ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Emerson, Lake & Palmer ─ Tarkus w serwisie ArtRock.pl

Emerson, Lake & Palmer — Tarkus

 
wydawnictwo: Island 1971
 
1. Tarkus (20:44)
a) Eruption (2:44)
b) Stones of Years (3:44)
c) Iconoclast (1:16)
d) Mass (3:12)
e) Manticore (1:52)
f) Battlefield (3:52)
g) Aquatarkus (4:04)
2. Jeremy Bender (1:50)
3. Bitches Crystal (3:58)
4. The Only Way (Hymn) (3:49)
5. Infinite Space (Conclusion) (3:21)
6. A Time and a Place (3:02)
7. Are You Ready Eddy? (2:13)
 
Całkowity czas: 38:57
skład:
Keith Emerson – instrumenty klawiszowe
Greg Lake – gitara basowa, gitary elektryczne i akustyczne, wokal
Carl Palmer – perkusja, instrumenty perkusyjne
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,1
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,5
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,14
Arcydzieło.
,33

Łącznie 53, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8++ Arcydzieło.
29.10.2016
(Gość)

Emerson, Lake & Palmer — Tarkus

A więc przyszło mi w końcu napisać słowo lub dwa o Tarkusie, hę? Najwyższa pora, żeby ktoś w końcu podjął się tego zadania, bo aż wierzyć się nie chce, że ArtRock egzystuje na tym łez padole zaledwie cztery miesiące krócej ode mnie, a tekstu o płycie wciąż brak.

Lubię myśleć o tym albumie jako o jednym z najbardziej ambiwalentnych w historii rocka progresywnego, o ile nie w historii muzyki w ogóle. Wystarczy rzucić okiem na ProgArchives: na ponad półtora tysiąca ocen prawie połowa z nich to nota najwyższa (czyli arcydzieło), podczas gdy jej średnia to mierne 4.06 (a łatkę z napisem „Essential: a masterpiece of progressive rock music” przyznaje się od średniej 4,26 bodajże). I ja wiem doskonale że ProgArchives to nie żadna nieomylna wyrocznia… no ale mimo wszystko idzie wyciągnąć z tego przynajmniej luźne wnioski – na przykład taki, że coś tu ewidentnie nie gra. W tak wielu recenzjach mówi się o tym Tarkusie, że arcydzieło (ja sam powtarzam to w kółko), że najlepsza rzecz, jaką Emersony zrodziły, że absolutna, niepodważalna klasyka. A mimo wszystko średnia – jak na takie opinie – taka sobie. Dlaczego?

Bo jedna strona płyty ewidentnie pożera i przygniata drugą swoją idealnością. Trochę jak Dawid i Goliat, tyle że w tej wersji ten drugi rozszarpuje pierwszego na strzępy, nie pozostawiając po nim praktycznie nic. No ale może od początku.

Strona A albumu zawiera tylko jeden utwór, podzieloną na siedem części suitę. Fabuła z grubsza opowiada o bycie będącym surrealistyczną krzyżówką pancernika i czołgu. Tytułowy Tarkus (stwór, którego w pełnej krasie możemy zobaczyć na okładce, a jego przygody śledzić za pomocą serii rysunków umieszczonych wewnątrz albumu) wykluwa się z jaja podczas erupcji wulkanu i podczas podróży po niemalże idealnie płaskim świecie, którego podłoże stanowią równoległe ciemno-kolorowe pasy, napotyka na swojej drodze przeciwników. Stacza bitwy między innymi z Pasikoniko-jaszczuro-wyrzutnią rakiet o metalowym korpusie czy Pterodaktylo-samolotem; i wychodzi z nich zwycięsko, pozostawiając z przeciwników zgniecione wraki przeszyte wykrwawiającymi się ciałami organicznymi. W końcu jednak napotyka na swojej drodze Mantykorę, która okazuje się zbyt potężnym przeciwnikiem dla naszego pancerniko-czołgu. Tarkus, ugodzony kolcem jadowym w oko, przemienia się w Aquatarkusa i ukrywa się w rzece, gdzie najprawdopodobniej znajduje się do dziś. Ot, taka sobie całkiem zwyczajna fabuła prog-rockowej suity, prawda?

Od strony muzycznej postęp w stosunku do – i tak już świetnego – debiutu czuć już od razu. Panowie grają dokładnie tak, jak mają grać w danym momencie fabuły. Zaczyna się tajemniczo, gdzieś w oddali słychać pseudo-chór, po chwili narasta coraz bardziej i bardziej… i po trzydziestu sekundach się zaczyna – od szalenie technicznej introdukcji (Eruption). Połamane, gnające motywy wprowadzają nas w łagodną część (Stones of Years), ze stonowanymi mniej lub bardziej organami i bajecznie czarującym głosem Lake’a.

When you speak, is it you that hears? Are your ears full? You can’t hear anything at all!

Bum. Z pełnego zadumy motywu wyrywa nas ostra jazda bez trzymanki (Iconoclast) . Lake i Palmer napieprzają równo, a Emerson, jak to Emeson – lewą ręką łomocze z nimi, prawą pokazuje, że organy mogą być cholernie brutalnym instrumentem. Parę świetnych przejść, z genialnie wykorzystanymi pauzami i… nagle robi się trochę luźniej, trochę bardziej rockowo, rzekłbym nawet, że momentami hardrockowo (Mass). Tu Lake gra czadowy riff na basie, tam Emerson znowu wyciska wszystko ze swoich organów, a wokal przeszywa uszy energią i wyluzowaniem. Jeśli ktoś uważa, że za bardzo komplementuję wokale: niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto podczas słuchania chociaż raz nie zaśpiewał w duecie z Lakiem: The weaver in the web that he made!. Płynnie przechodzimy w kolejną porcję solidnego pędu (Manticore) i doskonale wyważonych przejść – tu błyszczą przede wszystkim fajne organowe wstawki i zawrotna perkusja.

No i dochodzimy do kulminacyjnego momentu całej kompozycji (Battlefield). Niesamowicie podniosłe i nieco posępne zarazem organy, wolny rytm, bardzo nastrojowe gitarowe solówki w tle i znowu Lake śpiewa tak, że ciarki przechodzą. Zwłaszcza jego ostatnie słowa najmocniej wżynają się w pamięć:

Every blade is sharp; the arrows fly
Where the victims of your armies lie,
Where the blades of brass and arrows reign
Then there will be no sorrow,
Be no pain.

A na koniec pozostaje szalona coda (Aquatarkus), wypełniona po brzegi moogami o wyjątkowym brzmieniu (takiego samego nie znajdziecie na żadnej innej płycie, ponoć Emerson wszedł w układ z samym Robertem Moogiem, by ten pomógł mu je wyciągnąć z instrumentu).  Emerson sobie plumka, rytm zaczyna stawać się coraz bardziej marszowy, całość przygasa... tylko po to, by pożegnać się ze słuchaczem cytatem z początku, z dodatkowymi, pełnymi napięcia i dramatyzmu uderzeniami.

I gdyby album skończył się w tym miejscu, nie sądzę, by ktokolwiek zdrowy na umyśle nie uznał go za arcydzieło. Stety lub niestety, czeka nas jeszcze strona B, a ta wypełniona jest utworami krótszymi i o wiele prostszymi. Jak dla mnie, najlepiej prezentuje się tutaj Bitches Crystal – żwawy i energiczny numer z przysłowiowym jajem. Emerson biega palcami po klawiszach wykonując honky-tonk w zawrotnym tempie, sypiąc świetnymi solówkami jak z rękawa. Greg młóci basem i raz śpiewa z należytym luzem w kolanie, raz niemalże drze się do mikrofonu, a Palmer daje tak niesamowity popis pierwszorzędnego bębniarstwa, że już od samego słuchania można zwichnąć sobie nadgarstki. Może nie jest to poziom suity ze strony A, ale co tam, jest fenomenalnie tak czy owak. Całkiem nieźle wypada też króciutki Jeremy Bender – w roli głównej znowu honky-tonk, tym razem już w domyślnej jego stylistyce (muzyka knajpiana). Ot, taka sobie piosenka, której mimo wszystko słucha się bardzo przyjemnie. Niestety, najlepsze punkty programu B mamy już za sobą – pozostały już same średniaki. A Time and a Place brzmi momentami fajnie (trochę z Głęboką Purpurą się kojarzy), ale niczym więcej nie zaskakuje. Infinite Space (Conclusion) to całkiem przyjemny motyw na pianino z paroma ciekawymi przejściami. The Only Way (Hymn) po jakimś czasie najzwyczajniej w świecie zaczyna przynudzać, a Are You Ready Eddy? to rock’n’rollowy tworek, któremu brak polotu i jaja, które miało Bitches Crystal. Nawet solówki Keitha nie pociągają tak bardzo.

No, i teraz mamy już prawdziwy koniec. Tak jak wspominałem wcześniej, bardzo znacząca część fanów zespołu uznaje stronę B za mierną, w znacznym stopniu obniżającą wartość płyty i zabierającą jej prawo do bycia pełnoprawnym arcydziełem. Ja jednak nie zaliczam się do tej większości i wystawiam płycie maksymalną notę. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na zasadę „jakość ponad ilość”. Fakt, strona B (poza naprawdę fantastycznym Bitches Crystal i bardzo przyjemnym Jeremy Bender) to średniaki, jednak poziom suity tytułowej swoim ogromem przewyższa moim znaniem wszystko. Bardzo możliwe, że nawet bez tych dwóch numerów wciąż oceniłbym Tarkusa najwyżej, jak się da, tak wielkiego pokroju jest to dzieło. Tak więc nie dajcie sobie wmówić ProgArchives czy też innym, że to „czwórkowa” płyta, że debiut albo Brain Salad Surgery są lepsze, nie nie nie. Tarkus to – pomimo tej swojej słabszej części – najlepszy album Emersonów, i na pewno jedno z najwybitniejszych dokonań w historii rocka progresywnego. Muzyka, która nie zestarzeje się nigdy – w najgorszym wypadku będzie ukrywać się na dnie jeziora ze swoim krwawiącym okiem, czekając na nowe pokolenia ludzi, którzy odkryją ją i będą kochać tak samo, jak ja, jak i setki tysięcy innych ludzi.

PS Kiedy prawie dwa tygodnie temu na dwudzieste urodziny otrzymałem Tarkusa na zupełnie nowiutkim winylu, siedziałem jak zaczarowany i gapiłem się na okładkę i grafiki wewnątrz przez dobre pół godziny. Zwróciłem jednak uwagę na coś dziwnego – w (nazwijmy to) komiksie Mantykora ewidentnie dziabie Tarkusa w lewe oko, podczas gdy temu – wycofując się do jeziora – krew wypływa z oka prawego. Albo mam jakieś wyraźne braki w wiedzy dotyczącej fabuły, albo pan William Neal (twórca ilustracji) popełnił gafę.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.