ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Sam Gopal ─ Escalator w serwisie ArtRock.pl

Sam Gopal — Escalator

 
wydawnictwo: Trojan Recordings 1969
 
1.Cold Embrace [3:40]
2.The Dark Lord [3:17]
3.The Sky Is Burning [2:33]
4.You're Alone Now [3:43]
5.Grass [4:07]
6.It's Only Love [4:19]
7.Escalator [2:50]
8.Angry Faces [4:03]
9.Midsummer Night's Dream [2:16]
10.Season of the Witch [4:24]
11.Yesterlove [5:04]
 
Całkowity czas: 40:16
skład:
Sam Gopal - bębny, instrumenty perkusyjne
Ian Willis - śpiew, gitara prowadząca
Phil Duke - gitara basowa
Roger D'Elia - gitara rytmiczna
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,0
Arcydzieło.
,0

Łącznie 1, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
03.01.2016
(Recenzent)

Sam Gopal — Escalator

Budzik zadzownił dokładnie o 7:30 rano. Szymon już się wcześniej obudził nawołując nas z pokoju obok. Wstaję, wciągam brzdąca w kojca i wypuszczam. Ten  mknie do salonu, aby pobawić się prezentami, które znalazł pod choinką dwa dni wcześniej. Wstawiam wodę na herbatę. Odpalam interent na komórce. Wtedy zobaczyłem tę wiadomość...

Powiem szczerze, że nie pamiętam co stało się w ciągu kolejnej godziny. Nie mam jakiegokolwiek wspomnienia pożegnalnego pocałunku od Moniki, ani mojej drogi do pracy. Dopiero, gdy przekroczyłem próg biura wybudziłem się z letargu. Byłem po prostu w szoku.

W końcu odszedł – wydawać, by się mogło, że - człowiek niezniszczalny, dlatego wiadomość o jego śmierci była tym większym zaskoczeniem. Mowa przecież o kimś, kto był żywą kwintesencją sloganu „sex, drugs & rock’n’roll”. Babek orbucił chyba z tysiąc (Lemmy: „urodziłem się z taką gębą, że musiałem zostać muzykiem, inaczej zostawiłbym majątek w burdelach”), prochy (zwłszcza w Hawkwind) były na porządku dziennym, a dorobek muzyczny mówi sam za siebie. Do tego kopcił mocniej niż komin „Batorego” i żłopał butelkę Jacka Danielsa dziennie. Najzdrowszy tryb życia to nie był, ale Lemmy jakimś trafem 70-tki dobił. Dwa dni później zmarł. Zupełnie niespodzewanie. Był chłop, nie ma chłopa...

Owszem ostatnimi czasami chorował, odwoływano koncerty, ale za każdym razem wracał silniejszy i jeszcze bardziej chętny do pracy. W końcu przecież wydali niedawno nową płytę i wybierali się w kolejną trasę...

Ian Fraser Kilmister zawsze był niespokojną duszą. Zwłaszcza od czasu gdy po raz pierwszy zobaczył Beatlesów na żywo, krótko po swoich 16-tych urodzinach. Uczy się grać na gitarze, trafia do pierwszych zespołów (Rainmakers, Rockin’ Vickers), dorabia jako techniczny u Hendrixa. W końcu ląduje w grupie pochodzącego z Malezji Sama Gopala. Ukazuje się płyta „Escalator”, na której to Lemmy skrywa się pod pseudonimem Ian Willis (nazwisko ojczyma).

Pomimo faktu, że Lemmy jest autorem lwiej części materiału na krążku nie słychać tutaj tego surowego pędu, którym Kilmister będzie uraczał gawiedź dekadę później. Nie ma tutaj też kosmicznych, rozimprowizowanych odjazdów rodem z płyt Hawkwind. Do tego śpiew Lemmy’ego  tutaj również jest inny; nie jest tak szorstki i przepity jak na płytach Motörhead, lecz spokojny wyrazisty, by nie rzecz, że... melodyjny. „Escalator” to w sumie pozycja złożona z lekkich, zwiewnych psychodelicznych piosenek i łagodniejsza odmiana głosu Kilmistera pasuje tu jak ulał.

Otwierający „Cold Embrace” jest jakby zaprzeczeniem tego co napisałem akapit wyżej. Ta gitara i senny rytm bezwarunkowo przywołują wrażenia z „Lost Johnny” z hawkwindowego „Doremi Fasol Latido” mającego ukazać się trzy lata później. Dalej już podobnych naleciałości nie ma. „The Dark Lord” to przede wszystkim garażowe partie gitar (zarówno prowadzącej jak i solowej) oraz niemal hipnotyczny rytm wybijany przez Gopala na tabli. Zresztą podobny patent zastosowany został również w innych utworach (najciekawiej wypada chyba niezwykle agresywny utwór tytułowy); zamiast tradycyjnych bębnów to właśnie tabla nadaje to tempo nieodparcie kojarzące się z orientem (jedynymi wyjątkami – w których wykorzystano tradycyjny zestaw perkusyjny - są „Midsummer Night’s Dream” oraz przeróbka „Season of the Witch” Donovana z żeńskimi chórkami, nie do końca pasującymi do płyty jako całości). Lekkimi odstępstwami od reguły wydają się być takie „The Sky Is Burning”, dzięki klimatowi zbliżonemu do tego, który rok później usłyszeć można będzie na „Planet Caravan” Black Sabbath oraz niby balladowo brzmiące „It’s Only Love”, czy „Grass”. Nie można też nie wspomnieć o niesamowicie delikatnym „Yesterlove”, jednakże nie tyle ze względu na swoją  odmienność, lecz na motyw przewodni gitary akustycznej, który niemalże skopiowany został w zeppelinowym „Stairway To Heaven”.

Jedyny zarzut? Kilka motywów wydaje się być nie do końca rozwiniętych i wyciszenia pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach. Trochę jakby panowie baliby się zaszaleć i pójść na całość. Może owszem, zaburzyłoby to klimat kreowany przez nie do końca tradycyjny zestaw instrumentów perksusyjnych wykorzystanych na płycie (zapewnie na to kładł nacisk Sam Gopal), ale nadałoby wydawnictwu żywiowołości, autentyczności, luzu i przede wszystkim spontaniczności. Jednakże pomimo tego „Escalator” jest świetną i niezasłużenie zapomnianą pozycją; może nie wiekopomną i powalającą na kolana, ale mająca swój blask, urok i klimat.

A co potem? Lemmy buja się tu i ówdzie, aż w końcu trafia do Hawkwind, gdzie na przesłuchanie zgłasza się jako gitarzysta. Jednak koncepcja się nagle zmieniła i aplikantom warującym w poczekalni ogłoszone zostaje, że szukają jednak basisty i gdy pada pytanie, kto umie na basie grać ktoś wskazuje palcem na kierującego się właśnie ku wyjściu Kilmistera (Lemmy: „pomyślałem wtedy ‘ty skurwielu!’”). Ten jednak został i na próbie na pytanie w jakiej tonacji ma zagrać, saksofonista Nik Turner odparł mu „narób trochę hałasu w E” (Lemmy: „to tylko robiłem w Hawkwind przez kolejne cztery lata”). Potem  kilka płyt z ekipą Brocka z hitem „Silver Machine” na czele, wpadka z amfetaminą na granicy amerykańsko-kanadyjskiej w 1975 roku, kop z zespołu i założenie własnej kapeli Bastard, przemianowanej wkrótce potem na Motörhead.

Resztę już wszyscy znamy. I jest to już historią...

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.