ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Sylvian, David ─ Gone To Earth w serwisie ArtRock.pl

Sylvian, David — Gone To Earth

 
wydawnictwo: Virgin Records 1986
 
CD 1 1. Taking the Veil 2. Laughter and Forgetting 3. Before the Bullfight 4. Gone to Earth 5. Wave 6. River Man 7. Silver Moon 8. River Man (remix) 9. Gone To Earth (remix) 10. Camp Fire: Coyote country (remix) CD 2 1. The Healing Place 2. Answered Prayers 3. Where the Railroad Meets the Sea 4. The Wooden Cross 5. Silver Moon Over Sleeping Steeples 6. Camp Fire: Coyote country 7. Bird Of Prey Vanishes Into A Bright Blue Cloudless Sky 8. Home 9. Sunlight Seen Through Towering Trees 10. Upon this Earth
 
Całkowity czas: 91:08
skład:
David Sylvian – guitar, keyboards, vocal, radio / Bill Nelson – guitar, solo guitar, acoustic guitar / Robert Fripp – guitar, solo guitar, frippertronics, “sky saw” guitar / Steve Jansen – drums, percussion / Kenny Wheeler – flugelhorn / Ian Maidman – bass / Phil Palmer – acoustic guitar / John Taylor – piano / Richard Barbieri – atmospherics / Harry Beckett – flugelhorn / Mel Collins – soprano sax / B.J. Cole – pedal steel guitar / Steve Nye – piano
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 2
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 9
Arcydzieło.
› 37

Łącznie 51, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
12.05.2007
(Recenzent)

Sylvian, David — Gone To Earth

 
z dedykacją
 
W białej sukience, wszystko gotowe do drogi
Jak we śnie małej dziewczynki o zakładaniu welonu
 
Wiem, nadzieja dogasa, jak mały tealight po godzinie. Nachalnie, bez zbędnych ceregieli świdruje nam mózg myśl, że wszystko stracone. Że gdzieś między palcami przeciekło życie (nawet, jeśli to dopiero trzydzieści lat mija). Więc trzeba odprawić ceremoniał pożegnania, bo po cóż żyć, skoro this world is totally fugazi? Ale, czy aby na pewno wszystko stracone? Czy chęć włożenia białej sukienki tak naprawdę przeważa na szali życia i śmierci? Pytamy zatem, gdzie są lata śmiechu i zapomnienia?
 
W galopie, konno pomiędzy drzewami
Czuję, jak ziemia ucieka pod kopytami
Daje mi coś czego mogę się trzymać
Ściągam wodze mego serca
[…]
Bo każda nadzieja upada na kolana w swoim czasie
Ale odnalazłem już swoją drogę
 
Ależ są z nami, są cały czas. O ile nie próbujemy ich przykryć myślami pobrużdżonymi depresją. Jeśli tylko nie spychamy ich w przepaść kopniakiem wewnętrznej niechęci do świata, który w sumie niczym nam nie zawinił.
 
Powiedziano mi tylko tyle, ile powinienem wiedzieć
Statek na morzu, grozi że odpłynie, ale nigdy nie rusza [..]
Stracisz swój kierunek, gdy odejdziesz
Bo kiedy wszystko będzie przebaczone
To cała wina spadnie na mnie.
 
Może zatem czas przestać się użalać nad sobą? Skoro wszystkie kolizje życiowe, które cię spotkały sam sprowokowałeś, to może czas zastanowić się, czy aby na pewno to wiatr pcha cię na skały. Czy to nie czasem ty sam obrałeś ten kolizyjny kurs, próbując układać świat wg własnego wyobrażenia. Powiesz – a niby jak mam inaczej ułożyć sobie życie – skoro wszystkie osoby dookoła oczekują, że będę jak one?
 
Z tlącą się świecą
Księga świętych rzeczy
Rzucili Cię naprzeciw ściany
Krępując twe ręce więzami
 
Właśnie. Te cholerne oczekiwania. Niby jestem niezależny, niby arogancko mam agrafkę w nosie, czerwone włosy i nie oglądam telewizji. W Boga nie wierzę, Biblię chrześcijan znam jednak na pamięć i duszę się patrząc na ich bezradne kiwanie głowami, gdy cytuję całe przypowieści. Nagabywania rodziny zbywam machnięciem ręki i wychodzę ostentacyjnie z domu trzaskając drzwiami, kiedy częstotliwość „pytań o przyszłość’ przybiera niepokojący poziom.
 
Wydaje mi się że pamiętam
Wyśniłem już tysiące snów
Stawialiśmy czoła dniom razem
Cokolwiek nam przyniosły
Siła wewnątrz mnie, jakbym nigdy nie wiedział
Otwarła drzwi do życia i pozwoliła mu odejść
 
Ale tak serio, to już za rogiem domu dopada mnie złość, że tylko tak „staluję się” przed bliskimi. Że wcale nie jest ze mnie taki twardziel, a każda chwila w pustym mieszkaniu ryczy mi w uszach nieodpartą chęcią cięcia po nadgarstkach. Aż strząsa ze mnie resztki przyzwoitości ta ochota na zaistnienie, na sygnalizowanie? – nie – na wykrzyczenie swojego istnienia. 
 
To słońce może nam świecić wiecznie
Ogrzewając plecy naszej miłości
Oto królestwo powstało z popiołów
I zatrzymało się w Twych ramionach
A deszcz przedarł się pośród drzew
Tu znajdziemy schronienie i zostaniemy na zawsze
 
Więc jak zwykle skądś przychodzi opamiętanie, nadzieja i ratunek. Cholera, wiem, że nadejdzie. Oczywiście nie zaraz (choć chciałbym tak bardzo), rzecz jasna nie jednym cięciem (choć marzę o takim rozwiązaniu od wieków). Przyjdzie powolnymi krokami zmęczonej powszednim dniem kobiety, której oczy mimo to płoną jak ogień. Te oczy, to lekarstwo, to dodatkowa szpryca adrenaliny, dzięki której już nie zwlokę się, ale wstanę z ochotą z łóżka, by odnaleźć pozytywne barwy w codziennym rytmie dnia.
 
Więc nie ustaję w biegu, potykając się
Przedzierając się w górę rzeki
Uciekaj ze mną człowieku
 
No i póki co sięgam do wypełniaczy. Ważnych wypełniaczy. Muzyka, książki, kino, prasa…nawet nowe gadżety pozwalają mi jakoś przeżyć do pierwszego. Nienawidzę tego. Nienawidzę tego ciągu. Bohater Sleeples in Seattle opisując swoją utraconą miłość stwierdzał, że właśnie tej codzienności brakuje mu najbardziej. Rutyna dnia zburzona nagłym odejściem jest tak paskudnie zdruzgotana, że najważniejszą myślą pozostaje „oddychać”.
 
Kochanie, mogę powiedzieć Ci, że nie ma stąd łatwej wyjścia
Zagubiony pośród snów które prowadzą mnie naprzód
Wkrótce wiodące  nas światło księżyca odejdzie
Daleko na ocean odpływających fal
 
Każdy zatem ma swojego przewodnika. Przez czas jakiś, a później – jak rzucony na szerokie wody rozbitek – szuka ratunku w obecności innej osoby. Czy się udaje? Nie wiem, ale raczej nie wszystkim. Te dłonie, co pierwotnie wydają się wyciągać do nas niczym koła ratunkowe niekiedy same nas później wpychają pod wodę. Pod powierzchnię pracy ponad miarę, pod kożuch niechęci do świata, wewnętrznego rozgoryczenia i zwykłej ludzkiej zawiści. A życie, przelewając się nam przez palce, ucieka i zestarzejemy się tak, miotając się między samobójstwem a rozgoryczeniem.
 
Spoglądając na odbicie w otwartym oknie
Ujrzałem siebie siedzącego na swym krześle
Spojrzenie zamglone, zmarszczone czoło
Zaniedbane włosy.
Pomyślałem, że wkrótce przyjdzie mi umrzeć,
 
Wiem. Sam zastygłem dłuższą chwilę, bo w końcu dość nieprzyjemna to wizja. Ale nie ma co szukać ucieczki przed trudnymi chwilami, nie ma co chować się po kątach lub na siłę próbować znaleźć bratnią duszę, która dla zasady – bo tak trzeba – spędzi z nami kilka (-naści / - dziesiąt) lat naszego życia. Nie tędy droga. Każdego możemy zepchnąć wtedy z naszej ścieżki, bo nawet najlepsza intencja wprowadzana w życie na siłę może ostatecznie obrócić się przeciw nam. A zatem? Cóż: Gone To Earth. Koniec błądzenia z niedorzecznymi oczekiwaniami na karku gdzieś tam w przestworzach. Nadzieja gdzieś na nas czeka tu, na ziemi. Jestem tego pewien.
 
Aż pióro z wolna poruszyło poprzez papier
Na który spadły twoje łzy.
Zapisało imię, to właściwe imię złożone z drukowanych liter.
Jedno słowo, zadziwiająco, bo bez protestów,
Tylko twoje nagie imię i nic więcej.
Czy to będzie już, czy to za rok się stanie – nie wiem.
Ale ta wizja nie była fałszem, to wiem na pewno…
 
Za co kocham tę płytę? A za to, że każdy utwór to arcydzieło. Że emocje skryto tu w tak pięknych dźwiękach, aż dreszcze dopadają człowieka z każdą nową nutą. Uwielbiam te faktury rytmiczne, jakimi Sylvian posłużył się w otwierającym płytę Taking The Veil. To bardzo crimsonowskie nagranie, nawiązujące do stylu, który Robert Fripp tak jasno zdefiniował na płytach odrodzonego na początku lat osiemdziesiątych King Crimson. Ale mylił by się kto, gdyby oczekiwał, że to klon Karmazynowego Króla. O nie,  tak łatwo nie będzie. Bo w Laughter And Forgetting smutek i piękno definiuje nieziemsko cudowna partia flugelhornu, prowadząca nieprawdopodobny wręcz dialog z fortepianem. I dla niej choćby (ale zapewniam, że nie tylko!!!) warto pochylić się nad tą płytą. Gotyckie wręcz momentami Wave, w którym gitara Roberta Frippa tnie nasze spokojne myśli na kawałeczki mrożące krew niczym kryształki lodu uderzające o skórę na zimnym styczniowym wietrze. Tak, każdy utwór na tej płycie to małe arcydzieło. I nie ma się co dziwić – w końcu Sylvian to jeden z najbardziej oryginalnych artystów ostatnich lat.
 
Wydanie specjalne tego albumu to wersja dwupłytowa. Jak przed laty. Oprócz nagrań tworzących absolutnie niepowtarzalną, tajemniczą atmosferę pierwszej płyty, dodatkowo w digipaku znajduje się cudowny dodatek. Druga płyta, pełna niełatwej muzyki jest już ucztą dla wytrawnego słuchacza. I trochę ambientu, i trochę nowoczesnych brzmień. Muzyka, w której cisza lub pojedyncze nuty, ciągnięte w nieskończoność odgrywają główną rolę. Muzyka, która nigdzie się nie spieszy i w tym swoim spokoju wybrzmiewa do ostatniej frazy. A słuchacz siedzi z otwartymi ustami, podobny do takiego spiżowej postaci, pokrytej patyną, zapadniętej w samotność i roztargnienie. I nie ma się co dziwić – w końcu TEN GŁOS to zmaterializowana melancholia w czystej postaci.
 
Gone To Earth to znakomity album. Czy najlepszy? Na to pytanie nie można odpowiedzieć w żaden sposób. Bo nie da się porównywać Sztuki w taki sposób, jak porównuje się osiągi samochodów. Co więcej – wobec płyty tego Artysty takie pytanie po prostu wstyd zadać.
 
I tym bardziej – nie wyobrażam sobie, aby fan dobrej muzyki mógł nie mieć tego albumu. Pozycja obowiązkowa.
 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.