ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Marillion ─ Live From Loreley w serwisie ArtRock.pl

Marillion — Live From Loreley

 
wydawnictwo: EMI Records Ltd 2004
 
1.Slainte Mhath
2.Assassing
3.Script for A Jestr’s Tear
4.Incubus
5.Sugar Mice
6.Hotel Hobbies
7.Warm Wet Circles
8.That Time of The Night
9.Kayleigh
10.Lavender
11.Bitter Suite
12.Heart of Lothian
13.The Last Straw
14.Incommunicado
 
skład:
Fish – voc. / Mark Kelly – kbds / Steve Rothery – g. / Pete Trewavas – bg., b. voc. / Ian Mosley – dr.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 2
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 3
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 5
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 8
Arcydzieło.
› 23

Łącznie 41, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
18.02.2005
(Recenzent)

Marillion — Live From Loreley

ZMIERZCH BOGÓW

Tytuł nieco pretensjonalny, ale dlaczego taki , to poniżej.

Jeśli chcę popsuć nieco, bardzo dobre zazwyczaj, samopoczucie mojego drogiego kolegi Tarkusa, to mówię, że byłem na koncercie Marillion z Fishem. Bo on nie był. Był za mały, he, he.

Marillion AD 1987 to była potęga – pod każdym względem, komercyjnie i artystycznie. Nie wspominając o sile rażenia na żywo. Płyty na listach przebojów, wyprzedane tournee po konkretnych salach. Na początek, w Polsce, sześć koncertów w największych halach, zupełnie bez kłopotów z frekwencją - circa about 40 tysięcy luda (konia z rzędem temu, kto będzie to w stanie powtórzyć).

Miałem przyjemność być na drugim koncercie w gdańskiej Olivii i jest to jak do tej pory jedno z moich najważniejszych przeżyć koncertowych (zaraz po Sabbatach z Osbourne’m z 1998 roku w katowickim Spodku i przed Hammillem w Filharmonii Pomorskiej z 1995). I tym chętniej nabyłem tego dividasa, bo jest to zapis koncertu, który odbył się około miesiąc później, od wspomnianych polskich występów. Nie jest to premiera tego materiału w wersji wizualnej, wyszło to jeszcze w 1987 roku na kasecie video. No i oczywiście w wersji “nieoficjalnej” dość szybko rozprzestrzeniał się w naszym kraju. Pierwszy raz widziałem to jesienią rok później – czasy były nieciekawe, ogólnie i szczegółowo też – wszystko się sypało: Marillion, ludzkie związki, studia, państwo. I pamiętam, że ta projekcja nie wprawiła mnie w jakiś lepszy humor, wprost przeciwnie, raczej bardziej zdołowała. Co nie znaczy, że mi się to nie podobało. Podobało mi się bardzo. Na świeżym powietrzu, w pięknych okolicznościach przyrody, bo w malowniczo położonym na wysokim, skalistym brzegu rzeki (pewnie Renu) zebrała się spora grupa luda, często gęsto malowniczo (dosłownie) wyglądającego. Polaków nie widać. Ale gdyby komuna zdechła parę lat wcześniej i biorąc pod uwagę ówczesny status Marillion w Polsce (“Musi strasznie być Duran Duran” jak powiedział wtedy chyba Rothery po rozdaniu kolejnej setki autografów na ulicy), to naszych byłoby tam dużo.

Sam koncert rozpoczął się w nieco niesprzyjających warunkach – było jeszcze jasno, dopiero w czasie jego trwania stopniowo zapadała ciemność. Co można powiedzieć o samym koncercie – w gruncie rzeczy niewiele – jedna z najlepszych rockowych orkiestr koncertowych w swojej szczytowej formie. To trzeba zobaczyć.

Fish , dla którego scena była i jest ulubionym żywiołem, a który zawsze się czuł na niej jak ryba (he, he, he) w wodzie – nie tylko śpiewał , on odgrywał te piosenki. Żył nimi. Był to w pewnym sensie teatr jednego aktora – bardzo dynamiczny teatr – Fish mimo już wtedy dość zaawansowanego mięśnia piwnego, przez cały koncert przemieszczał się po scenie bardzo energicznie – biegał, skakał, gestykulował. Do tego parę razy zmieniał kostium (tak , kostium) – zaczął w garniturku w błazeńską kratkę, potem było jakieś wdzianko typu “Pseudo Silk Kimono”, potem jeszcze jedna przebieranka. Nie da się ukryć, że to on dominował na scenie, a reszcie muzyków przypadała rola li tylko akompaniatorów Ryby Z Wielką Gębą. Bo po prostu on zawłaszczał sobie całą uwagę widowni. I nie ma znaczenia , że Rothery raz za razem szył kapitalne solówki , Kelly czarował klawiszowymi pasażami, a sekcja łomotoła jak w porządnym zespole metalowym. Dla publiczności liczył się tylko on. A majster to naprawdę znakomity – obdarzony świetnym głosem i niewątpliwym talentem aktorskim. Do tego pisał wtedy dla Marillion naprawdę doskonałe teksty. Czasami może patetyczne, czasami na granicy grafomanii. Zawsze jednak bardzo autentyczne, a dla mnie , ówczesnego nastolatka bardzo ważne. (Jak pamiętam, nie tylko nastolatki znajdowały w nich dużo dla siebie i myślę , że wielu podpisałoby się i teraz pod “Incubus”, Script for..”, “Assassin’”, czy “Kayleigh”)

Oglądam ten koncert z dosyć mieszanymi uczuciami – świetny show, ale znając historię zespołu, wiem, że to już ostatnie chwile takiej sławy i chwały, ostanie takie tournee, ostatnie takie koncerty.

Nie da się ukryć, że rozłam w Marillion spowodował gwałtowna utratę popularności i Fisha i jego dawnych kolegów. I że ten rozłam pogrzebał ostatnią szansę na wyrwanie się rocka progresywnego z marginesu muzyki rockowej. W późniejszych latach ani Fish solo, ani Marillion z Hogarthem nie nagrało, moim zdaniem, już nic (z chwalebnym wyjątkiem “Brave”) co by dorównywało poziomem do ich wspólnych dokonań. Okazało się, że Fish kiepsko sobie radzi z komponowaniem, a Hogarth mimo bardzo dobrego głosu, nie może się równać z wielkim Szkotem którego głos i charyzma są równie imponujące jak postura. Nie da się ukryć , że jestem zagorzałym fanem (nawet fanatykiem) starego Marillion. Jako jeden z niewielu z obecnych na Caladanie miałem możliwość widzieć Marillion na żywo w obu zestawach personalnych i mimo dużej sympatii do obecnego składu i jego twórczości, nigdy nie zmienię zdania, że ten nowy to już nie to.

Bardzo chętnie przyznałbym temu wydawnictwu jak najwyższą ocenę, ale nie ma tego dobrego, czego nie można byłoby spieprzyć. “Live from Loreley” w wersji na DVD jest w linii prostej potomkiem wersji VHS. Na szczęście materiał został ładnie zremasterowany i brzmi bardzo przyjemnie, ale smutne dziedzictwo kasety video unosi się nad nim. Standardem czasowym owego nośnika było ok. 90 minut i tyleż ma to DVD. Przykra sprawa, bo de facto wywalono prawie godzinę koncertu Widać, że koncert jest montowany, bo zaczyna się , jak jeszcze jest jasno, w pewnym momencie robi się od razu ciemno. W porównaniu z gdańskim występem brakuje mi “Fugazi”, “Market Squere Heroes”, “Garden Party”, “Jigsaw” – same killery. Mimo tych mankamentów jazda obowiązkowa dla każdego fana Marillion. Nie, dla każdego fana rocka.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.