ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu ABBA ─ Super Trouper w serwisie ArtRock.pl

ABBA — Super Trouper

 
wydawnictwo: Polar Music 1980
 
1. Super Trouper [04:11]
2. The Winner Takes It All [04:55]
3. On And On And On [03:40]
4. Andante Andante [04:39]
5. Me And I [04:54]
6. Happy New Year [04:23]
7. Our Last Summer [04:19]
8. The Piper [03:26]
9. Lay All Your Love On Me [04:33]
10. The Way Old Friends Do [02:57]
Additional Tracks: 11. Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight) [04:46]
12. Elaine [03:44]
13. Put On Your White Sombrero [04:26]
 
Całkowity czas: 55:19
skład:
Agnetha Faltskog – Vocals / Anni-Frid Lyngstad – Vocals / Benny Andersson – Piano, Keyboards, Synthesizers / Bjorn Ulvaeus – Guitar, Vocals / Ola Brunkert – Drums / Per Lindvall – Drums / Ake Sundqvist – Percussion / Rutger Gunnarsson – Bass, Guitar / Mike Watson – Bass / Lasse Wellander – Guitar / Anders Glenmark – Guitar / Janne Schaffer – Guitar / Lars Carlsson – Horns / Kajtek Wojciechowski – Saxophone / Jan Kling – Flute, Clarinet
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 4
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 2
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 5
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 9
Arcydzieło.
› 9

Łącznie 33, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
28.02.2009
(Recenzent)

ABBA — Super Trouper

Trochę dziwna sprawa z tym szwedzkim kwartetem. Niby jego przeboje dobrze zniosły próbę czasu, niby do dziś (jeszcze zanim do kin trafił pewien nieco kiczowaty musical) bez problemu można w radio bądź TV trafić na ich nagrania, niby wydane w latach 90. składanki rozchodziły się jak ciepłe bułeczki, ale… Jest w tym jakaś niesprawiedliwość losu, że ogół słuchaczy kojarzy ABBĘ głównie właśnie z kilkoma/kilkunastoma największymi przebojami.

Jak to kiedyś powiedział Robert Fripp, muzyka czasem tak bardzo chce przez kogoś przemówić, że znajdzie sposób, by pokonać wszelkie ograniczenia. Genialnych samouków w muzyce można wymienić masę: choćby Jimi Hendrix do końca życia nie umiał pisać nut i nie miał pojęcia o skalach. Jakoś w niczym mu to nie przeszkadzało przy tworzeniu… To samo Benny Andersson. Z edukacją w ogóle pożegnał się bez żalu już na etapie szkoły średniej, nie mówiąc o jakimkolwiek (formalnym) wykształceniu muzycznym. Komponował i grał ze słuchu. Potem los go zetknął z innym samoukiem, dobrze władającym angielskim i pisującym niezłe teksty. Dziewczyna jednego miała bardzo dobry głos, dziewczyna drugiego nieco gorszy, ale też na poziomie. Reszta ułożyła się sama. Dwóch dobrych twórców, jeden ze świetnym wyczuciem melodii i aranżacji, drugi z dobrym piórem do tekstu, dwie świetnie uzupełniające się głosowo wokalistki. A potem już ruszyło…

ABBĘ często porównuje się do Beatlesów. Skojarzenie to ma sens pod wieloma względami. Podobnie jak u czwórki z Liverpoolu, słuchane w kolejności chronologicznej płyty ABBY dowodzą ciągłego postępu. Od pierwszej, uroczo naiwnej i beztroskiej płyty aż po finałowe „The Visitors” ten zespół ciągle szedł w górę (z pominięciem małego skoku w bok na płycie „Voulez-Vous”). Z płyty na płytę aranżacje robiły się coraz ciekawsze, bogatsze, coraz więcej ciekawych pomysłów się pojawiało w muzyce. I teksty robiły się coraz mniej naiwne i banalne. Tak jak u Beatlesów płyty „Rubber Soul” i „Revolver” były swoistym rytuałem przejścia, punktem zwrotnym między wczesnym, piosenkowym, młodzieńczo beztroskim okresem a dojrzalszą twórczością późniejszą, tak u ABBY tą rolę spełniły płyty „Arrival” – pięknie wieńcząca wczesny, typowo popowy, nieco naiwny okres działalności – i „The Album”, dzieło znakomite, dojrzałe, pełne pięknych, dopracowanych, świetnie zaaranżowanych kompozycji.

Beatlesowska analogia ma jeszcze jeden aspekt. Tak jak na płytach Fab Four, także na albumach ABBY właśnie od „The Album” zarysowała się pewna dychotomia. Obok chwytliwych, przebojowych, singlowych kompozycji pojawiły się rzeczy ambitne, bardziej złożone tak muzycznie, jak i tekstowo. Dość przypomnieć choćby otwierający „The Album” utwór „Eagle” – zresztą chętnie (jako jeden z nielicznych niesinglowych utworów ABBY) zamieszczany na wszelkich składankach.

Przedostatni, siódmy album kwartetu powstawał w złożonych okolicznościach. Z jednej strony – komfort własnego, świetnie wyposażonego studia, z drugiej – zmęczenie kilkoma mamucimi światowymi trasami, niekończącym się koncertowaniem i podróżowaniem. No i fakt, że jeszcze jakiś czas temu zespół tworzyły dwie kochające się małżeńskie pary, a teraz została jedna, rozsypująca się już…

No cóż – znów jak u Beatlesów doby „Sgt. Peppera” czy „White Album”: przeciwności losu nie zaszkodziły płycie. Powstało dzieło bardzo udane, dopracowane, ujmujące znakomitymi melodiami i aranżacjami. Po dość typowo dyskotekowej, prostszej brzmieniowo płycie „Voulez Vous”, ABBA wraca do bardziej naturalnego, żywego grania. Znów jest dużo syntezatorów, ale tym razem Andersson bardziej nad nimi popracował: brzmienia wszelakich elektronicznych pudełek są zróżnicowane, bogate, ujmują pomysłowością, naturalnie tworzą pełne brzmienie zespołu.

Płytę otwiera utwór tytułowy, z nazwą zapożyczoną od systemu oświetlenia sceny: głównym tematem „Super Trouper” jest życie w showbiznesowym kieracie, znużenie nieustannym koncertowaniem, nieustannym przebywaniem w blasku fleszy… Muzycznie – bardzo chwytliwa, efektownie zaaranżowana piosenka. Kolejny dowód na to, że z dwóch dziewczyn w zespole Bóg dał większy talent Fridzie nie tylko w dziedzinie ciągłych pomysłów co do strojów, włosów i makijażu. Anni-Frid wokalnie miała większe możliwości od Agnethy – zresztą „The Album”, gdzie z uwagi na ciążę koleżanki Frida zaśpiewała gros głównych partii wokalnych, jest najlepszym od strony właśnie wokalnej dziełem ABBY. Większa skala, większa swoboda w operowaniu. Lekcje śpiewu operowego nie poszły na marne…

Kolejny na płycie jest przesławny „The Winner Takes It All”. Jeden z najsłynniejszych – jeśli nie ten najsłynniejszy – utwór ABBY. I zarazem bardzo dobry przykład znakomitej aranżacji. Klasyczny już fortepianowy wstęp podparty cichą wokalizą (jeden z genialnych pomysłów Anderssona na mały dodatek budujący znakomicie nastrój: dość przypomnieć wstawki fortepianu w „Dancing Queen” czy dyskretne podbicie syntezatorem fortepianu w „S.O.S.”. Pomysły proste, ale świetnie zrealizowane.). Od strony wokalnej życiowy popis Agnethy Faltskog, która dała tu ze siebie wszystko: pełen zakres ekspresji, od dramatyzmu po wyciszony spokój. Mimo upływu już prawie trzech dekad – „Winner” nadal zachowuje swój wdzięk i moc. Po prostu – dowód na to, że dobra muzyka niezależnie od mód i antymód przetrwa wszystko…

„On And On And On” lepiej byłoby przemilczeć. Nie to, że jest zły: to po prostu trochę nijaki, nieco beachboysowaty wypełniacz jakby prosto z B strony singla. Trochę psujący obraz tej płyty. A po nim następuje bodaj najlepsza rzecz na albumie. „Andante Andante” pięknie otwiera fortepian i gitara elektryczna. Znakomicie budują subtelny, rozmarzony, pastelowy klimat. Potem uzupełniają to gitara basowa i syntezatory, aranżacja robi się gęstsza, wielowarstwowa. Znów powraca Anni-Frid, swoim głosem znakomicie wpasowując się w muzykę. Dodajmy do tego jeszcze majestatyczny, wielogłosowo (panowie też się włączają) zaśpiewany w iście yesowskiej harmonii refren. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało, czemu ta subtelna miłosna ballada nie zyskała nigdy większej popularności (choć w Ameryce Południowej trafiła na singel)… Los faktycznie bywa czasem złośliwy.

„Me And I” to rzecz trochę przewrotna. Prowadzona efektownym motywem syntezatora, żywa piosenka z małym dodatkiem vocodera, znów z efektownym, wielogłosowym refrenem, z różnymi subtelnymi dodatkami klawiszowymi, no i znów z Fridą w roli głównej. Ciekawie jest od strony tekstowej: jest to bowiem rzecz o schizofrenii (bądź rozdwojeniu jaźni – ciężko jednoznacznie stwierdzić…)

Zaśpiewana przez Agnethę ballada „Happy New Year” ma ciekawą genezę. Jest to pozostałość po niezrealizowanym projekcie: musicalu, do którego libretto miał stworzyć John Cleese. W sumie szkoda, że się nie udało… Znów jest intrygująco pod względem tekstowym: zaczyna się nowy rok, wszyscy marzą o tym, że będzie lepiej, że świat wokół zrobi się wreszcie choć trochę lepszy… choć wszyscy wiedzą, że to utopia, bo tyle już razy takie marzenia obracały się w pył, bo cholerny, głupi człowiek w swojej naiwności błądzi wciąż… ale i tak warto marzyć, bo życie bez takich głupich utopijnych marzeń nic nie jest warte… Ponurą ciekawostką jest fakt, że jedna z nowojorskich rozgłośni właśnie ten utwór wyemitowała jako pierwszy 1 stycznia 2001, i przez cały ten dzień na prośbę słuchaczy nadawała go dość często. Nieco ponad osiem miesięcy potem życie w okrutny sposób rozwiało utopijne marzenia…

„Our Last Summer”. Z jednej strony – nostalgiczne, beztroskie wspomnienie dawnego romansu, z drugiej – wyraz tęsknoty za dawnymi, szalonymi latami, kiedy życie było jakiś łatwiejsze, mniej skomplikowane… Sama piosenka brzmi mniej elektronicznie od poprzednich, więcej tu fortepianu, więcej gitarowych brzmień. Ładna rzecz.

„The Piper” to znów utwór o ciekawej genezie. Pozornie lekka, celtycka piosenka, od strony tekstowej jest intrygującym obrazem dyktatury, wywiedzionym ze słynnej powieści Stephena Kinga „The Stand” („Bastion”).

Kolejny singel, „Lay All Your Love On Me” to ukłon w stronę poprzedniej, dyskotekowej płyty. Jedyna na całej płycie tak ostentacyjnie elektroniczna kompozycja, oparta na żywym, wciągającym, trochę funkującym rytmie. Za sprawą kolejnej znakomitej interpretacji Agnethy – robi wrażenie.

Podstawową część płyty wieńczy nagrane na żywo „The Way Old Friends Do”. W sumie trochę taka ciekawostka: choć w kontekście rozsypujących się relacji pomiędzy całą czwórką, to wyznanie wiary, iż przyjaźń przetrwa wszystko, brzmiało raczej jak optymistyczna deklaracja… W wersji CD album uzupełniają: B strona singla „The Winner Takes It All” – „Elaine” oraz odrzucona z płyty w ostatniej chwili (i w sumie całkiem słusznie) „Put On Your White Sombrero”. W sumie takie sobie ciekawostki.

Kontynuując beatlesowską analogię, ta płyta to „White Album” ABBY. Z uwagi na różnorodność. Mamy tu i utwory disco, i celtycki przerywnik, i kunsztownie zaaranżowane ballady, i żywiołowe popowe przeboje... A wszystko to układa się w tętniącą życiem, wielobarwną, pełną pięknych melodii, kunsztownych, wielopoziomowych aranżacji wokalnych i instrumentalnych całość. Całość zupełnie ponadczasową.

W swojej klasie – bardzo mocna, gorąco polecana pozycja. Jeśli ktoś chce odpocząć od typowo rockowych brzmień przy dobrej, znakomicie zaaranżowanej muzyce – to na pewno płyta dla niego. Tylko Boże uchowaj – nie żadne 128kb/s. Żeby naprawdę docenić tą muzykę – zremasterowany CD, słuchawki albo dobry system stereo – i nieco ponad trzy kwadranse spokoju. Dobre wino też nie zaszkodzi.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.