ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Judas Priest ─ Sad Wings of Destiny w serwisie ArtRock.pl

Judas Priest — Sad Wings of Destiny

 
wydawnictwo: Gull 1976
 
1. Victim of Changes (7:47)
2. The Ripper (2:50)
3. Dreamer Deceiver (5:51)
4. Deceiver (2:40)
5. Prelude (2:02)
6. Tyrant (4:28)
7. Genocide (5:51)
8. Epitaph (3:08)
9. Island of Domination (4:32)
 
Całkowity czas: 39:04
skład:
Rob Halford – śpiew
K. K. Downing – gitara elektryczna
Glenn Tipton – gitara elektryczna, pianino
Ian Hill – gitara basowa
Alan Moore - perkusja
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,5
Arcydzieło.
,6

Łącznie 14, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
05.11.2014
(Gość)

Judas Priest — Sad Wings of Destiny

„Whiskey woman don't you know that you are drivin' me insaaaaaaaane!!!!!!!!!!!!!”. Ten początkowy fragment otwierającego drugi album Brytyjczyków „Victim of Changes” zna chyba każdy, kto miał styczność z ich twórczością. Album, który spokojnie możemy traktować jako właściwy debiut Judasów.
 
Oczywiście nadal mamy głębokie zakorzenienie w hard rocku, przy tym większość albumu znów traci ze względu na produkcję. Wprawdzie jest zdecydowanie lepiej niż na debiucie, ale takie utwory, jak „Tyrant” czy „Deceiver” to byłyby absolutne heavymetalowe strzały prosto w twarz dopiero z takim brzmieniem à la „British Steel”. Nadal też mamy rzeczy całkiem z innej bajki, jak poprzedzający „Tyrant” podniosły, oparty na brzmieniach klawiszowych „Prelude”, czy składający się jedynie z fortepianu i wokalu „Epitaph”, taki bardzo... Queenowski utwór. Nie powiem, fajne to ciekawostki, ale pasujące do reszty materiału jak pięść do oka, spokojnie mogłyby się znaleźć na jakichś stronach B singli. Pozostała siódemka to ognisty heavy rock najwyższej próby plus fajna ballada (a raczej „poligon” dla niesamowitych możliwości wokalisty). Nie ma co się tutaj szczególnie rozpisywać, świetne riffy, genialny Halford (we wspomnianym „Victim…” Jego końcowe wrzaski to coś absolutnie niewiarygodnego) i, w odróżnieniu od „Rocka Rolli”, brak większych zapożyczeń z twórczości innych artystów. Weźmy taki „The Ripper”: już pierwszych kilka sekund nie daje nam wątpliwości, że to Judasi: fajne gitarowe intro, „wyluzowany” Halford („You're in for surprise, You're in for a shock – aaaaaaaa!!!”,  normalnie obłęd) i wjeżdżamy z konkretnym, wgniatającym w ziemię riffem. Największą zaletą jest również niebanalność kawałków. Nie doświadczymy tutaj czegoś w stylu: zwrotka/refren/zwrotka/refren/solo/refren, zawsze Brytyjczycy coś ciekawego „wynajdą”. Ciężko wyróżnić tu szczególnie jakiś jeden utwór. Wiadomo, „Victim..” i „The Ripper” to te najsłynniejsze fragmenty, ale reszta jest równie dobra. Dlaczego taki „Island of Domination” do „judaszowej” klasyki nie należy, ciężko zrozumieć: świetne intro z „rozkrzyczanym” Halfordem, równie dobry riff prowadzący, no i ta fajna bluesowa wstawka w drugiej części - całość robi naprawdę kapitalne wrażenie i stanowi idealne zakończenie tego bardzo dobrego wydawnictwa.
 
Można by założyć, że teraz wszystko powinno potoczyć się z górki. Jednak nic z tych rzeczy, album znów nie trafił na listy notowań i przez długi czas pozostawał nieodkrytym diamentem w dyskografii zespołu. Panowie jednak nadal nie rezygnowali, co też zaczęło procentować przy okazji wydania kolejnego albumu.
 
Z historycznego punktu widzenia należy jeszcze odnotować zmianę na stanowisku perkusisty - Hincha zastąpił Alan Moore, piastujący to stanowisko przez krótki okres jeszcze przed wydaniem debiutu. Zresztą nie zagrzał on długo miejsca, na albumie numer trzy Jego miejsce zajął Simon Phillips.
 

Pozostałe recenzje autora

recenzja albumu Judas Priest - Rocka Rolla
Judas Priest
Rocka Rolla
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.