ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 17.09 - Wrocław
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
- 16.09 - Warszawa
- 17.09 - Warszawa
- 18.09 - Warszawa
 

koncerty

13.05.2014

PETER GABRIEL, Łódź, Atlas Arena, 12.05.2014

PETER GABRIEL, Łódź, Atlas Arena, 12.05.2014

Podczas trzeciej wizyty w naszym kraju Peter Gabriel, w ramach trasy "Back To Front", świętował 25 – lecie wydania swojego najsłynniejszego albumu "So". To świętowanie wypadło nader okazale.

Bo kto wie, czy były muzyk Genesis, od wielu lat intrygujący swoimi solowymi dokonaniami, nie zagrał najlepszego występu w kraju nad Wisłą? Wszystko zaczęło się bardzo zaskakująco. Dokładnie parę chwil po 20 na scenę kompletnie oświetlonej Atlas Areny wyszedł sam… Peter Gabriel. Stało się to tak niespodziewanie, że publiczność potrzebowała paru sekund, żeby to zauważyć i wybuchnąć entuzjazmem (pomogły niewątpliwie dwa umieszczone po bokach telebimy). Tymczasem mistrz ubrany w charakterystyczny, niepozorny szary bezrękawnik po prostu zapowiedział support – dwie panie towarzyszące mu wokalnie podczas występu: Jennie Abrahamson i Linne’ę Olsson. Jak zgrabnie powiedział po polsku: Dziś zaczniemy od dwóch utalentowanych artystek ze Sztokholmu. Dziewczyny, jakby z lekkim stremowaniem i z nagłośnieniem na pół gwizdka (ich komentarze były ledwo słyszalne) wykonały w ciągu dwudziestu minut kilka akustycznych piosenek i żegnane ciepłymi bramami zeszły ze sceny.

Po dwudziestu minutach przerwy miał miejsce początek numer dwa. Tym razem Gabriel wyszedł na scenę z Tonym Levinem i zapowiedział to, co będzie czekać publiczność przez najbliższe dwie godziny. Ponownie po polsku stwierdził, że nie chce kaleczyć naszego języka, dlatego poprosił o tłumaczenie. Następne słowa Gabriela były więc tłumaczone na dwóch bocznych ekranach niczym w kinie. Niezwykle miły gest ze strony artysty. Muzyk porównał występ do dobrego posiłku, który składa się z trzech dań i na początek zaproponował część w postaci występu akustycznego, który będzie przypominał… zespołową próbę. I faktycznie tak było. Światła w hali nie zostały zgaszone, a nagłośnienie jakby w dalszym ciągu było próbowane, nie spełniając z pewnością oczekiwań smakoszy dobrego dźwięku. Zaczęli od surowego OBUT z Gabrielem siedzącym przy fortepianie i wspomnianym Levinem na basie. Dopiero po tej kompozycji pojawili się pozostali muzycy z akustycznym instrumentarium (m.in. akordeonem): David Rhodes, David Sancious i Manu Katché. Wybrzmiały  Come Talk To Me, Shock The Monkey i Family Snapshot, podczas którego zgasły światła i oświetlenie sceny po raz pierwszy zaimponowało.

Wielka „dwójka” na ekranach zapowiadała część koncertu numer 2. Cały, w pełni „zelektryfikowany” skład wykonał kilka kompozycji z przeszłości i w miarę świeży numer Why Don't You Show Yourself stworzony do filmu Words With Gods. Podczas tej części zebrani mogli wreszcie dobrze przyjrzeć się koncepcji scenograficznej przygotowanej na koncert. Głównym elementem sceny było sześć oświetleniowych ramp (także z kamerami) jeżdżących po szynach ułożonych wokół sceny i obsługiwanych przez technicznych. Pozornego rozgardiaszu dodawali też techniczni z reflektorami siedzący na podwieszonych siedziskach po bokach sceny. Ale tylko pozornego rozgardiaszu, bowiem tak naprawdę tak zaaranżowana scena pokazała, jak wiele intrygujących efektów można osiągnąć przy niezbyt wymyślnych środkach technicznych. „Tańczące” rampy nadawały scenie bardzo industrialnego charakteru, przypominając stoczniowe żurawie. Muzycznie wybrzmiały kolejno potężny Digging in the Dirt, Secret World, The Family and the Fishing Net, No Self Control (w którym rampy po raz pierwszy rozpoczęły wspomniany taniec) i gorąco przyjęty Solsbury Hill, w którym muzycy obowiązkowo w kółeczku wędrowali podskakując. Tę część występu, zdominowaną prostym, białym oświetleniem, zakończył wymieniony już nastrojowy Why Don't You Show Yourself.

A potem zrobiło się już tylko magiczne. Red Rain zainaugurował całe wykonanie albumu So. Wtedy też po raz pierwszy pojawiły się inne światła i cała scena pokryła się krwistą czerwienią. Wraz z następnym Sledgehammer występ nabrał już wyjątkowego tempa. Dźwięk zdawał się wreszcie odpowiednio docierać do uszu słuchaczy a panowie Gabriel, Levin i Rhodes odprawiali swój jedyny w swoim rodzaju taniec. Nastroje uspokoiła kolejna kompozycja, na którą wielu z pewnością czekało – Don’t Give Up. Tym razem w rolę Kate Bush wcieliła się, zresztą w piękny sposób, Jennie Abrahamson. Publiczność nagrodziła ją ogromnymi brawami, jak tylko zaśpiewała pierwszy wers. Kolejnym przełomowym momentem występu i jak dla mnie najlepszym było wyjątkowe wykonanie Mercy Street. Gabriel zaśpiewał tę kompozycję leżąc na środku sceny skąpanej we fiolecie i z pochylającymi się nad nim rampami (i przy okazji kamerą, która z tej perspektywy pokazywała go na ekranach). Ze swoistego snu wybudził wszystkich następny, rytmiczny Big Time, z ferią świateł i wielkimi, krzyczącymi na trzech ekranach napisami BIG TIME! So i zarazem główną część koncertu po dwóch godzinach zakończył pogodny In Your Eyes, w którym Gabriel nie tylko intensywnie wspierany był wokalnie przez wspomniane panie ale i całą salę. Przy totalnej burzy oklasków płynących z wypełnionej niemal szczelnie Atlas Areny muzycy zeszli się na środku sceny jedyny raz tego wieczoru a Gabriel po polsku przekazał ogromne brawa dla najlepszej załogi, jaka istnieje.

Bisy były oczywistością. Na początek wybrzmiał stonowany Here Comes The Flood wykonany tylko przez Gabriela i Levina, a potem mocny The Tower That Ate People, w którym doszło chyba do najbardziej spektakularnego rozwiązania scenograficznego. Na stojącego na samym środku sceny Gabriela spłynęła z góry okrągła oświetleniowa rampa, która później zamieniała się w swoistą tytułową wieżę, w której znalazł się bohater wieczoru. Niezwykły moment. Na koniec pozostał już tylko przejmujący Biko, którego zapowiedź przetłumaczono na ekranach na język polski. Utwór został zagrany na zdominowanej czerwienią scenie i pięknie wyśpiewany przez publiczność pod sam koniec, kiedy wszyscy muzycy już zeszli i pozostał  tylko wybijający rytm Manu Katché oraz… wielki napis: „Reszta należy do Was”. Artyści już na scenę nie powrócili pozostawiając zebranych pewnie z tysiącem kłębiących się emocji. Niezwykły wieczór.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.