ta nieszczęsna harmonijka, jedynie refren jakoś ratuje sytuację (chociaż tekstowo też rewelacji nie ma: „Rock’n’rollowa dziewczyna dla rock’n’rollowego faceta, weź ją jeśli chcesz, jeśli myślisz, że zdołasz” J). „Deep Freeze” i „Winter Retreat” to krótkie, swoiste zapychacze, łącznie trwające 3 i pół minuty, absolutnie tutaj zbędne (w oryginale wraz z „Winter” i Cheater” stanowiły jeden utwór, dobrze, że na reedycjach to już się zmieniło). „Dying to Meet You” z tym dość infantylnym klimatem i „operowym” Halfordem też nie robi zbyt dobrego wrażenia do około 4. minuty, aby nagle przerodzić się w ognisty, świetny heavyrockowy kawałek, z wrzeszczącym wokalistą i rewelacyjnymi solówkami. Właśnie, mimo swoich wad jest na debiucie Judasów trochę naprawdę dobrej muzyki. Oprócz wspomnianych „Cheater” i „Never Satisfied” są to: otwierający hard rocker „One for the Road”, oraz „Winter” z fajnym psychodelicznym początkiem i „sabbatowskim” riffem w dalszej części. Poza tym na całej płycie rządzi niepodzielnie Halford (no może oprócz pierwszej części „Dying…”). Nie jest to jeszcze pełen agresji styl znany z późniejszych wydawnictw, ale już wtedy przed takimi tuzami, jak Plant czy Gillan Rob nie miał się czego wstydzić. Kończąca całość „Caviar and Meths” to zaś przyjemna, instrumentalna miniaturka, robiąca zdecydowanie lepsze wrażenie od dwóch wcześniej wspomnianych. Najlepszym fragmentem „Rocka Rolli” jest jednak rzecz najbardziej odstająca od późniejszego oblicza zespołu, mianowicie ponad ośmiominutowy „Run of the Mill”. Jest to spokojnie rozwijający się utwór, utrzymany trochę w stylu „Parents” (tak, wiem, znów Budgie), z rewelacyjnym solem i podniosłym zakończeniem (Tipton przypomina, że jeszcze nie tak dawno był klawiszowcem). Plus pełne przejęcia wokalizy i świetny (w końcu) tekst o niespełnionych ambicjach: „Teraz przy pomocy nowej laski/ Będziesz kulał na wyboistym gruncie społeczeństwa/ Będziesz spoglądał zahipnotyzowany na to wszystko/ w czasie upadku z deszczu pod rynnę”. Myślę, że nie ma człowieka, któremu nie przeszły by ciary, gdy na koniec Rob wykrzykuje: „I can’t go on (nie mogę iść dalej)”.

Podsumowując, to dobry album, z kilkoma rewelacyjnymi fragmentami, jednak za słabą produkcją i zbyt małą oryginalnością. Zapewne też to było powodem absolutnej jego klapy pod względem komercyjnym. Panowie mimo wszystko nie poddawali się, zdobywając coraz większe koncertowe doświadczenie, które zdecydowanie zaprocentowało już dwa lata później.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.