ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Hawkwind ─ Distant Horizons w serwisie ArtRock.pl

Hawkwind — Distant Horizons

 
wydawnictwo: Emergency Broadcast System Records 1997
 
1.Distant Horizons [5:20]
2.Phetamine Street [5:42]
3.Waimea Canyon Drive [4:55]
4.Alchemy [3:10]
5.Clouded Vision [3:50]
6.Reptoid Vision [7:40]
7.Population Overload [6:50]
8.Wheels [6:25]
9.Kauai [1:50]
10.Taxi For Max [1:00]
11.Love In Space [4:51]
 
Całkowity czas: 50:49
skład:
Dave Brock - gitary, śpiew, instrumenty klawiszowe
Ron Tree - śpiew, gitara basowa
Richard Chadwick - instrumenty perksusyjne, bębny
Jerry Richards - gitary
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 2, ocena: Dobry, zasługujący na uwagę album.
 
 
Ocena: 6 Niezła płyta, można posłuchać.
25.09.2012
(Recenzent)

Hawkwind — Distant Horizons

Kosmicznej Sagi odcinek 18: Bunt na mostku i ostatni niezakłócony lot

"Synthetic Scotch, synthetic Commanders..." - Captain Scott

Do tarć, różnic zdań dochodziło czasami na pokładzie statku ‘Enterprise’. Kapitan Kirk cieszył się jednak na tyle dużym poważaniem i zaufaniem pośród załogi, że jego decyzje i rozkazy przyjmowane i wypełniane były bez większych zastrzeżeń, a jeśli takowe się pojawiały to wątpliwości przesłonięte były wiarą w geniusz zakamuflowany pod nieobliczalnością główno dowodzącego. Kapitan Brock natomiast nie miał tak lekkiego życia. Co jakiś czas trafiali się w obsadzie mostka oficerowie, którzy nie omieszkali mu bezceremonialnie powidzieć co o nim myślą. Takowym w tym przypadku był Alan Davey, który (delikatnie powiedziawszy) nie był zadowolony z obranego (wraz z przyjściem Rona Tree) kursu i nie omieszkał swojego niezadowolenia ukrywać. Po odbębnieniu greckiej części trasy koncertowej basista postanowił poprosić o zwolnienie ze służby i spróbować szczęścia w innych częściach Galaktyki.

Zaczyna się... dziwnie. Pomyślelibyście, że w jakimkolwiek utworze Hawkwind usłyszecie rapowaną wokalną wstawkę? A jednak! Ma to miejsce w otwierającej całość kompozycji tytułowej. Żeby było śmieszniej jest to jeden z ciekawszych fragemntów płyty. Całość wprawdzie utrzymana jest w klasycznym stylu zespołu, jednak takie nowum w repertuarze na pewno wyróżnia się na tle pozostałych numerów na krążku.

Inną sprawą jest to, że „Distant Horizons” jest płytą troszkę przeciętną i nawet taki – nie należących do wbitnych – utwór tytułowy się wyróżnia. Z pozostałych fragentów wydawnictwa ciężko znaleźć coś wnoszącego cokolwiek  nowego do twórczości zespołu. Nawet brzmiące jak stuprocentowy Hawkwind „Waimea Canyon Drive”, z ciekawą partią gitarową i interesująco prowadzonym wokalem Brocka, czy bardzo motoryczny „Population Overhead”, z królującą tutaj kosmiczną mrocznością, spotęgowaną przez demoniczne melorecytacje Rona Tree oraz liczne syntezatorowe ‘ozdobniki’, mają się nijak do klasycznych pozycji zespołu.

 Jeśli już należałoby wspomnieć o jakiś framgentach wartych wyszczególnienia to takim na pewno jest „Alchemy”. Świetne, niemal hard-rockowe: zarówno riff jak i tempo, sporo fajnie tworzonego klawiszowego klimatu. Wszystko cacy tylko całość nie do końca brzmi jak Hawkwind. Utwór zdaje się nawiązywać do dokonań Ozric Tentacles. Prawdą jest, że Ozriki to uczniowie i wyznawcy kościoła Brocka, jednak oba te zespoły wytworzyły dwa odrębne i charakterystyczne dla siebie (choć utrzymane w podobnej stylistyce) brzmienia. Tak więc nie trudno zauważyć, gdy jedno z nich zaczyna czerpać z drugiego. Tak jest właśnie w przypadku „Alchemy”, gdzie wydawać się może, że słyszymy coś bliższego „Strangeitude” ekipy Eda Wynne’a, aniżeli Hawkwind sensu stricto.

Najciekawiej jest według mnie na „Wheels”, w którym króluje ten bardzo wytęskniony pęd nawiązujący do złotych lat 70-tych oraz brzmiące - jak popisy Dik Mika z czasów „In Search Of Space” – syntezatorowe UFS-y.

Wspomnieć również należy o „Clouded Vision” i „Love In Space”. Obie kompozycje to spokojnie prowadzone utwory, by nie rzec, ballady. To znaczy pierwszy z nich był nią od samego początku, drugi natomiast dopiero się nią miał stać, gdyż na „Distant Horizons” jest utworem (jedynie) instrumentalnym. Partię wokalną ‘dopisano’ podczas trasy koncertowej, a całość nieco rozbudowano przez co nowa, zmodyfikowana wersja zamykającej płytę kompozycji, stała się jednym z chętniej wykonywanych przez zespół utworów na scenie (szkoda, ze polskim fanom podczas festiwalu Ino-Rock nie było dane go usłyszeć, gdyż zespół wykonywał go wcześniej na żywo podczas trasy promującej „Onward”).

„Distant Horizons” pomimo kilku niedostatków powinno sprawić radość tym którzy zapoznają się dopiero z twórczością zespołu. Brzmienie się zasadniczno nie zmieniło; to wciąż grupa muzyków podążająca tę samą (kosmiczną) ścieżką dzięki czemu otrzymujemy produkt na równym (ale wciąż wysokim) poziomie. Płyta cieszy tym bardziej, że (jak się później okazało) jest ostatnią dobrą przed lekką zapaścią zespołu i chudych latach, które miały go spotkać.

W następnym odcinku: „Ciemność, widzę ciemność”, czyli o wciągnięciu w czarną dziurę.

 

 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.